Akademickie monopole

Większość z nas, umoczonych w ambicje akademickie, doświadczyła barejowskich układów, pythonowskich (nie od pytona ale Monty’ego) metod rozumowania i mafijno/SB-ckich metod postępowania. Dużo się mówi o tym jak zreformować polskie SW (nie, nie Straż Więzienna, ale… szkolnictwo wyższe), politycy debatuja, komentatorzy podają swoje diagnozy, a MNiSW chwali się niedawno wprowadzoną „reformą” SW, wdrażaną od 1 października 2011, po (podobno) szerokich konsultacjach. Ale nikt nie mówi jak rozbić akademickie monopole.
.
Jak każda upaństwowiona branża, SW jest przepełnione układami i monopolami. Jest niewiele konkurencyjności, otwartości, nacisku na kompetencje, doboru najlepszych. Zamiast tego, mamy „gwiazdy”, których doktoraty otoczone są tajemnicą nie dlatego, że pisali rzeczy ważne dla przemysłu zbrojeniowego, ale dlatego, że pisali jeszcze za komuny o tematach dzisiaj postrzeganych jako abstrakcyjne (lub śmieszne). Inni, tak zwani „liderzy”, zawdzięczają stanowiska układom, polityce oraz manipulacji. Wiele procesów decyzyjnych utopionych jest w układach i zależnościach. Itd., itp…
Jak można wyleczyć raka ogólnosystemowego, z wieloletnia (wielo-dekadową?) tradycją dominowania zdrowych komórek i ich zamiany w tak samo zatrute byty?
.
Po pierwsze, trzeba rozwalić system feudalny, uniemożliwiając jego propagację (odżywianie nowym materiałem, w rozumieniu Bourdieu) i zabijając zależność/poddaństwo młodszych od starszych (częściej stażem a nie jakością). Wprowadźmy moratorium na zatrudnianie w tej samej jednostce: magistrów doktorantów, świeżo obronionych doktorów, kandydatów habilitacyjnych broniących się w tej samej jednostce. Wymuśmy wymóg zmiany miejsca pracy po każdym stopniu. W ten sposób zagwarantujemy wymianę kadr, napływ świeżej krwi i pomysłów oraz rzetelną ocenę dorobku każdego.
.
Po drugie, premiujmy wszytko co zewnętrzne: stopnie, szkolenia, kwalifikacje, konsulting i doświadczenie zawodowe/branżowe. Szukajmy ludzi językowych i obytych, interdyscyplinarnych, mogących wnieść w życie i dyskurs akademicki więcej niż tylko wykute formułki z podręczników.
.
Po trzecie, wymuśmy na każdym stopniu umiędzynarodowienie osiągnięć. Doktorat bez artykułu po angielsku, habilitacja bez zachodnich konferencji (odbytych a nie wysłanych) i kilku artykułów po angielsku „na liście filadelfijskiej”, nie powinny być przyznawane, bo wszelkie odkrycia/wyniki są repetycja już odkrytych i opisanych (inaczej zachodnie czasopisma by chciały je opublikować). Jeżeli twój temat nie interesuje nikogo, nawet tych z Ukrainy, to nie masz po co stawać do obrony, bo niczego nie wnosisz do świata, nauki, życia poza układem na swojej uczelni.
.
Po czwarte, wyczyśćmy procesy demokratyczne na uczelniach. W dzisiejszym systemie, każde wybory to handel i zależności: ty mnie, ja tobie, twoi na mnie dzisiaj a ja wam coś w przyszłości. Liczby a nie wartości/pomysły decydują. Rektor, dziekan i inni są niewolnikami zależności i interesów.
.
Po piąte (i to jest killer polskiej akademickości), wprowadźmy przejrzystość do publikacji, czyli mierzalnych wyników polskiej „nauki”. Pamiętajmy, że w obliczu światła wiedzy, giną wszelkie demony. Gdyby publikacje każdego polskiego naukowca były publicznie dostępne, szybko by się okazało jaki wkład każdy z nich „ma” w wiedzę. Zadajcie sobie sami pytanie: ile podręczników do tego samego można napisać? Albo, jak poważny jest naukowiec który ma 30 pozycji rocznie? Albo profesor, który ma 500-600 publikacji? Skoro nie ma Nobla, to czym są te setki publikacji?
.
.
Moje ulubione pytanie brzmi: jak się napisało doktorat z ekonomii marksistowskiej (niech będzie w Polsce, a nie w Leningradzie), to jak można mówić o sobie dzisiaj, że jest się zwolennikiem tej czy innej szkoły kapitalizmu (a nie modnym oportunistą/karierowiczem) i jeszcze o tym pisać/uczyć?

1 thought on “Akademickie monopole

  1. > Wymuśmy wymóg zmiany miejsca pracy po każdym stopniu.

    Nierealne idea w obecnej sytuacji ekonomicznej. Nikt przytomny nie pójdzie na taką propozycję bez trzy…czterokrotnego podniesienia zarobków. Kontrakty menadżerskie (bo to w tym stylu) są fajne, ale wtedy nie mówi się o średniej krajowej (i tak w większości nieosiągalnej na uczelniach).

    > Szukajmy ludzi językowych i obytych,
    > interdyscyplinarnych, mogących wnieść w życie
    > i dyskurs akademicki więcej niż tylko wykute
    > formułki z podręczników.

    To samo, co wyżej. Kasa, misiu, kasa. Obecna jest humorystyczna w zestawieniu z wynagrodzeniami w komercji.

    > Albo, jak poważny jest naukowiec który ma 30 pozycji
    > rocznie? Albo profesor, który ma 500-600 publikacji?

    Zdziwisz się, ale może być bardzo poważny. Na idealizowanym przez ciebie Zachodzie (naukowym) jest powszechnie przyjęte, że szef zespołu jest dopisywany na końcu listy autorów każdej publikacji. W przypadku dużych zespołów wychodzą z tego bibliometryczne osobliwości na poziomie 400 publikacji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *