E-edukacja – ogólnopolski standard platform i przedmiotów

Ministerstwo Nauki rozdaje kasę na dziesiątki rożnych projektów, od ośrodków wiodących po fundowanie kobietom naukowcom rożnych nagród. Jednym z najważniejszych tematów współczesności jest gospodarka oparta na wiedzy oraz wynikająca z niej waga systemów informatycznych, niezbędnych w efektywnym kształceniu kadr (przez cale życie, itp.).
O wadze sprawnej i kompetentnej kadry, pisałem wcześniej.
.
Wszystkie uczelnie aspirują do wykorzystania e-learningu (e-edukacja po naszemu) w codziennych zajęciach, pozyskiwaniu nowych klientów lub (czasami) do wyciągnięcia kasy z Unii na „budowę i rozwój platform e-learningowych wspierających proces dydaktyczny”. Codziennie zastanawiam się po co unia ciągle daje na to kasę, zamiast kupić na własność jeden system i dawać za darmo każdemu kto składa taki właśnie wniosek. Po co odkrywać odkryte i wymyślać wymyślone (poza wyciąganiem kasy dla siebie i znajomków)?
.
I tutaj mamy pytanie do Ministerstwa. Jeżeli chce rozbudować e-learning (e-edukacja) w Polsce, to dlaczego:
1. Nie kupi jednego spójnego, ogólnonarodowego systemu informatycznego, który mogłoby rozdawać każdej polskiej uczelni śniącej o cudach edukowania na odległość obywateli Burkina Faso lub Krynicy (górskiej lub morskiej)?
Jeżeli musi być cos „naszego” to niech w końcu rozpisze konkurs na jeden, jedyny, logiczny, ładny, sprawny i skuteczny system E-L. Niech się polscy informatycy natrudzą, nawet jako zespół prze-kozaków z rożnych uczelni („best of the best of who didn’t run to Silicon Valley”). Wsadzamy wtedy system na ministerialny serwer i każda szkoła zakłada co chce i robi co chce.
A mając jeden, wspólny system (lub nawet bez niego)…
.
2. Nie ogłosi konkursu na e-przedmioty?
W każdym programie, nawet po uwzględnieniu zróżnicowania wynikającego z KRK i efektów kształcenia, można znaleźć wspólny trzon przedmiotowy. Na 2000 godzin licencjata, niech będzie to 600-900 godzin rzeczy, które muszą być zrobione by absolwent posiadł odpowiednią wiedzę i osiągnął oczekiwane efekty. Na ministerialnej stronie mamy 118 programów wg nazw i zawartości, a więc konkurs mógłby mieć zakres 600h/30h x118 (średnia wielkość wspólnego trzonu / średnia wielkość przedmiotu w semestrze X ilość istniejących aktualnie programów studiów). I robi nam się konkurs na przygotowanie 2360 przedmiotów. Co rozumiem przez przedmiot?
– dokładny sylabus zgodny z międzynarodowymi standardami;
– rozpisane efekty kształcenia;
– rozpisana struktura (tematyka zajęć, ćwiczeń);
– przygotowanie zawartości do każdych zajęć (notatki, opisy, itd.);
– przygotowanie systemów sprawdzających wiedze (np. samo-testowanie się studenta, nie będące uznana forma zaliczenia);
– przedstawienie indykatywnych sposobów zaliczania;
– listy podręczników (obowiązkowych i uzupełniających) oraz artykułów i innych źródeł (stron WWW, itp.);
– materiałów dodatkowych, np. pisanych specjalnie studiów przypadku (na nie może być oddzielny konkurs, jak robi to Emerald);
.
Wygrywający autor (lub konsorcjum) zyskiwałby nie tylko uznanie jako „debesciak” oraz nagrodę pieniężną (w końcu następowałoby przeniesienie praw autorskich na MNiSW), ale i powinien otrzymać dofinansowanie (np. w formie grantu na 3 lata) by ciągle dopracowywać, unowocześniać i rozszerzać zawartość przedmiotu.
.
Uczelnie, wykładowcy i studenci zyskiwaliby monoteistyczną wykładnię wiedzy z danego tematu (zamiast kilkunastu książek na ten sam temat, ciut inaczej napisanych), zaś Ministerstwo pogłębiłby swoje zaangażowanie w kwestie jakości programów i dydaktyki poprzez fundowanie, rozwijanie i udostępnianie „best practice”.
.
Ten sam system uprościłby życie na poziomie Min.Edukacji, nie potrafiącego pogodzić reformy, wiecznych zmian podręczników i stałej wysokości ich cen, oraz e-learningu jako jedynej alternatywy od tego całego bajzlu.
.
No ale żyjemy w Polsce, wiec dlaczego miałoby nam być łatwiej?


Leave a Reply

Your email address will not be published / Required fields are marked *