Weterani wojenni – nasz wspólny problem [repost]

Oryginał ukazał sie w 2011, ale pochłoneła go Amba serwerowa…

Obserwując śmieszne ambicje mocarstwowe naszych politykierów, trudno nie zauważyć kolejnego wątku niekompetencji naszego państwa, jego instytucji i systemów.

Nasze proamerykańskie polityczne zwierzątka z wielką lubością wplątują nas w coraz to kolejny konflikt wojskowy na terenach gdzie polska racja stanu ma takie znaczenie jak moje pragnienie rządzenia Libią. Wysyłamy tysiące żołnierzy, tysiące ton sprzętu, a nawet okazjonalnie wywiosłujemy jakiś nasz „okręt”, czyli kupę złomu oddaną nam, bo było taniej niż zezłomować (za dawnych czasów to się nazywało „celem treningowym artylerii morskiej”). Nasi politycy lekką ręką wydają miliardy z naszych podatków na zabijanie ludzi którzy nam nic nie zrobili, w krajach gdzie nawet polskie biura turystyczne nie wyślą różowych Barbie ani łysych w klapach. Marnują miliardy które powinny zostać wpompowane w szkolnictwo, zdrowie, postęp technologiczny, i robią to bez podania nam jakichkolwiek spójnych teorii, modeli geopolitycznych, poza Chicagowsko-Jackowskim uwielbieniem hamerykanów i ich imperialnej polityki służącej wyłącznie zachowaniu cen ropy na hamerykańskich stacjach benzynowych by się grubasy nie wsciekały. Brakuje mi ciekawego modelu/uzasadnienia nad którym mógłbym posiedzieć i pomysleć.

Nasi żołnierze giną, bo takie są prawa natury i rachunku prawdopodobieństwa w przypadku gradu pocisków lecących ku głowie z prędkością 1100m/s lub eksplozji IED rozprężającej się z prędkością 3000m/s. Co jakiś czas zjeżdża do kraju kolejna owinięta flagą trumna a politykierzy, z charakterystyczną sobie obłudą, gadają pierdoly i rzucają slogany godne kreskówek z gumy Donald. Rodziny dostają żałosne ubezpieczenia, bo ich synowie nie lecieli w pijackiej CASAie ani nie wybierali się niepotrzebnie do Smoleńska.
Niemniej, zwłoki mają to do siebie, ze są binarne: jak ich nie ma to nie ma problemu a oddychające pre-zwłoki płacą podatki, ZUS, itp. Zwłoki-zwłoki to krótkoterminowy problem który ma to do siebie, że szybko gnije, przykryty płytą kamienną na cmentarzu. A wiec problem jest krótki jak zajawka w TVN24: trumna+flaga, powitanie, peany, do ziemi, wypłata, zapominamy.

Jako pasjonat historii, musza zadać pytanie: czy jesteśmy jako państwo gotowi na „żywe konsekwencje” wojen w których się udzielamy? Co dzieje się w Polsce z weteranami?
Ciekawi mnie z kilku powodów:
– Powracający do USA bohaterowie z II wojny światowej, a nawet Korei, byli witani jak wybawcy a państwo miało możliwość pomoc mi zakalimatyzowac się ponownie do życia;
– W przypadku wojny w Wietnamie już tak nie było i powracający byli wypychani ze środowiska z którego wyjechali a ranni trafiali w system żałosnej pomocy medycznej. W sumie, ogromna liczba trafiła na ulice i do „ruchów alternatywnych” (włącznie z zakładaniem większości gangów motocyklowych które działają do dziś);
– Żadne państwo nie uznaje „Gulf War Syndrome”, gdyż wtedy musiałoby wydać miliardy na leczenie i odszkodowania dla ludzi których to samo państwo wysłało do Iraku(1) bez odpowiedniego przygotowania;
– Anglia po Iraku i Afganistanie ma nowy problem: w mediach padło niedawno przerażające stwierdzenie: „w dowolnym brytyjskim mięście jesteś nie dalej niż 100 metrów od bezdomnego weterana”;
– Niedawno czytałem straszny artykuł o zmianie obrażeń wynoszonych z nowych konfliktów: o roli fali uderzeniowej w tworzeniu zmian mózgu, które nie są diagnozowane bo dotyczą tych co przeżyli wybuch, nie mają ran (widocznych) a nikt się nie interesuje długoterminowymi efektami wstrząsów na umysł i mózg jako komputer sterujący ciałem.
Wielkie, zaawansowane, bogate kraje nie dają sobie rady z weteranami: ich ilością, zróżnicowaniem i srogością ich problemów medycznych, problemami psychicznymi, rozpadem rodzin, przestępczością.

24713_rot

I jak da sobie rade nasze malutkie państewko z politykami którzy nawet nie potrafią autostrady zbudować, biurokratami zatrudnianymi przez pociotów i lekarzami którzy pracują na 16 etatach? Czy nas tez czeka rosnąca grupa wyrzutków społecznych, opętanych demonami wojny, cierpiących na drogie w leczeniu schorzenia, których wyrzekli się wszyscy?
Jeszcze nam tego brakowało, by do naszych mafii wstępowali weterani, znający się na zaawansowanej broni, nie bojący się gradu pocisków i umiejący zabić przy pomocy plastikowej łyżeczki. Malo nam było w czasach gdy ex-antyterrorysci szkolili gangsterów za kasę, lub ex-komandosi wspierali jedne i drugie mafie w ich lokalnych wojenkach?

Oczywiście, ten problem zajmie parę lat, a wtedy żaden z aktualnych decydentów nie będzie już przy żłobie. Ale może weterani zapamiętają tych co ich wysłali do piekła i za parę lat przypomną o sobie pod domem tego czy owego? Jak im pikieta nie wyjdzie to niech przynajmniej felgi zabiorą — i tak będą kupione z naszych podatków.

Zobaczmy jaki efekt odniesie najnowsza próba uregulowania tych kwestii podjęta przez polski rzad. Tutaj jest informacja ze Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza granicami kraju.

W 2012 pojawił się pierwszy glosny medialnie case

and a little moment from my favourite band

Mam (anty)talent

Obejrzałem jeden odcinek kolejnego wydania programu okołotalentowego “Mam (anty)talent”, i nie mogłem sie powstrzymać przed sprawdzeniem definicji słowa “talent”. Ci co się produkują w tych programach, owe obiekty analiz sędziów i widzów, bardzo rzadko prezentują coś, co można by określić jako „talent”.

Z jednej strony internetowej:
1. A marked innate ability, as for artistic accomplishment.
2.
a. Natural endowment or ability of a superior quality;
b. A person or group of people having such ability;

I właśnie w tym zakresie mam owe nietypowe dla Polaka mieszane uczucia – talent to coś wyjątkowego oraz, w moim rozumieniu, nie do nauczenia (naturalnego, genetycznego). Oznacza to, ze:
– akrobaci, wyginani latami przez trenerów;
– tancerze, wirujący latami w tej samej kombinacji;
– inni sztukmistrze z ciałami nawykłymi do konkretnych ruchów, procedur i zachowań;
nie mają „talentu” a jedynie są dobrze wyszkoloną zwierzyną.

Nawet u piosenkarzy można zakwestionować wielu kandydatów, ponieważ dzieci zawsze są „cool” i widzowie głosują na nie dzięki „ooooooooooooooo factor” (wzdychamy!), zaś wielu młodych chłopców piejących dzisiaj, będzie śpiewać wyłącznie na imprezach ledwo im mutacja zawinie do domu a dorośli to chyba trenują w łazienkach podczas golenia.

Wiem, że program “Mam (anty)talent” ma za zadanie zarabiać pieniądze poprzez robienie wody z mózgu przeciętnych i pod-przeciętnych Polaków ale, pomijając głupotę rodaków głosujących na owe beztalencia, bardziej meczy mnie fakt, jak mało mamy ludzi naprawdę utalentowanych. A bez talentu nasz kraj nie będzie nigdy konkurencyjny, nie będzie u nas wielkich wynalazców ani twórców wielkich teorii. Zawsze będziemy ciągnąć za innymi…

Supermeni od wszystkiego

Przed laty było sie specem od jednej rzeczy: kucharze kucharzyli, dziennikarze pisali, pisarze publikowali, sportowcy się pocili a modelki były… głupie.
.
Dzisiaj, rozglądam się po świecie i Internecie, i widzę prawdziwych tytanów od wszystkiego. Supermeni od wszystkiego. Zastanawiam się wtedy, CO SIĘ STAŁO na tej planecie, że wyłącznie mały odsetek ludzi potrafi zrobić, zdziałać, wymyśleć, wypromować wszystko i nic (cokolwiek), zaś reszta, jakieś 99,999999% rabotaje w fabrykach i firmach i instytucjach obserwując nasze nowoczesne tytany wszech-działań i zazdroszcząc im kasy…
.
Jak to jest, że byle człowieczek znający się na jednej rzeczy nagle zaczyna gwiazdorzyć w kilku lub kilkunastu? Znany rowerzysta sprzedaje deski surfingowe, muzyk ma czasopismo, a modelka pachnie na nowo, reklamuje nowe (“swoje”) rajstopy co zapobiegają porwaniom przez UFO i przykłada się do produkcji butów? Każdy, kto minimalnie zaistniał, nagle rozpościera skrzydła i staje się potentatem kilku lub kilkunastu branż? Znacie przecież raperów, co nie potrafili sklecić zdań, by zaraz potem mieć markę mody, studio muzyczne i firmę produkującą cudze rzępolenie, zaraz potem smród spod ich pachy znajduje się w butelkach a podarte Nike’i stają się hitem sezonu, i to nie w więzieniach o zaostrzonym rygorze, ale na ulicach Warszawy, Moskwy czy Pekinu? Należy też wspomnieć piosenkarki, mniej lub bardziej utalentowane, śmierdzące nam z butelek, pozwalające byśmy ubierali się w ich „projekty” lub czesali się na wzór skłębionych kudłow pod ich pachą.
.
Pytanie jest proste. No dobra, trochę pokręcone…
Czy:
a. Myśmy wszyscy zdebilnieli i dramatyczna większość nie ma żadnych talentów, wizji, misji, pomysłów?
b. Oni są taki superosobnikami, że potrafią wszystko zaś zdrapana skora z ich pięt to prawdziwa formuła norweska?
c. Owe gwiazdy stały się produktem, takim samym jak te gówna co nam wciskają, a prawo marketingu mówi nam, że jak się ma jedno gówno na rynku i ludzie je kupują, to pochodne gówna sprzedadzą się tak samo dobrze?
.
Czy spece od marketingu mają nas za aż takich idiotów? A może zmielone włosy Brittney, posolone przez P-Diddy i zmoczone potem przez Shaqua oraz przechowane w lodowce Lady Baby są aż takim afrodyzjakiem by płacić za nie więcej niż za rozkosz kolumbijską?
.
A może to jednak myśmy zwariowali, nie mając niczego ciekawego, zadowalającego, pozytywnego i mile emocjonującego w życiu, przez co musimy się pocieszać półproduktami i pochodnymi funkcji życiowych skurwionych gwiazd i gwiazdeczek?

Celebryci znikąd – od zera do lidera

Zauważyliście zaskakujące kariery ludzi niebytu, pojawiających sie znienacka, bez żadnego powodu, by odnieść potem spektakularny sukces, nie wiadomo dlaczego?
.
Ostatnie dwa fenomeny wakacyjnej RP to panienka ze stadionu z pompą w ustach i dansiorka-super-max, czyli ruchliwa córka wagi słusznej. W obu przypadkach mamy do czynienia z osobami nie mającymi nam do zaoferowania nic ciekawego, pozytywnego, konstruktywnego, niemniej wpychają się nam przed oczy przy każdej okazji. Cud napompowanej nie jest cudem – ona już od jakiegoś czasu kręciła się koło pseudo-elit, więc pewnie ktoś jej załatwił by kamerzysta ją „ujął”. Przecież jej późniejsza „kariera” jest tak szybka, że musiała być ustawiona. Ta druga ma, jak cały swój klan, parcie na szkło za wszelką cenę – teraz jak już wleźli na kanały TV to nikt ich nie zepchnie (dosłownie i w przenośni).
.
Jak zostać popularną gębą w szklanym oku i bulwarówkach?
.
Można się z kimś hajtnąć, pod warunkiem, że ów ktoś jest już znany – aktorzyna z kiepskiego serialu, kiepski aktorzyna, starzejący się aktor, dziennikarz, polityk. Szeroki wybór, dla każdego jest jakaś „ofiara” po plecach której można się wspiąć na wyżyny bywania. Można się przespać z kimś, puścić kogoś w trąbę, być puszczonym lub puszczoną. Można być członkiem rodziny – córką co ma bloga, synem co dorabia u przewalacza, szwagrem co robi w PSL, żoną co dorabia w ARR, itp. Można też znać się na czymś innym ale by podreperować swój image lub zwiększyć dochody zacząć się udzielać w tematach całkowicie nam obcych, niemniej aktualnie ważnych. Można również być tą laleczką od jednorożca, co przegrywała z owym pluszakiem na punkty IQ… Albo być całkowitym debilem, którego zachowanie aż się prosi o upublicznienie – ciołki z Jersey, baru czy ci co mają większego brata i nie rozumieją jak działają kamery ;p
.
Co się robi, jak się już zaistnieje?
.
Wymóg podstawowy – wejście na pułap celebrycki wymaga ciągłego wysiłku by niego nie spaść. Oznacza to bywanie wszędzie i nigdzie (o mężu królowej brytyjskiej był kiedyś dowcip, że „pojawi się nawet na otwarciu… koperty”), jedząc, pijąc, uśmiechając się (czyli jak bezdomni w barach szybkiej obsługi), stojąc kolo osób ważnych, znanych, bogatych. Taka asymilacja cech elity poprzez dotyk… Należy pamiętać o dywanach, z reguły czerwonych, wypinaniu części ciała, robieniu uśmiechu tak szerokiego, że widać dziurawe ósemki a dentystów łapie nerwica, oraz „kupowaniu” ciuchów na jeden wieczór by potem oddać je z nienaruszonymi metkami udając, że „te plamy już tu były”.
.
Pisząc wcześniej, że należy dbać o to by nie zniknąć, nie miałem do końca racji – część fenomenu celebrytów to różnego rodzaju comebacki. Hania piła, ale już nie pije (teraz ćpa). Zdzisiek ważył tonę, a teraz schudł do 930kg – poznajcie jego dietę (sekret: zjadł lodówkę i nie miał gdzie trzymać więcej żarcia). Mąż dziennikarki Kunegundy orał nią pole. Inna baba, po śmierci w kartonach, ma teraz skup makulatury – poznajcie jej sekrety jako biznesłumen. Krzysztofa rzuciła Agnieszka, Tamara, Kasia, Asia, Zosia, Pisia, Misia, Zusia, Ciuzia, ale on się nie poddał i mieszka teraz w zoo na wybiegu z szympansami – poznaj sekret jego szczęścia. Aktorka Bożydara była piękną kobietą w udanym związku ale już nie jest – ani piękna ani w związku – wypełnij ankietę, co spowodowało co? (przy okazji, mój Word pomógł mi poprawnie przespellowac imię Bożydara – ono ISTNIEJE?????????)
.
Co ma z tego celebryta?
.
Część to na pewno psychole z parciem na szkło i papier – ludziki nie kochani przez nikogo, co poprawiają swoje psychiczne skrzywienie byciem w domenie publicznej: nie jestem brzydka skoro papier w gazecie przyjął moje zdjęcie, nie jestem gruby skoro mieszczę się na rozkładówce, nie jestem debilem skoro mnie cytują. Czyli – taniej w bulwarkach leczyć schizy niż leżeć na kozetce.
.
Część ma z tego kasę – sprzedają swoje śluby, zdjęcia, przemyślenia, umawiają się na ustawione kłótnie lub wypinanie tyłka lub upuszczanie dziecka na asfalt, budują „brandy” z liniami produktów na które skusi się ta czy inna solara z dresem lub polska housewife ze wsi długiej na 4 domy (ale dopiero jak zdejmie pług z pleców).
.
Są też tacy, co lubią się ocierać o inny świat – takie współczesne groupies, co nie mają pomysłu na życie bo im IQ nie starcza na rozpracowanie papieru toaletowego w rolce albo, wprost przeciwnie, widzą to jako świetny sposób na życie, by nic nie robić a żyć jak Pan/Pani, jeść za darmo na wyżerkach, dostawać gratisy, pozować w cool ciuchach.
.
Co mamy z tego my, ofiary papki bulwarowej?
.
Pominę tych ułomnych żyjących życiem swoich idoli znikąd – nie oceniam czytających bulwarówki, szukających desperacko najnowszych niusów o majtkach Zuzi, romansie Krysi, rozwodzie Artura czy romansie Tomasino z ze swoim ochroniarzem/masażystą/kucharzem/kierowcą. Śmieszą mnie ci, co uważnie słuchają porad odnośnie mody od ludzi co noszą meloniki na plecach albo robią suknie z toreb od Tesco. Najbardziej zabawni są ci, co uważnie uczą się jak zrobić z abażuru i celofanu suknię prawie-prawie-jak-Chanel, od baby co ma setki milionów bo swoim (kiedyś)sexy tyłkiem uwiodła miliardera, a teraz chce by dizajnerką bo to jest u niej w wiejskim fitnessklubie „wery faszionabl”.
.
Osobiście uważam, że społeczeństwo ma duży PROBLEM – te pojawiające się znikąd „salonowe (lub prasowe) bywalce” gadające o wszystkim do każdego kto słucha lub nie, po jakimś czasie włażą nam za skórę. Jak każda choroba weneryczna, celebryci pojawiają się i panoszą się tak, że trudno jest ich wyeliminować. Żadna penicylina w postaci „kim ty jesteś człowieku” lub „co ty wiesz” nie działa, ponieważ celebryci to odporne stwory, żyjące w swoim osobliwym świecie, zarażający nas ową toksyczną nierzeczywistością.
.
Najstraszniejsze jest to, że po jakimś czasie Polacy traktują owe przybłędy jak autorytety od wszystkiego, zaś dziennikarze i redaktorzy wmuszają w nas przemyślenia owych idiotów przy każdej okazji. Gwidetta, kochanka kucharza bez włosów i rąk znanego z gotowania (mieszania?) ustami, rozjechała jego różowym Ferrari psa znanego polityka, po czym rzuciła się na interweniujących ludzi z gazem pieprzowym. Rok później, już się wypowiada w sprawach mody, za 2 doradza jak urządzić mieszkanie, po 3 latach ma swój program w TV Rzeżączka, by po 5 latach dyskutować o ustawach w sejmie w TV Brunch lub komentować najnowszą wojnę w Zatoce (Perskiej? To od gatunku kota? Gdzie takiego mogę kupić?).
.
Nikt im tego nie pamięta. Nikt nie wyśmiewa tych przybłęd. Nikt nie punktuje ich debilizmu, prostoty intelektualnej, odwracania nam uwagi od rzeczy ważnych i prawdziwych oraz panoszenia się ze swoimi debilnymi poglądami, pomysłami, receptami. Dziennikarze, redaktorzy, członkowie innych (prawdziwych?) elit, traktują ich poważnie, rozmawiają z nimi, słuchają, goszczą, stołują.
.
Coś tu nie gra…
Eh, gdyby Bareja dzisiaj żył to by nie uwierzył…

Ograniczenie maksymalnej wysokości spadku

Po kolejnym obejrzeniu Paris Hilton lub innego dziecka miliarderów robiącego z siebie idiotę i przewalającego ogromne ilości pieniędzy na absolutne pierdoły, utwierdziłem sie w przekonaniu, że zaporowy podatek spadkowy to jedyny sposób na drastyczne ograniczenie niezasłużonego bogactwa. Rozumiem, że rodzice chcą przekazać dzieciom wszystko, niezależnie od istnienia (lub nie) korelacji pomiędzy inteligencją/talentem dziecka a ilością przekazywanej kasy. „Po to pracuje i wypruwam żyły by dać dziecku wszystko,” to normalna śpiewka. Niestety, wg. mnie ma ona inne znaczenia gdy przekazujemy dom, samochód i kasę na ślub a trochę inne znaczenie gdy dzieciak dziedziczy korporacje lub kilka firm oraz kilka, kilkanaście, kilkaset milionów…
.
Nie chodzi o „prawo” do dawania komu się chce dowolnych rzeczy (chociaż i TO prawo jest ograniczone przepisami podatkowymi, penalizującymi zbyt duże przekazy – w Polsce to chyba 6000PLN rocznie). Bardziej interesuje mnie koncepcja równości społecznej: dlaczego jedni mają dostawać ogromne zasoby gdy nic nie zrobili by je wyprodukować/pomnożyć? Na zajęciach mówiliśmy (w chamskich słowach) o „dziedziczeniu przez najszybszy plemnik”, bo przecież dzieci nie mają innego uzasadnienia prawa do dziedziczenia.
.
Dziedziczenie fortun chwieje systemem premiującym osiągnięcia (merytokracją), ponieważ na najwyższych poziomach społeczeństwa są dziedzice (w którymś pokoleniu), z których wielu nie zrobiło i nie robi nic produktywnego, za to kontrolują i uniemożliwiają uwolnienie ogromnych zasobów ekonomicznych (finansów, firm, form produkcji). Bourdieu się kłania i jego teoria „elite reproduction” – nasi „liderzy” maja dosyć zasobów i kontaktów by wiecznie rządzić nami i być NAD nami, zapewniając swoim dzieciom i dzieciom podobnych krezusów pozostanie na „boskim poziomie”, podczas gdy zwykli (ale bardzo przedsiębiorczy) ludzie muszą się zmagać z codziennymi problemami. Jakoś tak nie fair.
.
Oczywiście zdarzają się bogacze, zdający sobie sprawę z ulotności ich bogactwa oraz tego jak dużo problemów, biedy, cierpień jest na świecie – Gates ze swoja fundacją to dobry przykład. Niemniej, ogromna większość multimilionerów przekaże całość swojej kasy dzieciom. I stąd koncepcja maksymalnego podatku spadkowego, rzędu 95% dla najbogatszych. Można nawet zaproponować prostsze rozwiązanie: maksymalnie po 10 milionów Euro na łeb.
.
Wysokie opodatkowanie doprowadzi do recyrkulacji zasobów, zarówno gotówki, akcji, praw własności firm nie notowanych na giełdzie, jak również uwolni ogromne zasoby sztuki skrzętnie skrywane przed światem. Mielibyśmy wtedy sytuację, w której najbogatsi byliby prawdziwymi „self-made men” a nie dziedzicami „robber barons” (19 wiek w USA i współcześni hamerykanscy prawicowi milionerzy) lub innych przekrętów (postkomunizm w Europie Sr-Wsch i nasi “miliarderzy” co jeszcze nie są w areszcie).
.
A, że dzieciaki dostałyby po 10 baniek to mało? Eeee tam.
Za 10 milionów można mieć najfajniejszą brykę, dobry dom, bawić się do śmierci (z przepicia? Zaćpać?). Alternatywnie można wydawać oszczędnie i żyć całe życie bez pracy lub świadomie zainwestować i zbudować kolejne imperium. Ale tym razem zasłużyć na wszystko ponad (odziedziczone) 10 baniek.
.
Uczciwiej?
Inaczej nie rozbijemy systematycznej koncentracji kapitału i zasobów, normalnie mało widocznych ponieważ mają charakter wielopokoleniowy (a póki co, wydaje się, że i również nie są do zatrzymania).

Ekstremalne reklamowanie miasta

Czy kojarzy ktoś fajne, kreatywne i do-zapamiętania reklamy-nie-reklamy polskich miast?
Pytam, ponieważ widzę takie przedsięwzięcia wszędzie na świecie:
– zrobiłem sobie maraton filmików samochodowych, typu motokiller.pl, i nieustająco trafiałem na pięknie zmontowane kompilacje rajdów po miastach na zamkniętych (przez władzę) ulicach.
– pamięta ktoś „28 days later”? Bohater budzi się w pustym szpitalu i wychodzi, ciągnąc kabel od kroplówki, na ulice opustoszałego Londynu, nie wiedząc, że cala Anglia padła ofiarą zombi. Było to wtedy rekordowe ujęcia, analizowane przez speców od filmu na całym świecie, zrobione przy współpracy władz Londynu oraz wykorzystując najdłuższy dzień w roku (kilkadziesiąt ekip kręciło ujęcia „pustego” Londynu o 4:13 rano, gdy ledwo wzeszło słońce, a 99.9% londyńczyków jeszcze spała).
– zawsze robiło na mnie wrażenie świadomość medialna NYC, ukochanego miasta wielu filmowców, utrzymującego od lat specjalne biuro „współpracy z filmowcami”: Office of Film, Theatre & Broadcasting

Jak to jest u nas, w smutnej i niekreatywnej Polsce? Czy mamy miasta posiadające działy marketingu, w których pracują utalentowani wizjonerzy? Nie pytam o jednostki, w których zatrudnione są pocioty i kumple królika, wydający samorządowe pieniądze. Chciałbym zobaczyć te wyjątkowe, zdolne wypracować unikalny Brand, i to nie tylko w pojęciu masowym ale i niszowym.

marketing_miast - Copy

Czy jest miasto, w którym, dzięki woli prezydenta i samorządu można:
– zorganizować nocne rajdy samochodowe i motocyklowe po zamkniętych ulicach i dobrze je sfilmować?
– wykorzystać puste lotniska lub tereny post-industrialne do zawodów motocrossowych i je dobrze sfilmować?
– dać wolna rękę jamakazi (biegaczom freestyle) by swoim szaleństwem pokazali piękno i architekturę budowlaną;
– wypuścić ludzi od MTB by jeździli po stadionach, schodach, budynkach;

Dzisiejsze pokolenie to nie masówka dostępna po jednej masowej i przeciętnej kampanii reklamowej ale dziesiątki dobrze stargetowanych podgrup. Kilkadziesiąt mniejszych kampanii, opartych o pasje członków subkultur, może pozytywnie wpłynąć na światowe postrzeganie danego miasta.

Czy nie ma marketingowców zdolnych:
– spenetrować lokalne (swoje) subkultury i ich niszowe hobby;
– rozpracować podobne nisze na świecie;
– wypracować kampanie dojścia do owych subkultur;
– oraz wypracować strategię „miasta X, nietypowego, ciekawego, gdzie ciągle się coś dzieje”

Na koniec: krew mnie zalewa, że tylko „ojciec Mateusz” i jego Sandomierz, są polskimi przykładami „film + klimat + przygoda + lokalizacja = pożądane miasto”

GMO – genetyczne monopolistyczne okazje

Objawił nam sie niedawno demon ACTA, o którym większość obywateli myśli, że dotyczy wyłącznie pirackiej muzyki i filmów. W tle ACTA siedzi większy sekret: ta ustawa będzie bronić praw „autorskich” dotyczących wszystkiego: od torebek Gucci aż po patenty na produkty medyczne i … rolnicze.

GMO to nie tylko genetycznie modyfikowane rośliny, które (podobno) są lepsze, silniejsze i większe. To również ogrom praw patentowych firm które tworzą te frankenstein-rośliny, niszczące rolników próbujących siać tradycyjne nasiona, pozywające do sądów tych, którzy próbują ominąć monopole korporacyjne. GMO to nasiona jednorazowe, nie pozwalające rolnikowi na przechowywanie nasion, odbierające mu decyzyjność i wolność biznesową – co roku musi kupować nowe za żywą gotówkę (wraz ze wspierającymi je chemikaliami).

Wpuszczenie GMO to otwarcie Polski dla kolejnych hamerykanskich korporacji, dbających wyłącznie o zysk, wykończenie polskich dostawców, umoczenie rolników w międzynarodowe monopole. Skoro żywność GMO-free (ekologiczna) ma coraz większe wzięcie (nie tylko u nas, ale możemy eksportować nasz produkty za granicę), to po diabla zatruwać to wszystko mutantami „made in USA”?

Zgadzam się tez z uwaga o tym, ze wykorzystanie GMO doprowadzi do niebezpiecznego zubożenia naszych zasobów materiału DNA – jak wszyscy będą siali te same rośliny, to byle pierwsza zmutowana choroba (albo pasożyt zrobiony w jakimś laboratorium) nasion wykończy nam całe rolnictwo. Takiej choroby nie ma, na razie, ale tak samo nie było BSE (mad cow disease) ani Bird Flu – a jak się pojawiły to ten sam zbawienny przemysł chemiczno-rolniczo-farmaceutyczny okazał się niezdolny nam pomóc. Zaraza atakująca GMO na pewno się pojawi, i (wg. mnie) wyjdzie z Chin.

Poza tym, skoro w unii i tak jest nadprodukcja żywności, to po co nam jej więcej?

Dlaczego hamerykancy, skoro mają taki boski produkt, nie udostępnią go w Afryce, borykającej się z wiecznym problemem niedożywienia? Ponieważ w Afryce nie ma rolników zdolnych zapłacić za te „cuda rolnicze”, a hamerykanie nie robią nic dla idei. GMO w Polsce to wypływ gotówki z naszego kraju, z kieszeni konsumentów i rolników do korporacji USA. A kasy u nas coraz mniej…

Swoją drogą: gdzie jest: Pawlak i jest PSLowcy w tym temacie? Dorabia gdzieś na lepszą emeryturę?

Dobrze by było by nasi politycy zdefiniowali interes narodowy Polski w tym temacie i przeforsowali takie przepisy i wprowadzili normy, które pozwolą Polsce rozwijać się zgodnie z własnymi potrzebami i strategiczną analizą przyszłości rolnictwa i ludzkości. Trzeba skonczyć prostytuowanie naszego kraju interesom byle korporacji.
Tylko, kto w Sejmowym grajdołku ma tego dokonać, skoro wszyscy zajęci są trzepaniem kasy i ustawianiem rodzin. Jedyni zdolni to lobbysci, ale ich zadaniem jest właśnie owe sprzedanie naszego kraju obcym.

Polecam “Food.Inc”.
Hamerykanie juz kombinują jak obejść nasz rodzimy opór. Dobre jest Seeds of Deception oraz World according to Monsanto.

Czekacie na sobotę?

“Czekając na sobotę” HBO to smutny film, ale dla mnie ma w sobie przebłysk optymizmu