1000 łózek w 5 dni

Amerykańscy inżynierowie pokazują światu jak można reagować na koronawirusa, stawiając we wszystkich stanach szpitale, gotowe na przyjęcie tysięcy chorych na Covid-19. Stawiają w kilka dni!

No dobra, polubiłem 60-latka, siwego, w mundurze. I to jeszcze amerykańca, który mówi bardzo głośno. Co kilka dni amerykańskie media dają światu kolejny wywiad z szefem (generałem, ofc) ich Wojsk Inżynieryjnych (US Corps of Engineers). Od pierwszego wywiadu, u Rachel Maddow z MSNBC, zachwycam się tym gościem, słuchając jak generał Todd Semonite opisuje działania Inżynierów. I piszę Inżynierów, z pełną świadomością, przez duże, wielkie I.

Gdy, po wielu dniach odmawiania, Trump wydał zgodę, by kryzys Corona-19 został ogłoszony klęską narodową, jego decyzja otworzyła drzwi do zaangażowania się agencji federalnych (m.in. FEMA) oraz wojska. A u mundurowych, największe zobowiązania wzięli na siebie Inżynierowie (tak, zawsze przez I), czyli goście od budowania wszystkiego na polu walki i koło niego. Spuszczeni ze smyczy, Inżynierowie rozbiegli się po Ameryce by, we współpracy z wojewodami (tak, tak, State Governors), zacząć przerabiać budynki stanowe na potrzeby szpitali Covid-standard.

Ci Inżynierowie wykorzystują dekady doświadczenia w budowie na polach walki całego świata i we wszelkich możliwych warunkach klimatycznych, geologicznych, politycznych, technologicznych i kulturowych. A „dzisiaj” (kilkanaście dni temu) dano im zadanie: zamienić wszystko, co się da, na szpitale. I ci mądrzy ludzie pokazali, co potrafią. Zabrali się nie tyle za budowę nowych szpitali na wzór Chińczyków, co za bojowe konwersje istniejących struktur (budowli) na potrzeby pandemii. I tak, wykorzystując swoje doświadczenie w analizie struktur w warunkach bojowych (podobno dokonują 350 analiz równocześnie), rozbiegli się po Stanach i nie tylko zidentyfikowali przydatne budynki, ale i rozpracowali jak je przystosować szybko, SZYYYYYBKO, do potrzeb medycznych w realiach Covid-19. 1000 łóżek tutaj, 3000 łóżek tam.

Hotele, OK. Akademiki, OK. Ale ci cwani goście zabrali się za coś więcej – centra konferencyjne. Skoro nie pracują, mają świetne wyposażenie, są wielkie i… puste, to dlaczego nie wypełnić ich lóżkami? I, wypełniają.

Wczoraj, hala targowa. Dzisiaj, szpital.

Kilkanaście dni temu, General omawiał jak będą budować. Rzucał hasłami typu „weźmiemy akademik, i uszczelnimy każdy pokój, i zapewnimy w tych pokojach osprzęt.” Ostatnio (09.04), jego opowieść zmieniła się (i to jak ciekawie!) na „Rachel, zmądrzeliśmy! Zamiast stawiać tysiąc jednostek tlenowych, puściliśmy jedną sieć rur z tlenem, z jednego generatora, które dadzą wszystkim pacjentom tlen,” a potem „zrozumieliśmy, że lepiej uszczelnić jedną wielką halę niż kilkaset pojedynczych pokojów.” Cwaniaki! Słuchając  Generała, można usłyszeć słowa, których umysł nie ogarnia, jako należące do terminologii medycznej, np.: oni „uzbroili” (weaponised) Covid-19 i zapewnili „reakcję obronną” (defensive posture) na jego rozprzestrzenianie się. I stawiają jeden, pięć, piętnaście, pięćdziesiąt „szpitali”. Nie budynków a strukturalnego wyposażenia „innych, przydatnych struktur”.

Dobra, po co o tym piszę?

Czy słyszeliście od „naszych” władz odnośnie:

– zaangażowania polskich Wojsk Inżynieryjnych?

– budowy lub stawiania nowych szpitali w RP?

– błyskawicznej rozbudowy mocy przerobowych (lóżek) w naszych ośrodkach zdrowia?

– (nooo, przegnę teraz) planów skutecznego „anti-Covid” przerabiania istniejącej infrastruktury?

Chciałbym, chciaaaaałbym mieć podobnie pozytywne informacje z polskich portali o tym, jak nasz rząd, nasza Armia nie tyle reagują a są jakże proaktywne odnośnie Covid-19. Pokażcie mi, proszę, gdzie nasza Armia, nasze WOT, dodaje/ą znaczących mocy przerobowych wobec Covid-19! I nie gadajcie mi, że amerykański generał nie jest reprezentatywny w RP – jego US Army Corps można zredukować w skali – on walczy równocześnie na poziome 50 stanów, z czego największe są porównywalne do… Polski (np. 40-milionowa California). Więc, dlaczego u nas w Polsce, nie ma publicznego info o tym, jak nasz rząd i armia ambitnie i w ciągu kilku dni, dodają kilkaset miejsc szpitalnych do polskich możliwości anti-Covid? Kto inny może tego dokonać w tak krótkim czasie i bez skorumpowanych procedur przetargowych?

Przecież cały świat mówi o tym, że ta pandemia potrwa półtora roku lub więcej, i dzisiejsze defensywne/reaktywne „spłaszczanie krzywej” to jedynie początek długiej wojny. A w najbliższej przyszłości co najmniej połowa z nas przejdzie Covid-19 i jak poradzą sobie nasze istniejące szpitale? Rozluźnienie kwarantanny zapewni wzrost zachorowań, a rozluźnienie musi nadejść (maj?), bo inaczej padnie nasza gospodarka i my razem z nią (a wątpię czy premier od „miski ryżu” zgodzi się na ogólnonarodowy program finansowej pomocy wszystkim obywatelom).

Potrzeba tysięcy takich “izolatek” w każdym kraju.

Premier Gowin?

Wolta Gowina w temacie wyborów pocztowych oraz późniejsze jego wystąpienia odbieram jako zagrywkę jego życia, va banque o całość władzy, wykorzystując unikalność sytuacji w kraju.

EDIT: 9 maja Gowin sprzedał się Kaczyńskiemu i jego ludzie zagłosowali jak PiS potrzebował. Pozostaje tylko pytanie: za ile? Odpowiedź, to tylko kwestia czasu (kilku tygodni, 2-3 miesięcy).

Wolta Gowina, wyłamującego się z prawicowej koalicji, przez wielu obserwatorów odbierana jest jako polityczne samobójstwo wicepremiera stającego okoniem wobec szefa, podejmującego się niepotrzebnej, z góry skazanej na porażkę batalii o cos, co jest od dawna przesadzone.

Mnie zastanawiają dwie kwestie:

  1. Ostatnie lata Gowin spędził na przebudowie polskiego szkolnictwa wyższego pod siebie i swoją „wizje” tejże branży przemysłu edukacyjnego. I teraz, w najważniejszym momencie, gdy reforma wchodzi w kluczowy okres (m.in. wybory rektorów, ocena parametryczna) i decyduje się gowinowe „dziedzictwo”, Gowin odchodzi (a mógł oddać tylko wicepremiera). Kto buduje wielki reformatorskie „dzieło” przez 4-5 lat, by potem oddać je byle komu w ułamku sekundy (nawet jego bliski współpracownik, to nie to samo co on sam)?
  2. W późniejszych wywiadach wielokrotnie akcentował swoje „większe ambicje”, a co może być „większe” od ministra i wicepremiera? Tylko dwa stanowiska. O jedno idzie właśnie ogólnopolska wojna, a wymaga ono ogromnego wysiłku organizacyjnego i politycznego. Drugie, drugie można dostać od dobrego znajomego, ot tak, za uśmiech.

Oczywiście, możecie stwierdzić, że Gowin:

  1. popełnił największy błąd swojego politycznego życia: zablefował i przegrał;
  2. to karierowicz, a oddanie wielkiego i ważnego ministerstwa tylko potwierdza jego ambicje polityczne i bezwzględne oddanie jednej sprawie: samemu sobie;
  3. wyczuł jak zepsuł szkolnictwo i wykorzystał okazję do „honorowej” ucieczki, tuż przed klęską jego dzieła pt. „ocena parametryczna” czyli ewaluacja i ranking uczelni wg. ich (chrząkniecie) „osiągnieć naukowych”;
  4. (uwaga: teoria spiskowa) „ustawił” szkolnictwo wyższe pod siebie i swoich kumotrów (np. właścicieli wydawnictw nagle awansujących w nowej punktacji), a po odejściu na miejscu zostawi zaufanego człowieka, który będzie doglądał „dogadanych biznesów”, nie psując ich, ciesząc się z zajmowanego stanowiska.

Pamiętajcie o unikalności naszego Sejmu – dzisiejsza większość zjednoczonej prawicy to 9 posłów, których akurat ma to Gowin (w sumie ma ich 18), to Ziobro (17). Ten drugi jest lojalny wobec szefa. A Gowin wyczuł moment, i (najprawdopodobniej) „poprosił” o stołek Morawieckiego w zamian za głosy „za” glosowaniem korespondencyjnym. A to, że ustawa posiedzi w senackim czyśćcu przez 4 tygodnie, daje PiSowi czas na przemyślenie ambicji Gowina. Nawet jeżeli Gowin otwarcie nie zażądał premierostwa, szef PiSu jest wytrawnym graczem i rozumie cenę lojalności Gowina.

Co ciekawe, szef PiSu musi zdawać sobie sprawę z innej możliwości – w ostatniej chwili Gowin może przejść do opozycji, a jego stwierdzenia o „większych ambicjach” to publiczne informowanie opozycji o swojej gotowości całkowitej zmiany frontu. Miejmy nadzieje, że walcząca sama ze sobą opozycja zrozumie sygnał: w zamian za premierostwo Gowin zrobi wszystko, nawet zdradzi swoich długoletnich kolegów i protektorów. A to, już bardzo pasuje do profilu Gowina. I uzasadniałoby bezproblemowe oddanie MNiSW i wicepremierostwa. Przecież nie zrobił tego dla politycznie samobójczego gestu solidarności ze zwykłymi Polakami…

I tym samym Gowin w ciągu miesiąca zmieniłby historię Polski, torpedując PiS w najstraszniejszym dla nich momencie.

Sierpniowy grill wyjątkowy

Przedsmak potrzeby wprowadzenia stanu nadzwyczajnego zobaczycie i poczujecie wszyscy już niedługo – gdy pierwszy sąsiad odpali grilla… na balkonie.

Chaos polityczno-medialny związany z wymuszeniem majowych wyborów, zwanych dawniej „wyborami 10 maja”, a dzisiaj „wyborami 3-10-17 maja”, nie łączy w logiczną całość wszystkich argumentów używanych po obu stronach. A ukryci decydenci, widzą dalej i myślą bardziej strategicznie niż gros publicystów i polityków. Spróbujmy:

  1. NIE, stan nadzwyczajny (wyjątkowy) nie jest teraz potrzebny (ani by wyhamować epidemię Covid-19; ani by przesunąć wybory i uratować zdrowie wyborców; ani by uratować polskie firmy);
  2. TAK, stan nadzwyczajny wymaga odpowiedniego momentu, by go wprowadzić.
  3. TAK, przedwczesne wprowadzenie stanu nadzwyczajnego jest niebezpieczne i nie ma od niego odwrotu ani jasnej możliwości ciągnięcia go w nieskończoność.
  4. TAK, jedyna kadencja (przegranego) PAD kończy się 6 sierpnia 2020.
  5. TAK, chodzi o to, by PAD wygrał i został na kolejne 5 lat.
  6. TAK, posiadanie Prezydenta i Sejmu zapewni rządzącym możliwość przepychania dowolnych ustaw, pomysłów i stanów (wyjątkowych, nadzwyczajnych i tych dziwnych).
  7. TAK, rządzący są w potrzasku, pomiędzy wirusem, zamykaniem kraju, padającą gospodarką a poczynionymi obietnicami wyborczymi i coraz bardziej wściekłymi wyborcami.

O co więc chodzi? O szachy polityczne najwyżej wagi:

  1. Wprowadzenie teraz stanu nadzwyczajnego dla „byle” wyborów jest poświeceniem „królowej”.
  2. Równocześnie, te wybory muszą się odbyć, by po 6 sierpnia 2020 „swojak” siedział w Pałacu.
  3. Bo to WTEDY nadejdzie „czas najwyższej konieczności” i dekrecik przyjdzie podpisać.

Kulminacja jeszcze nie nadeszła. Kulminacja zakażeń, walki o życie zakażonych oraz zgonów. Kulminacja zapaści ekonomicznej i finansowej (prywatnej i państwowej). Kulminacja zapaści systemu kształcenia na wszystkich poziomach (matury, egzaminy, przejście na wyższy poziom kształcenia). Kulminacja wkurwienia Polaków, narodu genetycznie predysponowanego do nieposłuszeństwa. Równocześnie, nie doświadczyliśmy jeszcze kulminacji informacji o „sukcesach” rządzących w walce z Covid-19: zarażonych policjantach, strażakach, sanitariuszach, lekarzach, zamykaniu kolejnych szpitali, niemożności doposażania otwartych lub stawania nowych, polowych szpitali oraz wiecznym braku testów i zabezpieczeń. Nikt jeszcze (póki co) nie doszukał się korelacji pomiędzy zakażeniami a debilnym programem sciągania rodaków do kraju z miejsc, gdzie Covid już się rozwijał (tuaj pomaga RODO i ochrona danych zarażonych). Niedługo, Wiejska wymusi na nas urlopy, obcinanie wypłat, podczas gdy Glapiński będzie nadal zarabiał 70tysiaków na miesiąc i doradzał nam, jak mamy żyć.

Przedsmak potrzeby wprowadzenia stanu nadzwyczajnego zobaczycie i poczujecie wszyscy już niedługo – gdy pierwszy sąsiad odpali grilla… na balkonie. To będzie pierwszy przejaw buntu społecznego. Potem, całkiem szybko, dojdzie zapaść gospodarki, szajbnięte dzieci w domach i bez egzaminów/matur, psychoza współistnienia z „ukochanymi” na 46m kw. wielkiej płyty. W międzyczasie pojawi się gospodarcze podziemie, desperacko walczące o byt, ale rozsiewające Covid: fryzjerki na dojazd, sklepy otwierane po podaniu kodu, taksówki bez oznaczeń i dentyści pracujący pod osłoną nocy. A w mniejszych miejscowościach, pod płaszczykiem cichego zrozumienia władzy, zakłady będą pracować ukrywając jakiekolwiek przypadki zarażeń.

A poziom wściekłości dojdzie do punktu wrzenia gdzieś w lipcu, okresie wakacyjno-grillowo-piwkowym, gdy zwykli ludzie, bez grosza i nadziei, zaczną myśleć o nowym roku szkolnym dla niedouczonych dzieciaków (wszelkiego wieku) oraz o zaostrzeniu kwarantanny w październiku, w nowym sezonie grypowym, a wszystko to w kontekście wymuszonej zapaści gospodarczej „dla dobra narodu” (jednocześnie widząc, jak inne kraje wydają setki miliardów by ratować swoje gospodarki).

I to właśnie wtedy, na naszych pobratymców, sąsiadów i szwagrów, mruczących „kur… potrzymaj mi piwo…” i wychodzących na ulice, przyjdzie wprowadzić stan nadzwyczajny.

I wiecie co? Koło historii zamknie się z diabelskim rechotem – ci, co siedzą u żłobu i władzy od 30 lat, karmiący nas opowieściami o swoich „niepodległościowych poczynaniach” sprzed 40 lat, będą zmuszeni (dzięki swojej niekompetencji) wprowadzić NA NAS, stan nadzwyczajny, praktycznie równe 40 lat po tym, za co sami opluwali Jaruzelskiego.

I dlatego raczej nie będzie stanu nadzwyczajnego teraz, w okresie świątecznym (przed i zaraz po).

A potem, gdy przetoczy sie fala narodowego chaosu, przyjdzie czas na nową, prawdziwie po-komunistyczną Polskę.

PS. Uwielbiałem warszawskie Kino Moskwa (budynek na zdjeciu), za rozmach budowli, wielkość ekranu, system dźwiękowy i filmy, jakie tam dobierano. Premiera Predatora… pamięta ktoś?

Długość rodzimej pandemii?

Gdzie jest debata narodowa odnośnie twardych realiów długoterminowej walki z koronawirusem, w której należy zapewnić balans pomiędzy zdrowiem obywateli a utrzymaniem przy życiu polskiej gospodarki?

Skoro w ostatni weekend Marca nawet Donald Trump zrozumiał, że Coronakryzys nie rozwiąże się do świąt wielkanocnych, to może nadszedł czas zastanowić się nad realiami naszej, polskiej pandemii?

Od dłuższego czasu, media zagraniczne (nawet amerykańskie, wyprzedzające zrozumieniem Trumpa o całe tygodnie) trąbią o długości kryzysu, który nas systematycznie otacza długimi mackami. Być może jestem przesiąknięty zagranicznymi programami (gadają więcej i mądrzej), ale jakoś w polskich mediach nie widzę głębi debaty odnośnie rzeczy poważniejszych niż tylko liczba codziennych zachorowań oraz potrzeby zachowywania dystansu między Polakami.

Chodzi o kalendarz rozwoju, szczytu i nawrotów dzisiejszej pandemii. Rozwoju, bo wirus jest nie do uniknięcia. W końcu to wirus grypy, więc stanie się naszą codziennością. De facto, należy zadać pytanie raczej o cykliczne nawracanie się otaczającej nas zarazy oraz o docelową maksymalną liczbę zakażonych w naszej populacji.

Zacznę od cyfrologii, która przyprawia mnie o ból głowy od początku pandemii, liczb rzucających się w oczy z debaty światowej:

– Anglicy wyrzucili w świat propozycję „odporności stada”, osiąganej, gdy zaraza przeleci przez 60% „stada”, co oznaczałoby dla Polski 60% z 37 milionów (nie wszyscy wrócili ze zmywaków), a więc zarażonych powinno być co najmniej 23 miliony;

– z wystąpień gubernatora stanu NY, Cuomo, wiemy, że (na dzisiaj), Covid powala ok. 16% zarażonych (a więc wymagających hospitalizacji) a zabija ok. 2% (a to ok. pół miliona naszych rodaków).

I tak, mając owe cyferki w głowie, zadajmy sobie pytanie: jak polski rząd chce przebrnąć przez to, co się dzieje i to, co powinno się stać (a nawet… musi się stać)?

Czy liczą na wygaszenie wirusa, poprzez wyleczenie (lub śmierć) tych 2000 (na dzisiaj)? A co z nadal niezidentyfikowanymi chorymi lub tymi, o których coraz głośniej – bezobjawowymi? Przecież przykład Korei Płd. pokazuje jedno: im więcej się testuje, tym więcej przypadków jest identyfikowanych. My mamy już kilkanaście tysięcy chorych, ale ich nie widzimy, bo nie testujemy populacji, a jedynie tych, co wejdą żywą nogą do szpitala. Czyli ślepota a’la Trump.

Czy liczą na wynalezienie szczepionki i uodpornienie populacji zanim wszystko pierdyknie? Spec z Białego Domu, Anthony Fauci mówi o 1.5-2 latach przygotowań, nawet biorąc pod uwagę skrócenie czasu testowania, by lek nie zabił więcej niż zaraza, w którą jest wymierzony. Więc cudu farmakologicznego raczej nie będzie. A potem, po wynalezieniu i produkcji, trochę zajmie dystrybucja dla 37 milionów (równych i równiejszych) Polaków. A więc, 3 lata do całkowitego uodpornienia białoczerwonych?

Czyli, podsumowanie moich wątpliwości dla naiwnych:

– ile czasu zajmie zarażanie/wyzdrowienie/uodpornienie 37 milionów Polaków? Zarówno przejście samej choroby i/lub zaszczepienie narodu?

– biorąc pod uwagę, że władza nie może trzymać nas w kwarantannie dłuższej niż 2 miesiące, bo się gospodarka zawali;

– a wznowienie kontaktów międzyludzkich to powrót zakażeń i zachorowań (i to zanim Covid wróci w normalnym, jesiennym cyklu grypy);

– a nie widać przygotowań na walkę z „jutro” nawracającą pandemią poza bieżącymi raportami z walki „dzisiaj” w ramach podejrzanie niskich statystyk (ciekawostki o których przebąkują znajomi lekarze).

Najbardziej prawdopodobna reakcja rządu, jakże bliska nam wszystkim Polakom, to walka. Walka z wirusem lub jego blokowanie – mamy więc dwa ekstrema:

A. desperacka próba zaduszenia zarazy tu i teraz, by za miesiąc/dwa otworzyć gospodarkę i spróbować nie dopuścić do ekonomicznej zapaści kraju, ryzykując ponowne wybuchy pandemii, z którymi przyjdzie walczyć z coraz większą desperacją;

B. roczna/półtoraroczna blokada wszystkiego i wszystkich, zabijająca gospodarkę na amen, kończąca się już nie stanem wyjątkowym a wojennym (nas z nimi).

Nijak nie czuję, że władzuchna jest tak głupia (akceptacja wersji A) ani tak arogancka (zadufanie by przepchnąć wersję B). Oczywiście, druga tura Dudy ułatwi późniejsze wprowadzanie stanów nadzwyczajnych. Niemniej, zamkniecie gospodarki przekłada się na spadek dochodów rządu (chociażby z VATu napędzanego do niedawna podsycaną inflacją). A dla przywrócenia (chociażby częściowego) funkcjonowania kraju nie widać działań, o których słyszymy ze świata: błyskawicznego stawiania szpitali (otwarcie gospodarki to zwiększenie zarażeń), sciągania z emerytur tysięcy lekarzy lub wyciągania z rezerwy medyków wojskowych (do obsługi nowo zdiagnozowanych chorych), oraz gigantycznych programów pomocowych dla gospodarki, patrzących dalej niż miesiąc lub dwa w przyszłość (nie jak nasza „tarcza”). Biorąc pod uwagę, że jesteśmy historycznie i genetycznie niesfornym narodem, jak Wiejska (lub KPRM) wyobraża sobie utrzymanie Polaków w ryzach, byśmy już niedługo znowu „zapieprzali za miskę ryżu” (kiedyś się to komuś wymknęło) a równocześnie nie grillowali ze szwagrem na majówkach i nie chodzili stadnie na mecze np. Korony (Kielce)?

Myśląc o nadchodzącym stanie wyjątkowym lub wojennym, uśmiecham się, wspominając przygody Kluski, sądeczanina od Optimusa, któremu złośliwie zabierano samochody terenowe wykorzystując właśnie przepisy o „stanach” wyższej konieczności (dzisiaj: Dz.U. z 2019 poz. 1541) – nie mam kiedy sprzedać swojego Jeepa, a tak, armia se go weźmie, a mnie dadzą talon na parę ton rosyjskiego węgla lub kartki na wódkę (bo jak Orlen się zaweźmie w produkcji płynu do rąk, to alkoholu w całym kraju zabraknie).

Jedyne co nam pozostanie, to uśmiech na myśl, że niewidoczny wirus wcina wszystko jak leci, a on lecieć to potrafi, oj potrafi (4.5m wg. Chińczyków, a nie 2m wg. zaleceń polskich lekarzy). Jak na rękach nie wejdzie, to na oddechu, na cukierku, a jakby co (niedługo po kolejnej mutacji) to i nawet oknem wleci. Już zadufany Boris Johnson przekonał się, jak demokratyczny jest Covid-19. A do szczepionki, którą najpewniej dostanie wpierw wierchuszka polityczna („intelekty wyższego znaczenia dla kraju”), nadal zostało półtora roku, i żaden zadufany polityk nie zmieni realiów, o których twardo mówi Fauci. Nie zmieni tego ani Trump, ani Johnson, ani żaden z naszych „liderów” chowających się w domach lecz twardo decydujących o naszym życiu, pracy i przyszłości.

Mam (anty)talent

Obejrzałem jeden odcinek kolejnego wydania programu okołotalentowego “Mam (anty)talent”, i nie mogłem sie powstrzymać przed sprawdzeniem definicji słowa “talent”. Ci co się produkują w tych programach, owe obiekty analiz sędziów i widzów, bardzo rzadko prezentują coś, co można by określić jako „talent”.

Z jednej strony internetowej:
1. A marked innate ability, as for artistic accomplishment.
2.
a. Natural endowment or ability of a superior quality;
b. A person or group of people having such ability;

I właśnie w tym zakresie mam owe nietypowe dla Polaka mieszane uczucia – talent to coś wyjątkowego oraz, w moim rozumieniu, nie do nauczenia (naturalnego, genetycznego). Oznacza to, że:
– akrobaci, wyginani latami przez trenerów;
– tancerze, wirujący latami w tej samej kombinacji;
– inni sztukmistrze z ciałami nawykłymi do konkretnych ruchów, procedur i zachowań;
nie mają „talentu” a jedynie są dobrze wyszkoloną zwierzyną, mięsem reagującym zgodnie z “muscle memory”.

Nawet u piosenkarzy można zakwestionować wielu kandydatów, ponieważ dzieci zawsze są „cool” i widzowie głosują na nie dzięki „ooooooooooooooo factor” (wzdychamy!), zaś wielu młodych chłopców piejących dzisiaj, będzie śpiewać wyłącznie na imprezach ledwo im mutacja zawinie do domu a dorośli to chyba trenują w łazienkach podczas golenia.

Wiem, że program “Mam (anty)talent” ma za zadanie zarabiać pieniądze poprzez robienie wody z mózgu przeciętnych i pod-przeciętnych Polaków ale, pomijając głupotę rodaków głosujących na owe beztalencia, bardziej meczy mnie fakt, jak mało mamy ludzi naprawdę utalentowanych. A bez talentu nasz kraj nie będzie nigdy konkurencyjny, nie będzie u nas wielkich wynalazców ani twórców wielkich teorii. Zawsze będziemy ciągnąć za innymi…

Masters degrees – choose correctly

For Bachelor students on their final years, the Masters stage becomes an important stepping stone to a good career. Of course, as with everything in life, the Masters degree stage has its own challenges, opportunities, costs and benefits. As such it should be analysed and planned carefully.

The main decision components are:
1. Definition of quality.
Quality is not the holy grail of education, as no one knows what it really MEANS. Definitions are offered that suit those that provide those very definitions. So each person must define for themselves what they understand to be a “quality education”:
– Overall prestige of the institution. Harvard, Cambridge, Oxford, MIT. Names that assure immediate amazing careers. Or an institution in each country that everyone knows, fears, respects. A good guide is the Times Higher Education Ranking.
– Narrow prestige (reputation) for something very specific, showing leadership in that narrow area. Finance? Wharton. Luxury goods? Monacco.
– Knowledge passed in class. Top specialists in their fields, advertised on the university websites (good universities have nothing to hide!) with extensive CVs, top publications, senior positions in business or government. Professors with international reputations, authors of books used in universities around the world, scientists with publications in top international journals, people employed by top “think tanks”, etc.
– Contact with the business world (or diplomatic or administrative or technological) – are the teachers in corporate employment, or were they senior directors of departments? Ex-Minister teaching a course, Diplomats, CEOs, etc. Can they teach by giving their real-life examples? Can the teachers be useful later, as business or job contacts?
– Market-perceived quality, measured by speed and level of graduate employment after programme, the competition for graduates among companies, speed of advancement.
– Strong networking, both in terms of the contacts that you will make during your studies (your classmates will go far and high, so they will useful) as well as the strength of the Alumni Office, managing the alumni mafia, which loves to employ later graduates of its OWN university.

2. The trade-off between price and “quality”.
Whatever you define as quality, it will cost you. Top universities are expensive because… they can charge those prices. Ferrari will not lower its price. Nor will Harvard. In USA and Europe many universities advertise their programmes by showing how much money their alumni earn. MBA schools show how much MORE you will make after their MBA. Understood?
As soon as you define, which outcomes are important for you, compare them to the fees that you will be required to pay. Consider the fees, especially when you are a non-EU or non-US student planning to go there – they will charge you more (that is their business model).
If you have no money and want to do a Masters degree cheaply, do not expect any good outcomes. You will get your piece of paper. If you need a Masters only to tick a box on your application, then the cheap programme is for you. But at some point, someone might need some knowledge from you, and … you will not have it. Nor any useful skills.
Consider loans or scholarships – have someone else take the financial burden of your studies, so that you can repay it over time, while already having a well-paying job.

3. Time/speed.
In the world there exist two main modes of education: full-time (Monday-Friday), and part-time (weekends), with part-time usually taking longer to complete, as the hours are spread over less contact days. Europe is all about Bologna, and 90% of Masters programmes last 2 years. UK is sabotaging Bologna and still offering a one year Masters. Full-time means little opportunity to work, while if you need to work to pay for you programme then part-time is the solution, but you may have visa issues.
Masters programmes will be either:
– Low on content, to fit it into a one year stretch;
– Very intensive to fit everything into a short time (then you cannot work);
– Longer-lasting, to provide all the courses you need;
Every option has trade-offs. Fast = shorter time to start work. Longer = more knowledge. Intensive = no time for anything else. Easy/shallow = only get diploma (no real knowledge).

4. Selection of correct specialisation.
We assume that you have, at least, decided on the rough area of knowledge that you need, for example Finance.
The next step is to identify what you want, need, or think will be useful. You can pursue:
– Very broad education, in the general field of “Finance”, with some core courses (set by the university, required) and choose what you like or find interesting through elective subjects;
– A very narrow specialisation, with very deep courses providing you with cutting-edge knowledge, skills and understanding;
Those pursuing the first type, will want a career in “general” finance, from staffing cash registers, through assisting stock traders, to doing analysis in a bank. A job awaits anywhere. An average job. Those pursuing the second, narrow type, will gain employment in appropriate institutions, and probably get it faster, earn more and get promoted faster. In narrow specialisations, the level of competition is higher as people are more focused and they contribute stronger KPIs.
As in all these analyses, the message is clear – decide where you want to work and pursue that with determination!

5. Home or abroad.
Highest quality is located in only a few countries – most of you do not live in them. Remember, quality comes at a price, so make sure you can afford it.
Going abroad has its costs – financial expenditures (tuition, flights, living expenses), stress for yourself, family and friends, lost relationships, traumas, visa problems, travel problems, risk of sicknesses, etc.
But studying abroad offers amazing opportunities (alongside the advanced knowledge) – about this I will write in the future. For now, we can state that foreign degrees from good countries are more valuable in the heated battle for top jobs.
If you cannot find funds for study abroad, spend money on a top local university. And consider the opportunities outlined below (a second, better, foreign degree later, a few years into your career).

6. Immediately or not?
Rushing into a Masters degree immediately after your Bachelor is only one option available to all. In reality, you can:
– Finish the Bachelor and go to work, get the job, get yourself sorted out, gain the first real-life experiences. Then, after a year or two, take the Masters and do it alongside your work, adding the second degree title to your now-interesting CV;
– Finish the Bachelor and never do a Masters degree, as your career might not require further formal qualifications;
– Take the Masters immediately after Bachelor, “get education over with”;
The last option has some subcomponent issues. Rushing into a Masters might seem simple, you get a “MA” tick on your CV, but it could be a mistake – you should think about what you really need and want. Maybe a delayed Masters, once you get some money, will be better (it will help your career)? Or, maybe, after 2-3 years of work, you will see an opportunity in something that needs a Masters degree, and THEN, you do one, a correct one? For example, you did finance, but then you see the market need for forensic accountants?
Overall, the biggest danger to delayed Masters is that you will not want to go back to university, so many people “rush through” that second stage of education. In essence they waste time and money.

So, to finish off – a Masters degree should make sense, as part of your overall life/work strategy. If that is the case, then you already know: where, when, how, why you will do the Masters. Otherwise, do any masters immediately, to have the “MA/MSc” title by your name, or WAIT. Wait until you know what you need to do.
Follow your plan! Do not leave anything to chance!

Komunistyczna siłownia, czyli old skool

Struktura architektoniczna siłowni TKKF uwarunkowana była ścianami nośnymi i fundamentami jakże-4-alternatywowego-budynku wczesnego komunizmu.

1987. Komuna, milicja, bitki na osiedlu (z innymi i z milicją, jak to wtedy wypadało). Któregoś dnia kumpel pokazuje mi okna piwniczne, wystające z podziemi, otoczone pustakami by minimalne światło mogło wpaść do środka zatęchłej piwnicy.
„Patrz, to tam jest siłka. Jedyna u nas”, wyszeptał. Jego głos wibrował, jakby zdradzał mi straszną tajemnicę, ujawnienie której groziło mu karą cielesną i utratą majątku.

Nasze osiedle, w stylu Alternatywy 4, było „niezłe” bojówkowo – dawaliśmy sobie rade w większości ówczesnych ustawek, czy to w bitwach pomiędzy ulicami, czy w wojenkach lokalnych pseudo-gangów a nawet regularnych bitew z milicjantami podczas lanych poniedziałków. Ale nawet moi współplemienicy, twarde chłopaki z osiedla, wyrażali się z uznaniem o tych olbrzymach trenujących „na siłowni”. Ja sam miałem w pamięci kilka bolesnych pręg od bramkarzy zabezpieczających drzwi co ciekawszych knajp (fakt, w tym wieku nie miałem do nich oficjalnego wstępu, ale…). Ogólnie kojarzyłem tych kolesi jako gigantów, super-ludzi potrafiących podnieść samochód lub wyrzucić ambitnego małolata (mnie) jedną ręką przez drzwi lub okno klubu. O tym, CZEGO wymagało takie wyszkolenie miałem wtedy zerowe pojecie.

Miesiąc czy dwa później, wyleczony z siniaków i ran z ostatniej bitwy, zawitałem do tej piwnicy. Lokalny oddział TKKF (Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej, komunistyczny wynalazek na wyciąganie ludzi z domów) okupował kolosalną piwnice, która rozciągała się pod całym budynkiem 4-pietrowego molocha mieszkalnego na typowym komunistycznym blokowisku. Struktura (już niedługo „mojej” siłowni) uwarunkowana była ścianami nośnymi i fundamentami jakże-4-alternatywowego-budynku wczesnego komunizmu: gdzie można było oczekiwać drzwi była ściana, okna wpuszczały mniej światła niż należało się więźniowi w celi śmierci, a w trzech pomieszczeniach można było ćwiczyć wyłącznie hantlami, ponieważ cokolwiek większego rysowało ściany. Większość ścian nie trzymała pionu a położone na podłodze sztangi toczyły się ku tej lub owej ścianie. Ponieważ większość okien była nie do otwarcia, jako wentylację należało otworzyć drzwi wejściowe i machać kartonem by napędzić wystarczająco dużo świeżego powietrza w gąszcz pomieszczeń wypełnionych spoconymi i krzyczącymi olbrzymami.

Zaczęliśmy w pięciu, każdy bardziej ambitny od drugiego. Po trzech miesiącach zostałem sam. I dopiero wtedy podejrzliwe i zdystansowane olbrzymy zainteresowały się moją osobą. Po latach zrozumiałem, że oni takich chojraków widzieli setki, a każdy znikał po kilku tygodniach, zmęczony, obolały, niezdolny do niezbędnej dyscypliny, wyrzeczeń, diety i wydatków.
Raz, drugi, piaty, piętnasty, ten lub tamten doradził jak ćwiczyć, jak ułożyć dłonie na maszynie czy jak oddychać podczas specjalnego ćwiczenia. Któregoś dnia jeden poprosił mnie o pomoc – miałem „zaspotować” go podczas wyciskania sztangi. Byliśmy sami w całej siłowni, nawet ciec poszedł na piwo, a olbrzym zarzucił na sztangę 200 kilo i zabrał się za wyciskanie. Ja miałem mu wyłącznie pomóc koniuszkami palców, w ostatnich centymetrach ruchu. Niespodziewanie, przy piątym powtórzeniu kolesiowi siadły tricepsy i sztanga poleciała w dol. Pomogłem mu wyjść z tego dramatu, nadwyrężając sobie wszystkie mięsnie i tracąc skórę z palców.

Po roku znali już moje imię, a ja mogłem niektórym mówić „na ty” pomimo często ogromnej różnicy wieku. Szacunek zdobywało się dyscypliną, regularnością a’la robot, powolnymi postępami w sprawności, pomocy innym, cichym rozmowom na tematy sportowe. Właściciel/trener był szanowany przez wszystkich nie tylko z racji posiadanych trofeów (polskich i europejskich) ale i podejścia do każdego członka TKKF. Sprzętu było mało, więc członkowie siłowni wykazywali się wynalazczością godną Doliny Krzemowej. Sprzęty podejrzane w zachodnich czasopismach kopiowano przy pomocy kątowników wyniesionych z zakładów pracy a zespawanych na spawarce „pożyczonej” z budowy, ściany remontowaliśmy sami (a sypały się często z racji łatających ciężarów), a niektóre dociążenia odlewaliśmy sami w lokalnym warsztacie samochodowym. Kilka razy musieliśmy pomoc w remoncie mieszkań nad nami, ponieważ trener dogadał się z mieszkańcami, by ci tolerowali hałas rzucanego żelastwa i krzyczących kolosów w zamian za „pomoc dobrosąsiedzką”.

Konsekwencje młodzieńczej pasji, poza sprawnością fizyczną były dwojakie. Po pierwsze, olbrzymy ćwiczące dookoła mnie pracowali we wszystkich najważniejszych klubach miasta i mieli inne podejście dla „znajomków z siłki”, część starszych mężczyzn prowadziła już wtedy dochodowe interesy (wymagające jazdy czarnymi Mercedesami i BMW), a kilku zajmowało się dochodową działalnością w zakresie szeroko rozumianego „bezpieczeństwa i ochrony”. Na wszystkich napotykałem się potem przez 10-15 lat w najróżniejszych miejscach i sytuacjach. Siłowniane znajomości pomagały. Zawsze. Po drugie, nauczono mnie dyscypliny i wagi wyrzeczeń w osiąganiu zaplanowanego celu. Etyka pracy, a może etyka samorozwoju, wbite głęboko przez ciężkie żelastwo, obolałe mięsnie i gest uznania ludzi lepszych ode mnie (wyniki niektórych dogoniłem dopiero 15 lat później, a wyniki najlepszych mogę tylko omawiać z zazdrością ponieważ nigdy, przenigdy nie dojdę do takiej siły).

Wspomnienie: wyginająca się w pałąk sztanga olimpijska z 260-kilogramowym ciężarem, wyciskana w całkowitej ciszy przez ogromnego wariata z zamkniętymi oczami. 4 spoterów dookoła niego, pilnujących by sztanga nie przeważyła i nie urwała mu rąk.
Wspomnienie: Trzech potworów przymierzających świeżo zaimportowane koszulki hokejowe w rozmiarze XXXL i narzekający, że owe żaglowe płachty materiału tu i owdzie ich uwierają.
Wspomnienie: dozorca siłowni przychodzący w sobotę rano, specjalnie by wpuścić ambitnego Marcinka na siłke o 9 rano.
Wspomnienie: motywacyjna zagrywka najstarszego członka TKKF – wszystko co zrobię ja, oni zrobi 2 więcej lub 2 razy ciężej. Dopiero po 3 latach udało mi się osiągnąć wyniki uniemożliwiające mu tą zabawę.
Wspomnienie: olbrzym nie odzywający się do nikogo, szanowany za swoje wyniki. Ustępowali mu wszyscy – wystarczyło, że podszedł do danego urządzenia i stawał obok, a dany ćwiczący oddawał mu miejsce by ten mógł wyginać pręty, urywać kable i ogólnie demolować pomieszczenie.
O panu, który (podobno) korzystał ze sterydów dla koni nie będę pisał…

A dla najtwardszych koneserów “historii medycyny sportowej” mam jedno słowo: metyloandrostenolone.

logo_tkkf

Supermeni od wszystkiego

Przed laty było sie specem od jednej rzeczy: kucharze kucharzyli, dziennikarze pisali, pisarze publikowali, sportowcy się pocili a modelki były… głupie.
.
Dzisiaj, rozglądam się po świecie i Internecie, i widzę prawdziwych tytanów od wszystkiego. Supermeni od wszystkiego. Zastanawiam się wtedy, CO SIĘ STAŁO na tej planecie, że wyłącznie mały odsetek ludzi potrafi zrobić, zdziałać, wymyśleć, wypromować wszystko i nic (cokolwiek), zaś reszta, jakieś 99,999999% rabotaje w fabrykach i firmach i instytucjach obserwując nasze nowoczesne tytany wszech-działań i zazdroszcząc im kasy…
.
Jak to jest, że byle człowieczek znający się na jednej rzeczy nagle zaczyna gwiazdorzyć w kilku lub kilkunastu? Znany rowerzysta sprzedaje deski surfingowe, muzyk ma czasopismo, a modelka pachnie na nowo, reklamuje nowe (“swoje”) rajstopy co zapobiegają porwaniom przez UFO i przykłada się do produkcji butów? Każdy, kto minimalnie zaistniał, nagle rozpościera skrzydła i staje się potentatem kilku lub kilkunastu branż? Znacie przecież raperów, co nie potrafili sklecić zdań, by zaraz potem mieć markę mody, studio muzyczne i firmę produkującą cudze rzępolenie, zaraz potem smród spod ich pachy znajduje się w butelkach a podarte Nike’i stają się hitem sezonu, i to nie w więzieniach o zaostrzonym rygorze, ale na ulicach Warszawy, Moskwy czy Pekinu? Należy też wspomnieć piosenkarki, mniej lub bardziej utalentowane, śmierdzące nam z butelek, pozwalające byśmy ubierali się w ich „projekty” lub czesali się na wzór skłębionych kudłow pod ich pachą.
.
Pytanie jest proste. No dobra, trochę pokręcone…
Czy:
a. Myśmy wszyscy zdebilnieli i dramatyczna większość nie ma żadnych talentów, wizji, misji, pomysłów?
b. Oni są taki superosobnikami, że potrafią wszystko zaś zdrapana skora z ich pięt to prawdziwa formuła norweska?
c. Owe gwiazdy stały się produktem, takim samym jak te gówna co nam wciskają, a prawo marketingu mówi nam, że jak się ma jedno gówno na rynku i ludzie je kupują, to pochodne gówna sprzedadzą się tak samo dobrze?
.
Czy spece od marketingu mają nas za aż takich idiotów? A może zmielone włosy Brittney, posolone przez P-Diddy i zmoczone potem przez Shaqua oraz przechowane w lodowce Lady Baby są aż takim afrodyzjakiem by płacić za nie więcej niż za rozkosz kolumbijską?
.
A może to jednak myśmy zwariowali, nie mając niczego ciekawego, zadowalającego, pozytywnego i mile emocjonującego w życiu, przez co musimy się pocieszać półproduktami i pochodnymi funkcji życiowych skurwionych gwiazd i gwiazdeczek?