Sierpniowy grill wyjątkowy

Przedsmak potrzeby wprowadzenia stanu wyjątkowego zobaczycie i poczujecie wszyscy już niedługo – gdy pierwszy sąsiad odpali grilla… na balkonie.

Chaos polityczno-medialny związany z wymuszeniem majowych wyborów, zwanych dawniej „wyborami 10 maja”, a dzisiaj „wyborami 3-10-17 maja”, nie łączy w logiczną całość wszystkich argumentów używanych po obu stronach. A ukryci decydenci, widzą dalej i myślą bardziej strategicznie niż gros publicystów i polityków. Spróbujmy:

  1. NIE, stan wyjątkowy nie jest teraz potrzebny (ani by wyhamować epidemię Covid-19; ani by przesunąć wybory i uratować zdrowie wyborców; ani by uratować polskie firmy);
  2. TAK, stan wyjątkowy wymaga odpowiedniego momentu, by go wprowadzić.
  3. TAK, przedwczesne wprowadzenie stanu wyjątkowego jest niebezpieczne i nie ma od niego odwrotu ani jasnej możliwości ciągnięcia go w nieskończoność.
  4. TAK, jedyna kadencja (przegranego) PAD kończy się 6 sierpnia 2020.
  5. TAK, chodzi o to, by PAD wygrał i został na kolejne 5 lat.
  6. TAK, posiadanie Prezydenta i Sejmu zapewni rządzącym możliwość przepychania dowolnych ustaw i pomysłów.
  7. TAK, rządzący są w potrzasku, pomiędzy wirusem, zamykaniem kraju, padającą gospodarką a poczynionymi obietnicami wyborczymi i coraz bardziej wściekłymi wyborcami.

O co więc chodzi? O szachy polityczne najwyżej wagi:

  1. Wprowadzenie teraz stanu wyjątkowego dla „byle” wyborów jest poświeceniem „królowej”.
  2. Równocześnie, te wybory muszą się odbyć, by po 6 sierpnia 2020 „swojak” siedział w Pałacu.
  3. Bo to WTEDY nadejdzie „czas najwyższej konieczności” i dekrecik przyjdzie podpisać.

Kulminacja jeszcze nie nadeszła. Kulminacja zakażeń, walki o życie zakażonych oraz zgonów. Kulminacja zapaści ekonomicznej i finansowej (prywatnej i państwowej). Kulminacja zapaści systemu kształcenia na wszystkich poziomach (matury, egzaminy, przejście na wyższy poziom kształcenia). Kulminacja wkurwienia Polaków, narodu genetycznie predysponowanego do nieposłuszeństwa. Równocześnie, nie doświadczyliśmy jeszcze kulminacji informacji o „sukcesach” rządzących w walce z Covid-19: zarażonych policjantach, strażakach, sanitariuszach, lekarzach, zamykaniu kolejnych szpitali, niemożności doposażania otwartych lub stawania nowych, polowych szpitali oraz wiecznym braku testów i zabezpieczeń. Nikt jeszcze (póki co) nie doszukał się korelacji pomiędzy zakażeniami a debilnym programem sciągania rodaków do kraju z miejsc, gdzie Covid już się rozwijał. Niedługo, Wiejska wymusi na nas urlopy, obcinanie wypłat, podczas gdy Glapiński będzie nadal zarabiał 70tysiaków na miesiąc i doradzał nam, jak mamy żyć.

Przedsmak potrzeby wprowadzenia stanu wyjątkowego zobaczycie i poczujecie wszyscy już niedługo – gdy pierwszy sąsiad odpali grilla… na balkonie. To będzie pierwszy przejaw buntu społecznego. Potem, całkiem szybko, dojdzie zapaść gospodarki, szajbnięte dzieci w domach i bez egzaminów/matur, psychoza współistnienia z „ukochanymi” na 46m kw. wielkiej płyty. W międzyczasie pojawi się gospodarcze podziemie, desperacko walczące o byt, ale rozsiewające Covid: fryzjerki na dojazd, sklepy otwierane po podaniu kodu, taksówki bez oznaczeń i dentyści pracujący pod osłoną nocy. A w mniejszych miejscowościach, pod płaszczykiem cichego zrozumienia władzy, zakłady będą pracować ukrywając jakiekolwiek przypadki zarażeń.

A poziom wściekłości dojdzie do punktu wrzenia gdzieś w lipcu, okresie wakacyjno-grillowo-piwkowym, gdy zwykli ludzie, bez grosza i nadziei, zaczną myśleć o nowym roku szkolnym dla niedouczonych dzieciaków (wszelkiego wieku) oraz o zaostrzeniu kwarantanny w październiku, w nowym sezonie grypowym, a wszystko to w kontekście wymuszonej zapaści gospodarczej „dla dobra narodu” (jednocześnie widząc, jak inne kraje wydają setki miliardów by ratować swoje gospodarki).

I to właśnie wtedy, na naszych pobratymców, sąsiadów i szwagrów, mruczących „kur… potrzymaj mi piwo…” i wychodzących na ulice, przyjdzie wprowadzić stan wyjątkowy.

I wiecie co? Koło historii zamknie się z diabelskim rechotem – ci, co siedzą u żłobu i władzy od 30 lat, karmiący nas powieściami o swoich „niepodległościowych poczynaniach” sprzed 40 lat, będą zmuszeni (dzięki swojej niekompetencji) wprowadzić NA NAS, stan wyjątkowy, praktycznie równe 40 lat po tym, o co sami opluwali Jaruzelskiego.

I dlatego nie będzie stanu wyjątkowego teraz.

A potem, przyjdzie czas na nową, prawdziwie po-komunistyczną Polskę.

PS. Uwielbiałem Kino Moskwa, za rozmach budowli, wielkość ekranu, system dźwiękowy i filmy, jakie tam dobierano. Premiera Predatora… pamięta ktoś?

Długość rodzimej pandemii?

Gdzie jest debata narodowa odnośnie twardych realiów długoterminowej walki z koronawirusem, w której należy zapewnić balans pomiędzy zdrowiem obywateli a utrzymaniem przy życiu polskiej gospodarki?

Skoro w ostatni weekend Marca nawet Donald Trump zrozumiał, że Coronakryzys nie rozwiąże się do świąt wielkanocnych, to może nadszedł czas zastanowić się nad realiami naszej, polskiej pandemii?

Od dłuższego czasu, media zagraniczne (nawet amerykańskie, wyprzedzające zrozumieniem Trumpa o całe tygodnie) trąbią o długości kryzysu, który nas systematycznie otacza długimi mackami. Być może jestem przesiąknięty zagranicznymi programami (gadają więcej i mądrzej), ale jakoś w polskich mediach nie widzę głębi debaty odnośnie rzeczy poważniejszych niż tylko liczba codziennych zachorowań oraz potrzeby zachowywania dystansu między Polakami.

Chodzi o kalendarz rozwoju, szczytu i nawrotów dzisiejszej pandemii. Rozwoju, bo wirus jest nie do uniknięcia. W końcu to wirus grypy, więc stanie się naszą codziennością. De facto, należy zadać pytanie raczej o cykliczne nawracanie się otaczającej nas zarazy oraz o docelową maksymalną liczbę zakażonych w naszej populacji.

Zacznę od cyfrologii, która przyprawia mnie o ból głowy od początku pandemii, liczb rzucających się w oczy z debaty światowej:

– Anglicy wyrzucili w świat propozycję „odporności stada”, osiąganej, gdy zaraza przeleci przez 60% „stada”, co oznaczałoby dla Polski 60% z 37 milionów (nie wszyscy wrócili ze zmywaków), a więc zarażonych powinno być co najmniej 23 miliony;

– z wystąpień gubernatora stanu NY, Cuomo, wiemy, że (na dzisiaj), Covid powala ok. 16% zarażonych (a więc wymagających hospitalizacji) a zabija ok. 2% (a to ok. pół miliona naszych rodaków).

I tak, mając owe cyferki w głowie, zadajmy sobie pytanie: jak polski rząd chce przebrnąć przez to, co się dzieje i to, co powinno się stać (a nawet… musi się stać)?

Czy liczą na wygaszenie wirusa, poprzez wyleczenie (lub śmierć) tych 2000 (na dzisiaj)? A co z nadal niezidentyfikowanymi chorymi lub tymi, o których coraz głośniej – bezobjawowymi? Przecież przykład Korei Płd. pokazuje jedno: im więcej się testuje, tym więcej przypadków jest identyfikowanych. My mamy już kilkanaście tysięcy chorych, ale ich nie widzimy, bo nie testujemy populacji, a jedynie tych, co wejdą żywą nogą do szpitala. Czyli ślepota a’la Trump.

Czy liczą na wynalezienie szczepionki i uodpornienie populacji zanim wszystko pierdyknie? Spec z Białego Domu, Anthony Fauci mówi o 1.5-2 latach przygotowań, nawet biorąc pod uwagę skrócenie czasu testowania, by lek nie zabił więcej niż zaraza, w którą jest wymierzony. Więc cudu farmakologicznego raczej nie będzie. A potem, po wynalezieniu i produkcji, trochę zajmie dystrybucja dla 37 milionów (równych i równiejszych) Polaków. A więc, 3 lata do całkowitego uodpornienia białoczerwonych?

Czyli, podsumowanie moich wątpliwości dla naiwnych:

– ile czasu zajmie zarażanie/wyzdrowienie/uodpornienie 37 milionów Polaków? Zarówno przejście samej choroby i/lub zaszczepienie narodu?

– biorąc pod uwagę, że władza nie może trzymać nas w kwarantannie dłuższej niż 2 miesiące, bo się gospodarka zawali;

– a wznowienie kontaktów międzyludzkich to powrót zakażeń i zachorowań (i to zanim Covid wróci w normalnym, jesiennym cyklu grypy);

– a nie widać przygotowań na walkę z „jutro” nawracającą pandemią poza bieżącymi raportami z walki „dzisiaj” w ramach podejrzanie niskich statystyk (ciekawostki o których przebąkują znajomi lekarze).

Najbardziej prawdopodobna reakcja rządu, jakże bliska nam wszystkim Polakom, to walka. Walka z wirusem lub jego blokowanie – mamy więc dwa ekstrema:

A. desperacka próba zaduszenia zarazy tu i teraz, by za miesiąc/dwa otworzyć gospodarkę i spróbować nie dopuścić do ekonomicznej zapaści kraju, ryzykując ponowne wybuchy pandemii, z którymi przyjdzie walczyć z coraz większą desperacją;

B. roczna/półtoraroczna blokada wszystkiego i wszystkich, zabijająca gospodarkę na amen, kończąca się już nie stanem wyjątkowym a wojennym (nas z nimi).

Nijak nie czuję, że władzuchna jest tak głupia (akceptacja wersji A) ani tak arogancka (zadufanie by przepchnąć wersję B). Oczywiście, druga tura Dudy ułatwi późniejsze wprowadzanie stanów nadzwyczajnych. Niemniej, zamkniecie gospodarki przekłada się na spadek dochodów rządu (chociażby z VATu napędzanego do niedawna podsycaną inflacją). A dla przywrócenia (chociażby częściowego) funkcjonowania kraju nie widać działań, o których słyszymy ze świata: błyskawicznego stawiania szpitali (otwarcie gospodarki to zwiększenie zarażeń), sciągania z emerytur tysięcy lekarzy lub wyciągania z rezerwy medyków wojskowych (do obsługi nowo zdiagnozowanych chorych), oraz gigantycznych programów pomocowych dla gospodarki, patrzących dalej niż miesiąc lub dwa w przyszłość (nie jak nasza „tarcza”). Biorąc pod uwagę, że jesteśmy historycznie i genetycznie niesfornym narodem, jak Wiejska (lub KPRM) wyobraża sobie utrzymanie Polaków w ryzach, byśmy już niedługo znowu „zapieprzali za miskę ryżu” (kiedyś się to komuś wymknęło) a równocześnie nie grillowali ze szwagrem na majówkach i nie chodzili stadnie na mecze np. Korony (Kielce)?

Myśląc o nadchodzącym stanie wyjątkowym lub wojennym, uśmiecham się, wspominając przygody Kluski, sądeczanina od Optimusa, któremu złośliwie zabierano samochody terenowe wykorzystując właśnie przepisy o „stanach” wyższej konieczności (dzisiaj: Dz.U. z 2019 poz. 1541) – nie mam kiedy sprzedać swojego Jeepa, a tak, armia se go weźmie, a mnie dadzą talon na parę ton rosyjskiego węgla lub kartki na wódkę (bo jak Orlen się zaweźmie w produkcji płynu do rąk, to alkoholu w całym kraju zabraknie).

Jedyne co nam pozostanie, to uśmiech na myśl, że niewidoczny wirus wcina wszystko jak leci, a on lecieć to potrafi, oj potrafi (4.5m wg. Chińczyków, a nie 2m wg. zaleceń polskich lekarzy). Jak na rękach nie wejdzie, to na oddechu, na cukierku, a jakby co (niedługo po kolejnej mutacji) to i nawet oknem wleci. Już zadufany Boris Johnson przekonał się, jak demokratyczny jest Covid-19. A do szczepionki, którą najpewniej dostanie wpierw wierchuszka polityczna („intelekty wyższego znaczenia dla kraju”), nadal zostało półtora roku, i żaden zadufany polityk nie zmieni realiów, o których twardo mówi Fauci. Nie zmieni tego ani Trump, ani Johnson, ani żaden z naszych „liderów” chowających się w domach lecz twardo decydujących o naszym życiu, pracy i przyszłości.

Mam (anty)talent

Obejrzałem jeden odcinek kolejnego wydania programu okołotalentowego “Mam (anty)talent”, i nie mogłem sie powstrzymać przed sprawdzeniem definicji słowa “talent”. Ci co się produkują w tych programach, owe obiekty analiz sędziów i widzów, bardzo rzadko prezentują coś, co można by określić jako „talent”.

Z jednej strony internetowej:
1. A marked innate ability, as for artistic accomplishment.
2.
a. Natural endowment or ability of a superior quality;
b. A person or group of people having such ability;

I właśnie w tym zakresie mam owe nietypowe dla Polaka mieszane uczucia – talent to coś wyjątkowego oraz, w moim rozumieniu, nie do nauczenia (naturalnego, genetycznego). Oznacza to, że:
– akrobaci, wyginani latami przez trenerów;
– tancerze, wirujący latami w tej samej kombinacji;
– inni sztukmistrze z ciałami nawykłymi do konkretnych ruchów, procedur i zachowań;
nie mają „talentu” a jedynie są dobrze wyszkoloną zwierzyną, mięsem reagującym zgodnie z “muscle memory”.

Nawet u piosenkarzy można zakwestionować wielu kandydatów, ponieważ dzieci zawsze są „cool” i widzowie głosują na nie dzięki „ooooooooooooooo factor” (wzdychamy!), zaś wielu młodych chłopców piejących dzisiaj, będzie śpiewać wyłącznie na imprezach ledwo im mutacja zawinie do domu a dorośli to chyba trenują w łazienkach podczas golenia.

Wiem, że program “Mam (anty)talent” ma za zadanie zarabiać pieniądze poprzez robienie wody z mózgu przeciętnych i pod-przeciętnych Polaków ale, pomijając głupotę rodaków głosujących na owe beztalencia, bardziej meczy mnie fakt, jak mało mamy ludzi naprawdę utalentowanych. A bez talentu nasz kraj nie będzie nigdy konkurencyjny, nie będzie u nas wielkich wynalazców ani twórców wielkich teorii. Zawsze będziemy ciągnąć za innymi…

Masters degrees – choose correctly

For Bachelor students on their final years, the Masters stage becomes an important stepping stone to a good career. Of course, as with everything in life, the Masters degree stage has its own challenges, opportunities, costs and benefits. As such it should be analysed and planned carefully.

The main decision components are:
1. Definition of quality.
Quality is not the holy grail of education, as no one knows what it really MEANS. Definitions are offered that suit those that provide those very definitions. So each person must define for themselves what they understand to be a “quality education”:
– Overall prestige of the institution. Harvard, Cambridge, Oxford, MIT. Names that assure immediate amazing careers. Or an institution in each country that everyone knows, fears, respects. A good guide is the Times Higher Education Ranking.
– Narrow prestige (reputation) for something very specific, showing leadership in that narrow area. Finance? Wharton. Luxury goods? Monacco.
– Knowledge passed in class. Top specialists in their fields, advertised on the university websites (good universities have nothing to hide!) with extensive CVs, top publications, senior positions in business or government. Professors with international reputations, authors of books used in universities around the world, scientists with publications in top international journals, people employed by top “think tanks”, etc.
– Contact with the business world (or diplomatic or administrative or technological) – are the teachers in corporate employment, or were they senior directors of departments? Ex-Minister teaching a course, Diplomats, CEOs, etc. Can they teach by giving their real-life examples? Can the teachers be useful later, as business or job contacts?
– Market-perceived quality, measured by speed and level of graduate employment after programme, the competition for graduates among companies, speed of advancement.
– Strong networking, both in terms of the contacts that you will make during your studies (your classmates will go far and high, so they will useful) as well as the strength of the Alumni Office, managing the alumni mafia, which loves to employ later graduates of its OWN university.

2. The trade-off between price and “quality”.
Whatever you define as quality, it will cost you. Top universities are expensive because… they can charge those prices. Ferrari will not lower its price. Nor will Harvard. In USA and Europe many universities advertise their programmes by showing how much money their alumni earn. MBA schools show how much MORE you will make after their MBA. Understood?
As soon as you define, which outcomes are important for you, compare them to the fees that you will be required to pay. Consider the fees, especially when you are a non-EU or non-US student planning to go there – they will charge you more (that is their business model).
If you have no money and want to do a Masters degree cheaply, do not expect any good outcomes. You will get your piece of paper. If you need a Masters only to tick a box on your application, then the cheap programme is for you. But at some point, someone might need some knowledge from you, and … you will not have it. Nor any useful skills.
Consider loans or scholarships – have someone else take the financial burden of your studies, so that you can repay it over time, while already having a well-paying job.

3. Time/speed.
In the world there exist two main modes of education: full-time (Monday-Friday), and part-time (weekends), with part-time usually taking longer to complete, as the hours are spread over less contact days. Europe is all about Bologna, and 90% of Masters programmes last 2 years. UK is sabotaging Bologna and still offering a one year Masters. Full-time means little opportunity to work, while if you need to work to pay for you programme then part-time is the solution, but you may have visa issues.
Masters programmes will be either:
– Low on content, to fit it into a one year stretch;
– Very intensive to fit everything into a short time (then you cannot work);
– Longer-lasting, to provide all the courses you need;
Every option has trade-offs. Fast = shorter time to start work. Longer = more knowledge. Intensive = no time for anything else. Easy/shallow = only get diploma (no real knowledge).

4. Selection of correct specialisation.
We assume that you have, at least, decided on the rough area of knowledge that you need, for example Finance.
The next step is to identify what you want, need, or think will be useful. You can pursue:
– Very broad education, in the general field of “Finance”, with some core courses (set by the university, required) and choose what you like or find interesting through elective subjects;
– A very narrow specialisation, with very deep courses providing you with cutting-edge knowledge, skills and understanding;
Those pursuing the first type, will want a career in “general” finance, from staffing cash registers, through assisting stock traders, to doing analysis in a bank. A job awaits anywhere. An average job. Those pursuing the second, narrow type, will gain employment in appropriate institutions, and probably get it faster, earn more and get promoted faster. In narrow specialisations, the level of competition is higher as people are more focused and they contribute stronger KPIs.
As in all these analyses, the message is clear – decide where you want to work and pursue that with determination!

5. Home or abroad.
Highest quality is located in only a few countries – most of you do not live in them. Remember, quality comes at a price, so make sure you can afford it.
Going abroad has its costs – financial expenditures (tuition, flights, living expenses), stress for yourself, family and friends, lost relationships, traumas, visa problems, travel problems, risk of sicknesses, etc.
But studying abroad offers amazing opportunities (alongside the advanced knowledge) – about this I will write in the future. For now, we can state that foreign degrees from good countries are more valuable in the heated battle for top jobs.
If you cannot find funds for study abroad, spend money on a top local university. And consider the opportunities outlined below (a second, better, foreign degree later, a few years into your career).

6. Immediately or not?
Rushing into a Masters degree immediately after your Bachelor is only one option available to all. In reality, you can:
– Finish the Bachelor and go to work, get the job, get yourself sorted out, gain the first real-life experiences. Then, after a year or two, take the Masters and do it alongside your work, adding the second degree title to your now-interesting CV;
– Finish the Bachelor and never do a Masters degree, as your career might not require further formal qualifications;
– Take the Masters immediately after Bachelor, “get education over with”;
The last option has some subcomponent issues. Rushing into a Masters might seem simple, you get a “MA” tick on your CV, but it could be a mistake – you should think about what you really need and want. Maybe a delayed Masters, once you get some money, will be better (it will help your career)? Or, maybe, after 2-3 years of work, you will see an opportunity in something that needs a Masters degree, and THEN, you do one, a correct one? For example, you did finance, but then you see the market need for forensic accountants?
Overall, the biggest danger to delayed Masters is that you will not want to go back to university, so many people “rush through” that second stage of education. In essence they waste time and money.

So, to finish off – a Masters degree should make sense, as part of your overall life/work strategy. If that is the case, then you already know: where, when, how, why you will do the Masters. Otherwise, do any masters immediately, to have the “MA/MSc” title by your name, or WAIT. Wait until you know what you need to do.
Follow your plan! Do not leave anything to chance!

Komunistyczna siłownia, czyli old skool

Struktura architektoniczna siłowni TKKF uwarunkowana była ścianami nośnymi i fundamentami jakże-4-alternatywowego-budynku wczesnego komunizmu.

1987. Komuna, milicja, bitki na osiedlu (z innymi i z milicją, jak to wtedy wypadało). Któregoś dnia kumpel pokazuje mi okna piwniczne, wystające z podziemi, otoczone pustakami by minimalne światło mogło wpaść do środka zatęchłej piwnicy.
„Patrz, to tam jest siłka. Jedyna u nas”, wyszeptał. Jego głos wibrował, jakby zdradzał mi straszną tajemnicę, ujawnienie której groziło mu karą cielesną i utratą majątku.

Nasze osiedle, w stylu Alternatywy 4, było „niezłe” bojówkowo – dawaliśmy sobie rade w większości ówczesnych ustawek, czy to w bitwach pomiędzy ulicami, czy w wojenkach lokalnych pseudo-gangów a nawet regularnych bitew z milicjantami podczas lanych poniedziałków. Ale nawet moi współplemienicy, twarde chłopaki z osiedla, wyrażali się z uznaniem o tych olbrzymach trenujących „na siłowni”. Ja sam miałem w pamięci kilka bolesnych pręg od bramkarzy zabezpieczających drzwi co ciekawszych knajp (fakt, w tym wieku nie miałem do nich oficjalnego wstępu, ale…). Ogólnie kojarzyłem tych kolesi jako gigantów, super-ludzi potrafiących podnieść samochód lub wyrzucić ambitnego małolata (mnie) jedną ręką przez drzwi lub okno klubu. O tym, CZEGO wymagało takie wyszkolenie miałem wtedy zerowe pojecie.

Miesiąc czy dwa później, wyleczony z siniaków i ran z ostatniej bitwy, zawitałem do tej piwnicy. Lokalny oddział TKKF (Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej, komunistyczny wynalazek na wyciąganie ludzi z domów) okupował kolosalną piwnice, która rozciągała się pod całym budynkiem 4-pietrowego molocha mieszkalnego na typowym komunistycznym blokowisku. Struktura (już niedługo „mojej” siłowni) uwarunkowana była ścianami nośnymi i fundamentami jakże-4-alternatywowego-budynku wczesnego komunizmu: gdzie można było oczekiwać drzwi była ściana, okna wpuszczały mniej światła niż należało się więźniowi w celi śmierci, a w trzech pomieszczeniach można było ćwiczyć wyłącznie hantlami, ponieważ cokolwiek większego rysowało ściany. Większość ścian nie trzymała pionu a położone na podłodze sztangi toczyły się ku tej lub owej ścianie. Ponieważ większość okien była nie do otwarcia, jako wentylację należało otworzyć drzwi wejściowe i machać kartonem by napędzić wystarczająco dużo świeżego powietrza w gąszcz pomieszczeń wypełnionych spoconymi i krzyczącymi olbrzymami.

Zaczęliśmy w pięciu, każdy bardziej ambitny od drugiego. Po trzech miesiącach zostałem sam. I dopiero wtedy podejrzliwe i zdystansowane olbrzymy zainteresowały się moją osobą. Po latach zrozumiałem, że oni takich chojraków widzieli setki, a każdy znikał po kilku tygodniach, zmęczony, obolały, niezdolny do niezbędnej dyscypliny, wyrzeczeń, diety i wydatków.
Raz, drugi, piaty, piętnasty, ten lub tamten doradził jak ćwiczyć, jak ułożyć dłonie na maszynie czy jak oddychać podczas specjalnego ćwiczenia. Któregoś dnia jeden poprosił mnie o pomoc – miałem „zaspotować” go podczas wyciskania sztangi. Byliśmy sami w całej siłowni, nawet ciec poszedł na piwo, a olbrzym zarzucił na sztangę 200 kilo i zabrał się za wyciskanie. Ja miałem mu wyłącznie pomóc koniuszkami palców, w ostatnich centymetrach ruchu. Niespodziewanie, przy piątym powtórzeniu kolesiowi siadły tricepsy i sztanga poleciała w dol. Pomogłem mu wyjść z tego dramatu, nadwyrężając sobie wszystkie mięsnie i tracąc skórę z palców.

Po roku znali już moje imię, a ja mogłem niektórym mówić „na ty” pomimo często ogromnej różnicy wieku. Szacunek zdobywało się dyscypliną, regularnością a’la robot, powolnymi postępami w sprawności, pomocy innym, cichym rozmowom na tematy sportowe. Właściciel/trener był szanowany przez wszystkich nie tylko z racji posiadanych trofeów (polskich i europejskich) ale i podejścia do każdego członka TKKF. Sprzętu było mało, więc członkowie siłowni wykazywali się wynalazczością godną Doliny Krzemowej. Sprzęty podejrzane w zachodnich czasopismach kopiowano przy pomocy kątowników wyniesionych z zakładów pracy a zespawanych na spawarce „pożyczonej” z budowy, ściany remontowaliśmy sami (a sypały się często z racji łatających ciężarów), a niektóre dociążenia odlewaliśmy sami w lokalnym warsztacie samochodowym. Kilka razy musieliśmy pomoc w remoncie mieszkań nad nami, ponieważ trener dogadał się z mieszkańcami, by ci tolerowali hałas rzucanego żelastwa i krzyczących kolosów w zamian za „pomoc dobrosąsiedzką”.

Konsekwencje młodzieńczej pasji, poza sprawnością fizyczną były dwojakie. Po pierwsze, olbrzymy ćwiczące dookoła mnie pracowali we wszystkich najważniejszych klubach miasta i mieli inne podejście dla „znajomków z siłki”, część starszych mężczyzn prowadziła już wtedy dochodowe interesy (wymagające jazdy czarnymi Mercedesami i BMW), a kilku zajmowało się dochodową działalnością w zakresie szeroko rozumianego „bezpieczeństwa i ochrony”. Na wszystkich napotykałem się potem przez 10-15 lat w najróżniejszych miejscach i sytuacjach. Siłowniane znajomości pomagały. Zawsze. Po drugie, nauczono mnie dyscypliny i wagi wyrzeczeń w osiąganiu zaplanowanego celu. Etyka pracy, a może etyka samorozwoju, wbite głęboko przez ciężkie żelastwo, obolałe mięsnie i gest uznania ludzi lepszych ode mnie (wyniki niektórych dogoniłem dopiero 15 lat później, a wyniki najlepszych mogę tylko omawiać z zazdrością ponieważ nigdy, przenigdy nie dojdę do takiej siły).

Wspomnienie: wyginająca się w pałąk sztanga olimpijska z 260-kilogramowym ciężarem, wyciskana w całkowitej ciszy przez ogromnego wariata z zamkniętymi oczami. 4 spoterów dookoła niego, pilnujących by sztanga nie przeważyła i nie urwała mu rąk.
Wspomnienie: Trzech potworów przymierzających świeżo zaimportowane koszulki hokejowe w rozmiarze XXXL i narzekający, że owe żaglowe płachty materiału tu i owdzie ich uwierają.
Wspomnienie: dozorca siłowni przychodzący w sobotę rano, specjalnie by wpuścić ambitnego Marcinka na siłke o 9 rano.
Wspomnienie: motywacyjna zagrywka najstarszego członka TKKF – wszystko co zrobię ja, oni zrobi 2 więcej lub 2 razy ciężej. Dopiero po 3 latach udało mi się osiągnąć wyniki uniemożliwiające mu tą zabawę.
Wspomnienie: olbrzym nie odzywający się do nikogo, szanowany za swoje wyniki. Ustępowali mu wszyscy – wystarczyło, że podszedł do danego urządzenia i stawał obok, a dany ćwiczący oddawał mu miejsce by ten mógł wyginać pręty, urywać kable i ogólnie demolować pomieszczenie.
O panu, który (podobno) korzystał ze sterydów dla koni nie będę pisał…

A dla najtwardszych koneserów “historii medycyny sportowej” mam jedno słowo: metyloandrostenolone.

logo_tkkf

Supermeni od wszystkiego

Przed laty było sie specem od jednej rzeczy: kucharze kucharzyli, dziennikarze pisali, pisarze publikowali, sportowcy się pocili a modelki były… głupie.
.
Dzisiaj, rozglądam się po świecie i Internecie, i widzę prawdziwych tytanów od wszystkiego. Supermeni od wszystkiego. Zastanawiam się wtedy, CO SIĘ STAŁO na tej planecie, że wyłącznie mały odsetek ludzi potrafi zrobić, zdziałać, wymyśleć, wypromować wszystko i nic (cokolwiek), zaś reszta, jakieś 99,999999% rabotaje w fabrykach i firmach i instytucjach obserwując nasze nowoczesne tytany wszech-działań i zazdroszcząc im kasy…
.
Jak to jest, że byle człowieczek znający się na jednej rzeczy nagle zaczyna gwiazdorzyć w kilku lub kilkunastu? Znany rowerzysta sprzedaje deski surfingowe, muzyk ma czasopismo, a modelka pachnie na nowo, reklamuje nowe (“swoje”) rajstopy co zapobiegają porwaniom przez UFO i przykłada się do produkcji butów? Każdy, kto minimalnie zaistniał, nagle rozpościera skrzydła i staje się potentatem kilku lub kilkunastu branż? Znacie przecież raperów, co nie potrafili sklecić zdań, by zaraz potem mieć markę mody, studio muzyczne i firmę produkującą cudze rzępolenie, zaraz potem smród spod ich pachy znajduje się w butelkach a podarte Nike’i stają się hitem sezonu, i to nie w więzieniach o zaostrzonym rygorze, ale na ulicach Warszawy, Moskwy czy Pekinu? Należy też wspomnieć piosenkarki, mniej lub bardziej utalentowane, śmierdzące nam z butelek, pozwalające byśmy ubierali się w ich „projekty” lub czesali się na wzór skłębionych kudłow pod ich pachą.
.
Pytanie jest proste. No dobra, trochę pokręcone…
Czy:
a. Myśmy wszyscy zdebilnieli i dramatyczna większość nie ma żadnych talentów, wizji, misji, pomysłów?
b. Oni są taki superosobnikami, że potrafią wszystko zaś zdrapana skora z ich pięt to prawdziwa formuła norweska?
c. Owe gwiazdy stały się produktem, takim samym jak te gówna co nam wciskają, a prawo marketingu mówi nam, że jak się ma jedno gówno na rynku i ludzie je kupują, to pochodne gówna sprzedadzą się tak samo dobrze?
.
Czy spece od marketingu mają nas za aż takich idiotów? A może zmielone włosy Brittney, posolone przez P-Diddy i zmoczone potem przez Shaqua oraz przechowane w lodowce Lady Baby są aż takim afrodyzjakiem by płacić za nie więcej niż za rozkosz kolumbijską?
.
A może to jednak myśmy zwariowali, nie mając niczego ciekawego, zadowalającego, pozytywnego i mile emocjonującego w życiu, przez co musimy się pocieszać półproduktami i pochodnymi funkcji życiowych skurwionych gwiazd i gwiazdeczek?

Celebryci znikąd – od zera do lidera

Zauważyliście zaskakujące kariery ludzi niebytu, pojawiających sie znienacka, bez żadnego powodu, by odnieść potem spektakularny sukces, nie wiadomo dlaczego?
.
Ostatnie dwa fenomeny wakacyjnej RP to panienka ze stadionu z pompą w ustach i dansiorka-super-max, czyli ruchliwa córka wagi słusznej. W obu przypadkach mamy do czynienia z osobami nie mającymi nam do zaoferowania nic ciekawego, pozytywnego, konstruktywnego, niemniej wpychają się nam przed oczy przy każdej okazji. Cud napompowanej nie jest cudem – ona już od jakiegoś czasu kręciła się koło pseudo-elit, więc pewnie ktoś jej załatwił by kamerzysta ją „ujął”. Przecież jej późniejsza „kariera” jest tak szybka, że musiała być ustawiona. Ta druga ma, jak cały swój klan, parcie na szkło za wszelką cenę – teraz jak już wleźli na kanały TV to nikt ich nie zepchnie (dosłownie i w przenośni).
.
Jak zostać popularną gębą w szklanym oku i bulwarówkach?
.
Można się z kimś hajtnąć, pod warunkiem, że ów ktoś jest już znany – aktorzyna z kiepskiego serialu, kiepski aktorzyna, starzejący się aktor, dziennikarz, polityk. Szeroki wybór, dla każdego jest jakaś „ofiara” po plecach której można się wspiąć na wyżyny bywania. Można się przespać z kimś, puścić kogoś w trąbę, być puszczonym lub puszczoną. Można być członkiem rodziny – córką co ma bloga, synem co dorabia u przewalacza, szwagrem co robi w PSL, żoną co dorabia w ARR, itp. Można też znać się na czymś innym ale by podreperować swój image lub zwiększyć dochody zacząć się udzielać w tematach całkowicie nam obcych, niemniej aktualnie ważnych. Można również być tą laleczką od jednorożca, co przegrywała z owym pluszakiem na punkty IQ… Albo być całkowitym debilem, którego zachowanie aż się prosi o upublicznienie – ciołki z Jersey, baru czy ci co mają większego brata i nie rozumieją jak działają kamery ;p
.
Co się robi, jak się już zaistnieje?
.
Wymóg podstawowy – wejście na pułap celebrycki wymaga ciągłego wysiłku by niego nie spaść. Oznacza to bywanie wszędzie i nigdzie (o mężu królowej brytyjskiej był kiedyś dowcip, że „pojawi się nawet na otwarciu… koperty”), jedząc, pijąc, uśmiechając się (czyli jak bezdomni w barach szybkiej obsługi), stojąc kolo osób ważnych, znanych, bogatych. Taka asymilacja cech elity poprzez dotyk… Należy pamiętać o dywanach, z reguły czerwonych, wypinaniu części ciała, robieniu uśmiechu tak szerokiego, że widać dziurawe ósemki a dentystów łapie nerwica, oraz „kupowaniu” ciuchów na jeden wieczór by potem oddać je z nienaruszonymi metkami udając, że „te plamy już tu były”.
.
Pisząc wcześniej, że należy dbać o to by nie zniknąć, nie miałem do końca racji – część fenomenu celebrytów to różnego rodzaju comebacki. Hania piła, ale już nie pije (teraz ćpa). Zdzisiek ważył tonę, a teraz schudł do 930kg – poznajcie jego dietę (sekret: zjadł lodówkę i nie miał gdzie trzymać więcej żarcia). Mąż dziennikarki Kunegundy orał nią pole. Inna baba, po śmierci w kartonach, ma teraz skup makulatury – poznajcie jej sekrety jako biznesłumen. Krzysztofa rzuciła Agnieszka, Tamara, Kasia, Asia, Zosia, Pisia, Misia, Zusia, Ciuzia, ale on się nie poddał i mieszka teraz w zoo na wybiegu z szympansami – poznaj sekret jego szczęścia. Aktorka Bożydara była piękną kobietą w udanym związku ale już nie jest – ani piękna ani w związku – wypełnij ankietę, co spowodowało co? (przy okazji, mój Word pomógł mi poprawnie przespellowac imię Bożydara – ono ISTNIEJE?????????)
.
Co ma z tego celebryta?
.
Część to na pewno psychole z parciem na szkło i papier – ludziki nie kochani przez nikogo, co poprawiają swoje psychiczne skrzywienie byciem w domenie publicznej: nie jestem brzydka skoro papier w gazecie przyjął moje zdjęcie, nie jestem gruby skoro mieszczę się na rozkładówce, nie jestem debilem skoro mnie cytują. Czyli – taniej w bulwarkach leczyć schizy niż leżeć na kozetce.
.
Część ma z tego kasę – sprzedają swoje śluby, zdjęcia, przemyślenia, umawiają się na ustawione kłótnie lub wypinanie tyłka lub upuszczanie dziecka na asfalt, budują „brandy” z liniami produktów na które skusi się ta czy inna solara z dresem lub polska housewife ze wsi długiej na 4 domy (ale dopiero jak zdejmie pług z pleców).
.
Są też tacy, co lubią się ocierać o inny świat – takie współczesne groupies, co nie mają pomysłu na życie bo im IQ nie starcza na rozpracowanie papieru toaletowego w rolce albo, wprost przeciwnie, widzą to jako świetny sposób na życie, by nic nie robić a żyć jak Pan/Pani, jeść za darmo na wyżerkach, dostawać gratisy, pozować w cool ciuchach.
.
Co mamy z tego my, ofiary papki bulwarowej?
.
Pominę tych ułomnych żyjących życiem swoich idoli znikąd – nie oceniam czytających bulwarówki, szukających desperacko najnowszych niusów o majtkach Zuzi, romansie Krysi, rozwodzie Artura czy romansie Tomasino z ze swoim ochroniarzem/masażystą/kucharzem/kierowcą. Śmieszą mnie ci, co uważnie słuchają porad odnośnie mody od ludzi co noszą meloniki na plecach albo robią suknie z toreb od Tesco. Najbardziej zabawni są ci, co uważnie uczą się jak zrobić z abażuru i celofanu suknię prawie-prawie-jak-Chanel, od baby co ma setki milionów bo swoim (kiedyś)sexy tyłkiem uwiodła miliardera, a teraz chce by dizajnerką bo to jest u niej w wiejskim fitnessklubie „wery faszionabl”.
.
Osobiście uważam, że społeczeństwo ma duży PROBLEM – te pojawiające się znikąd „salonowe (lub prasowe) bywalce” gadające o wszystkim do każdego kto słucha lub nie, po jakimś czasie włażą nam za skórę. Jak każda choroba weneryczna, celebryci pojawiają się i panoszą się tak, że trudno jest ich wyeliminować. Żadna penicylina w postaci „kim ty jesteś człowieku” lub „co ty wiesz” nie działa, ponieważ celebryci to odporne stwory, żyjące w swoim osobliwym świecie, zarażający nas ową toksyczną nierzeczywistością.
.
Najstraszniejsze jest to, że po jakimś czasie Polacy traktują owe przybłędy jak autorytety od wszystkiego, zaś dziennikarze i redaktorzy wmuszają w nas przemyślenia owych idiotów przy każdej okazji. Gwidetta, kochanka kucharza bez włosów i rąk znanego z gotowania (mieszania?) ustami, rozjechała jego różowym Ferrari psa znanego polityka, po czym rzuciła się na interweniujących ludzi z gazem pieprzowym. Rok później, już się wypowiada w sprawach mody, za 2 doradza jak urządzić mieszkanie, po 3 latach ma swój program w TV Rzeżączka, by po 5 latach dyskutować o ustawach w sejmie w TV Brunch lub komentować najnowszą wojnę w Zatoce (Perskiej? To od gatunku kota? Gdzie takiego mogę kupić?).
.
Nikt im tego nie pamięta. Nikt nie wyśmiewa tych przybłęd. Nikt nie punktuje ich debilizmu, prostoty intelektualnej, odwracania nam uwagi od rzeczy ważnych i prawdziwych oraz panoszenia się ze swoimi debilnymi poglądami, pomysłami, receptami. Dziennikarze, redaktorzy, członkowie innych (prawdziwych?) elit, traktują ich poważnie, rozmawiają z nimi, słuchają, goszczą, stołują.
.
Coś tu nie gra…
Eh, gdyby Bareja dzisiaj żył to by nie uwierzył…

Love your drone

For all the spooks out there: this is a fun “what if” article ;p
In recent months, national governments have increased the speed with which they are introducing controlling legislation, aimed at defining the rules related to drones. Of course, rules regulating private and business drone usage, as the governments themselves just loooove to send a drone to spy on you and/or fire a hellfire missile through your window.
So, we are now seeing rules being placed on drone operators – initially governments want people who fly them for business purposes to gain licences: show them that you can fly a drone for business reasons, pay a few thousand bucks and get your “droner licence”. Logical people will ask: what is the difference in flying a drone to spy on your girlfriend and flying it as a business. Answer: none. Flying a drone is flying a drone. It still has a camera and makes weird pictures of weird people doing weird things. But, if you are a business, then you have to pay your fee to the government for your right to do things, e.g. licence for whatever activity. It makes you think, how will Amazon do this, with Jeff Bezos’ idea for Amazon drone delivery?
The future of drones is amazing, as visible by the latest conferences and trade shows.

Genius scientists show us the next stages of drone developments (watch the video!!!!!!!!).

My wonder at government stupidity is stimulated by something else. Drones are a recent phenomenon, released to the public by overeager nerds.

I would understand the government desire to limit this technology, but, of course, it is impossible, as any toy store now carries technology recently used only by elite army units.

I would like to push the thought a bit further, in terms of what we as citizens can USE, and the government has little or no power to stop us. Ever seen this?

This is a 5000USD miniature JET ENGINE, used by model aircraft operators, to power their aircraft. It weighs 5.3 lbs (2.3kgs) and has thrust of 53lbs (23kgs) and can rotate up to 112 000RPM!!!!
THESE kind of aircraft…

In the late 1990s I had the pleasure of attending many miniature aircraft shows, where some truly crazy people flew some amazing aircraft. Amazing not just due to the chosen real aircraft, but also due to the size of the models.

I had some crazy evenings talking to similar crazies (you know who you are) about the idea, that this is way too dangerous. Cool but dangerous. The size and speed of these jet behemoths allows to ask one interesting question: when will someone use them for stupid reasons? You may ask: why would Marcin ponder such ridiculous notions? Answer: Dale Brown, a cool high-tech combat fiction author wrote about flying aircraft into buildings around the same time as did Tom Clancy. Both of them wrote many years before 9/11. The White House already has problems with amateurs flying drones to spy on Obama’s sex life. Enough examples?
Now, in those same creative 1990s, we talked about some other crazy stuff. Loooong before advanced flight simulators and commercial or even privately-available GPS. The idea was to take the existing technology and take it to the next step:
– Build a huge model (we loved the F14 Tomcat at the time);
– Buy the 2 jet engines needed to make the sucker go faaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaast;
– Install the standard flight system with its multi-band control unit;
– Add a second connection bandwidth;
– Install TWO cameras, that would feed the operator through the additional bandwidth.
– The Operator would have a helmet with stereo-vision installed, so that he could see “live” images;
Younger readers may laugh, at the “duh” (logical, today) nature of the ideas, but in the 1990s and early 2000s, none of this stuff existed. A decade before anyone thought of Occulus Rift, ELSA had the first 3D glasses (ELSA erazor III), which fluttered each eye to provide illusion of three-dimensionality.

So, the ideas were there, but no one took them to the next-next-next level.

To finish the article: take 25kgs of plastic aircraft, add 2 jet engines, advanced avionics and put some “boom” stuff into it. What do you get?

Or hell, why not build a cruise missile, with one or two $5000 jet engines inside it?
Citizens, cherish your drones! A drone does more than your rifle, protected under some constitutions…
Nerds, enjoy the funnnnnnnnn!!!!
And, yes, I do enjoy being a “what if” doomsdayer 🙂