Upadłość polskich uczelni?

Klienci szkolnictwa wyższego jak i postronni obywatele (i ślepi politycy), nie zdają sobie sprawy z problemów z jakimi boryka sie polskie szkolnictwo wyższe. Od kilku lat uczelnie maja coraz mniej studentów, nie tylko w wyniku niżu demograficznego ale i otwarcia granic (dobre studia na zachodzie, np. w Anglii) ale i zmiany w podejściu klientów – coraz mniej osób zainteresowanych jest studiami dziennymi (zapewne muszą znaleźć prace i nie mogą tracić 3-5 lat na obijanie się). Oznacza to, że dochody uczelni się kurczą, i to wbrew ich przewidywaniom, na których oparto inwestycje pierwszej polowy lat 00ych (w budynki, kadrę, otwarcie nowych kierunków, sprzęt, itd.). Kurczące się dochody nie oznaczają redukcji kosztów, które często maja pewien nieredukowalny poziom minimalny, np. określony ustawa o Szkolnictwie wyższym – na każdy kierunek przypada określona minimalna ilość kadry, tzw. „Minimum kadrowe” które trzeba zatrudnić, utrzymać, opłacić, bez względu na ilość studentów danego kierunku.
.
Gdy w każdej innej branży, dyrektorzy zarządzający bezwzględnie wycięliby rakotwórcze części organizmu, zlikwidowali nierentowne programy lub sprzedali zbędne zasoby, w szkolnictwie wyższym jest trochę inaczej. Część raka to decyzje emocjonalne (zarządzanie przez ego) rektorów i założycieli (np. emocjonalne przywiązanie do uruchomionego kierunku), część to pseudo-naukowe ambicje wymagające utrzymywania „wpływowych” naukowców (lub posiadania stajni polityków) lub miłość małżonki do nowego budynku w którym sama dobierała kolor płytek. Oczywiście, jest też aspekt medialno-marketingowy – obawa przed wysłaniem pierwszego sygnału do rynku, że „jest z nami źle bo redukujemy ofertę” co może obrócić się w lawinę uciekających studentów i nie zgłaszających się kandydatów.
.
Nie ma modeli przewidujących jak zachowa się rynek na kolejne upadłości polskich szkół wyższych, ponieważ nikt nie dopuszcza do siebie tej możliwości. Poza efektem biznesowym (likwidacja przedsiębiorstwa, miejsca pracy, płatnika ZUS i podatków, klienta innych firm) ważniejszy jest raczej efekt na rynek pracy. Upadłość uczelni to:
– trauma absolwenta jako klienta, ze złamanym sercem i portfelem oraz jego problemy z samoidentyfikacją (niższa pewność siebie, przebojowość, itd.), utrudnienia w dalszym samorozwoju (np. zdobywanie dalszego wykształcenia);
– absolwent posiadający dyplom nieistniejącej instytucji, trudne do zweryfikowania osiągnięcia (np. transkrypty) oraz stygmat „ukończenia trupa”, a więc pracownik/kandydat z niższej półki dający zmartwienia pracownikom działu HR;
– osłabienie zewnętrznego postrzegania całego sektora (jak upadla jedna to mogą i inne), co przełoży się np. na utrudnienie relacji komercyjnych (np. w zakresie szkoleń i kursów prowadzonych dla firm) oraz na dalszy odpływ klientów (a przynajmniej wzrost strategii zachowawczej „poczekam”);
– wewnętrzny chaos w sektorze (ruchy wśród uczelni, zachwianie rankingów, niepewność systemowa, brak zaufania do innych instytucji);
.
Nie tylko Ministerstwo i politycy powinni domagać się wdrożenia dokładnych i upublicznianych kontroli „due dilligence”, ponieważ ilość interesariuszy którzy mogą ucierpieć jest dramatycznie większa niż ego kilkudziesięciu właścicieli maskujących chore instytucje. Niestety, Ustawa wymaga wielu rzeczy od uczelni państwowych, ale już nie od prywatnych – a w tym segmencie sektora będzie najwięcej najszybszych upadków – ten czy inny uniwersytet, nawet z kilkudziesięciomilionowym długiem może przetrwać.
.
Dodatkową kwestią jest umiejscowienie upadłości w aktualnych rankingach – jeżeli padnie uczelnia #73 czy #98 to nikt nie zauważy a media (raczej lokalne) uzasadnią to słabą lokalizacją i nadmierną konkurencją z dużych miast i darmowymi studiami na uczelniach panstwowych. Ale jeżeli padnie uczelnia z pierwszej 20tki, ulokowana w dużym mieście (najczęściej dużym ośrodku akademickim), istniejąca od 15+ lat, to efekt będzie dramatyczny, ponieważ zachwieje się pierwsza 40tka rankingu, od góry do dołu (całkowita utrata zaufania klientów). Marka z reguły równa się sukcesowi i stabilności (lub vice versa), więc taka zapaść wymusi radykalne przeorientowanie świadomości polskiego społeczeństwa nt. tego czym jest, może i powinna być „uczelnia”.


Comments

  1. w niedawnym “Uwazam Rze” Janusz Rolicki prorokuje (powolujac sie na anomimowych ekspertow), ze w Polsce zostanie 50 prywtanych uczelni. A to oznacza problemy dla wielu mniejszych miast, w ktorych sa ulokowane i tysiecy studentow, ktorzy nie beda mieli alternatywy od publicznych molochow zdala od domu.

  2. Nie chce plozmieowac, poniewaz jest to zlozony temat majacy raczej podloze zwiazane z wczesniejsza praca pana Talarka. Mysle, ze dziennikarze powinni wyciagnac z tego wnioski, doswiadczeni na pewno to zrobili. Pozdrawiam.

Leave a Reply

Your email address will not be published / Required fields are marked *