Ograniczenie maksymalnej wysokości spadku

Po kolejnym obejrzeniu Paris Hilton lub innego dziecka miliarderów robiącego z siebie idiotę i przewalającego ogromne ilości pieniędzy na absolutne pierdoły, utwierdziłem sie w przekonaniu, że zaporowy podatek spadkowy to jedyny sposób na drastyczne ograniczenie niezasłużonego bogactwa. Rozumiem, że rodzice chcą przekazać dzieciom wszystko, niezależnie od istnienia (lub nie) korelacji pomiędzy inteligencją/talentem dziecka a ilością przekazywanej kasy. „Po to pracuje i wypruwam żyły by dać dziecku wszystko,” to normalna śpiewka. Niestety, wg. mnie ma ona inne znaczenia gdy przekazujemy dom, samochód i kasę na ślub a trochę inne znaczenie gdy dzieciak dziedziczy korporacje lub kilka firm oraz kilka, kilkanaście, kilkaset milionów…
.
Nie chodzi o „prawo” do dawania komu się chce dowolnych rzeczy (chociaż i TO prawo jest ograniczone przepisami podatkowymi, penalizującymi zbyt duże przekazy – w Polsce to chyba 6000PLN rocznie). Bardziej interesuje mnie koncepcja równości społecznej: dlaczego jedni mają dostawać ogromne zasoby gdy nic nie zrobili by je wyprodukować/pomnożyć? Na zajęciach mówiliśmy (w chamskich słowach) o „dziedziczeniu przez najszybszy plemnik”, bo przecież dzieci nie mają innego uzasadnienia prawa do dziedziczenia.
.
Dziedziczenie fortun chwieje systemem premiującym osiągnięcia (merytokracją), ponieważ na najwyższych poziomach społeczeństwa są dziedzice (w którymś pokoleniu), z których wielu nie zrobiło i nie robi nic produktywnego, za to kontrolują i uniemożliwiają uwolnienie ogromnych zasobów ekonomicznych (finansów, firm, form produkcji). Bourdieu się kłania i jego teoria „elite reproduction” – nasi „liderzy” maja dosyć zasobów i kontaktów by wiecznie rządzić nami i być NAD nami, zapewniając swoim dzieciom i dzieciom podobnych krezusów pozostanie na „boskim poziomie”, podczas gdy zwykli (ale bardzo przedsiębiorczy) ludzie muszą się zmagać z codziennymi problemami. Jakoś tak nie fair.
.
Oczywiście zdarzają się bogacze, zdający sobie sprawę z ulotności ich bogactwa oraz tego jak dużo problemów, biedy, cierpień jest na świecie – Gates ze swoja fundacją to dobry przykład. Niemniej, ogromna większość multimilionerów przekaże całość swojej kasy dzieciom. I stąd koncepcja maksymalnego podatku spadkowego, rzędu 95% dla najbogatszych. Można nawet zaproponować prostsze rozwiązanie: maksymalnie po 10 milionów Euro na łeb.
.
Wysokie opodatkowanie doprowadzi do recyrkulacji zasobów, zarówno gotówki, akcji, praw własności firm nie notowanych na giełdzie, jak również uwolni ogromne zasoby sztuki skrzętnie skrywane przed światem. Mielibyśmy wtedy sytuację, w której najbogatsi byliby prawdziwymi „self-made men” a nie dziedzicami „robber barons” (19 wiek w USA i współcześni hamerykanscy prawicowi milionerzy) lub innych przekrętów (postkomunizm w Europie Sr-Wsch i nasi “miliarderzy” co jeszcze nie są w areszcie).
.
A, że dzieciaki dostałyby po 10 baniek to mało? Eeee tam.
Za 10 milionów można mieć najfajniejszą brykę, dobry dom, bawić się do śmierci (z przepicia? Zaćpać?). Alternatywnie można wydawać oszczędnie i żyć całe życie bez pracy lub świadomie zainwestować i zbudować kolejne imperium. Ale tym razem zasłużyć na wszystko ponad (odziedziczone) 10 baniek.
.
Uczciwiej?
Inaczej nie rozbijemy systematycznej koncentracji kapitału i zasobów, normalnie mało widocznych ponieważ mają charakter wielopokoleniowy (a póki co, wydaje się, że i również nie są do zatrzymania).

Ekstremalne reklamowanie miasta

Czy kojarzy ktoś fajne, kreatywne i do-zapamiętania reklamy-nie-reklamy polskich miast?
Pytam, ponieważ widzę takie przedsięwzięcia wszędzie na świecie:
– zrobiłem sobie maraton filmików samochodowych, typu motokiller.pl, i nieustająco trafiałem na pięknie zmontowane kompilacje rajdów po miastach na zamkniętych (przez władzę) ulicach.
– pamięta ktoś „28 days later”? Bohater budzi się w pustym szpitalu i wychodzi, ciągnąc kabel od kroplówki, na ulice opustoszałego Londynu, nie wiedząc, że cala Anglia padła ofiarą zombi. Było to wtedy rekordowe ujęcia, analizowane przez speców od filmu na całym świecie, zrobione przy współpracy władz Londynu oraz wykorzystując najdłuższy dzień w roku (kilkadziesiąt ekip kręciło ujęcia „pustego” Londynu o 4:13 rano, gdy ledwo wzeszło słońce, a 99.9% londyńczyków jeszcze spała).
– zawsze robiło na mnie wrażenie świadomość medialna NYC, ukochanego miasta wielu filmowców, utrzymującego od lat specjalne biuro „współpracy z filmowcami”: Office of Film, Theatre & Broadcasting

Jak to jest u nas, w smutnej i niekreatywnej Polsce? Czy mamy miasta posiadające działy marketingu, w których pracują utalentowani wizjonerzy? Nie pytam o jednostki, w których zatrudnione są pocioty i kumple królika, wydający samorządowe pieniądze. Chciałbym zobaczyć te wyjątkowe, zdolne wypracować unikalny Brand, i to nie tylko w pojęciu masowym ale i niszowym.

marketing_miast - Copy

Czy jest miasto, w którym, dzięki woli prezydenta i samorządu można:
– zorganizować nocne rajdy samochodowe i motocyklowe po zamkniętych ulicach i dobrze je sfilmować?
– wykorzystać puste lotniska lub tereny post-industrialne do zawodów motocrossowych i je dobrze sfilmować?
– dać wolna rękę jamakazi (biegaczom freestyle) by swoim szaleństwem pokazali piękno i architekturę budowlaną;
– wypuścić ludzi od MTB by jeździli po stadionach, schodach, budynkach;

Dzisiejsze pokolenie to nie masówka dostępna po jednej masowej i przeciętnej kampanii reklamowej ale dziesiątki dobrze stargetowanych podgrup. Kilkadziesiąt mniejszych kampanii, opartych o pasje członków subkultur, może pozytywnie wpłynąć na światowe postrzeganie danego miasta.

Czy nie ma marketingowców zdolnych:
– spenetrować lokalne (swoje) subkultury i ich niszowe hobby;
– rozpracować podobne nisze na świecie;
– wypracować kampanie dojścia do owych subkultur;
– oraz wypracować strategię „miasta X, nietypowego, ciekawego, gdzie ciągle się coś dzieje”

Na koniec: krew mnie zalewa, że tylko „ojciec Mateusz” i jego Sandomierz, są polskimi przykładami „film + klimat + przygoda + lokalizacja = pożądane miasto”

Zagadka z Sosnowca

Nie będę sie zastanawiał, czy “matka Madzi” zabiła czy nie, ani jak duży wkład miał ojciec w ukrycie ciała. Fascynuje mnie inna sytuacja.
.
Przez wiele dni Policja prowadziła poszukiwania (pomijam ich skuteczność). Dziesiątki, jeżeli nie setki funkcjonariuszy przetrząsało Sosnowiec i okolice, prowadzono badania, analizy, itd. Robiono to w przekonaniu, że dziecko jest rzeczywiście porwane. Po wyjawieniu paskudnej prawdy, status matki zmienił się na chwile na podejrzaną (jakoś tak), ale zaraz się wszystko odmieniło. Panienka wyszła z aresztu i pojechała w siną dal. W całej sytuacji kręcił się mężulek, ciągle zmieniający ubrania, z dziwnym uśmieszkiem na swej gębie, patrzący w dół, unikający jakichkolwiek ciężkich pytań.
.
Nie interesuje mnie, że Policja wyszła na całkowitych głąbów. Ale, czy ktoś nie powinien wystawić rodzicom rachunku za ogromne poszukiwania w celowo i świadomie sfałszowanej sprawie? Setki nadgodzin, itd., zostały zapłacone przez sosnowiecką Policję swoim funkcjonariuszom. Pamiętacie, jak niedawno sędzina odtajniła dane i gębę telefonicznego dowcipnisia, który zadzwonił „z bombą” do szpitala, a w wyniku ewakuacji zmarł pacjent? Dlaczego owi „rodzice” Madzi nie mogą zostać pociągnięci do takiej odpowiedzialności? Powiecie, że nie mają pieniędzy by zapłacić za akcje? To niech siedzą, jak inni. Chociaż znając media i Rutkowskiego, niedługo ukaże się książka pt. (prawdopodobnym) „O tym jak mordercy Madzi chcieli porwać moją żonę zakonnicę i dlaczego uwikłany w to jest stary Olewnik”. Więc kasa na spłacenie kosztów operacji policyjnej się znajdzie.
Powiecie, że matka działała w stresie i nie powinna płacić? Zdrowe/normalne matki dzwonią po POGOTOWIE a nie fingują porwanie.
.
Niedawno obydwoje „rodzice” odmówili składania zeznań, a „mamusia” odmówiła udziału w wizji lokalnej. I wyjechali na wczasy do Rutkowskiego. Czy sosnowieckim prokuratorom już całkowicie odbiło? Ile setek przedsiębiorców i bandziorów SIEDZI miesiącami i latami w tzw. „areszcie wydobywczym” lub by uniemożliwić im „matactwo w sprawie”? Dlaczego w tak publicznej i szokującej sprawie pozwolono tej parce zniknąć? Prokuratorki przestraszyły się, że dostaną takie same medialne baty jak Policja? Dlaczego nie ma żadnych zarzutów?
.
Na koniec – ostatnie zagrania medialne tatusia przypominają mi bandytów pewnych, że uszło im wszystko płazem i odgrywających się na świadkach lub na „krzywdzących osądach mediów”, itd. Widzicie z jakim uśmiechem domaga się on od mediów by „zostawiły ich w spokoju”? Mają media zostawić w spokoju osoby odpowiedzialne za największe wydarzenie medialne 2012 roku, wydarzenie ujawniające tragedie wychowawczą w polskich domach, ujawniającą niekompetencje Policji i służb wszelakich? Czy WY zostawilibyście w spokoju gębę cwaniaczka nie patrzącego w „oko” kamery?
.
Dziecko nie żyje, „rodzice” nic nie mówią, nie ma dowodów (za ANI przeciw, poza ewidentnym „udziałem osoby trzeciej”, tzn. drugiej która pomogła zakopać zwłoki). Jedyni którzy wiedzą wszystko balują na wolności (i bez zarzutów) u pseudo detektywa i piszą scenariusz dla TVNu.
.
Hańba dla kraju i kolejna porażka jego instytucji.

Wstrzymanie się od głosu jest szkodliwe

Obserwuję z zainteresowaniem rożnego rodzaju procesy polityczne, na poziomie kraju i mieściny w której mieszkam. Wybrani przez nas „reprezentanci” (tzn. kandydaci okłamujący nas podczas wyborów by zaraz po nich zająć się ustawianiem swoich i tworzeniem prawa „pod siebie”) spędzają dnie i tygodnie na debatowaniu tego czy innego kiepskiego przepisu, noweli czy ustawy (po czym przegłosowują kolejnego gniota, który w najlepszym przypadku znosi sam siebie). Ostatecznie dochodzi do głosowania w którym nasi „przedstawiciele” zatwierdzają lub wetują ów twór.

Pomińmy na razie niekompetencję i psychozę wielu naszych polityków. Skoncentrujmy się na jednym aspekcie „demokracji reprezentatywnej”, tzn. reprezentowaniu nas przez owych wybranych. Wdarli się do rady miasta, sejmiku, Sejmu lub Izby Dumania jako wybrani przez nas ludzie mający za zadanie reprezentować nasze poglądy i interesy. By to móc czynić dokonują głosowania nad decyzjami i prawem. Głosują za, a nawet przeciw. Oczywiście nie zawsze głosują tak jak byśmy chcieli my, ich podstawa wyborcza, ulegając rozkazom centrali lub ideologa, realizując swoje własne idee lub ulęgając wpływom lobbystów (od profesjonalnych po kumpli spod budki lub loklanego biznesmena).

Najbardziej denerwuje mnie to coś pośrodku każdego procesu głosowania. Kto wymyślił możliwość wstrzymania się od głosu? Jak ci „reprezentanci” nas reprezentują, skoro mają możliwość NIE uczestniczenia w procesie decyzyjnym, wstrzymując się? Pamiętajmy, że te istoty, biorą za to wszystko pieniądze, wyższe niż wyplata uczciwie pracującego Polaka, i za te $$$ mają czelność wstrzymywać się? Czy „brak decyzji” to też decyzja? Chyba tylko w Matrixie. Czy nie świadczy to o braku wiedzy, przygotowania, woli sprawczej, chęci współtworzenia Państwa? Czy nie świadczy to o lenistwie, nie reprezentowaniu kogokolwiek i ogólnej niekompetencji?

Nie wiesz o co chodzi, to oddaj mandat.
Nie potrafisz się zdecydować, to oddaj mandat.
Bierzesz kasę i nie wnosisz nic do żadnej z (DWÓCH!!!!!) stron każdego głosowania (za/przeciw)? Oddaj mandat.
Nie masz odwagi by stanąć po jednej ze stron i potem potrafić spojrzeć ludziom w oczy? Oddaj mandat.

Osobiście byłem przy jednym głosowaniu pewnego „gremium” gdzie na 33 członków, 2 głosowało przeciw, trzech za a reszta debili się wstrzymała. Ci co glosowali „za” to byli niewolnicy szefa, a głosowanie miało ułatwić mu zabór mienia ogromnej wartości. Typowo „polska” większość jak zawsze schowała ogon miedzy nogi.

Czy ten nasz naród kiedykolwiek podniesie się z kolan i uwolni od szumowin, wkręcających się w system by potem zatruwać i sabotażować go od wewnątrz?

Poproszę o nowelę Konstytucji zakazującą “wstrzymywania się”. Tam gdzie ludzie biorą kasę za “reprezentowanie”, to niech reprezentują. Białe lub czarne. Tak lub nie. Z nimi lub z nami. Za lub przeciw. Dosyć lenistwa.

GMO – genetyczne monopolistyczne okazje

Objawił nam sie niedawno demon ACTA, o którym większość obywateli myśli, że dotyczy wyłącznie pirackiej muzyki i filmów. W tle ACTA siedzi większy sekret: ta ustawa będzie bronić praw „autorskich” dotyczących wszystkiego: od torebek Gucci aż po patenty na produkty medyczne i … rolnicze.

GMO to nie tylko genetycznie modyfikowane rośliny, które (podobno) są lepsze, silniejsze i większe. To również ogrom praw patentowych firm które tworzą te frankenstein-rośliny, niszczące rolników próbujących siać tradycyjne nasiona, pozywające do sądów tych, którzy próbują ominąć monopole korporacyjne. GMO to nasiona jednorazowe, nie pozwalające rolnikowi na przechowywanie nasion, odbierające mu decyzyjność i wolność biznesową – co roku musi kupować nowe za żywą gotówkę (wraz ze wspierającymi je chemikaliami).

Wpuszczenie GMO to otwarcie Polski dla kolejnych hamerykanskich korporacji, dbających wyłącznie o zysk, wykończenie polskich dostawców, umoczenie rolników w międzynarodowe monopole. Skoro żywność GMO-free (ekologiczna) ma coraz większe wzięcie (nie tylko u nas, ale możemy eksportować nasz produkty za granicę), to po diabla zatruwać to wszystko mutantami „made in USA”?

Zgadzam się tez z uwaga o tym, ze wykorzystanie GMO doprowadzi do niebezpiecznego zubożenia naszych zasobów materiału DNA – jak wszyscy będą siali te same rośliny, to byle pierwsza zmutowana choroba (albo pasożyt zrobiony w jakimś laboratorium) nasion wykończy nam całe rolnictwo. Takiej choroby nie ma, na razie, ale tak samo nie było BSE (mad cow disease) ani Bird Flu – a jak się pojawiły to ten sam zbawienny przemysł chemiczno-rolniczo-farmaceutyczny okazał się niezdolny nam pomóc. Zaraza atakująca GMO na pewno się pojawi, i (wg. mnie) wyjdzie z Chin.

Poza tym, skoro w unii i tak jest nadprodukcja żywności, to po co nam jej więcej?

Dlaczego hamerykancy, skoro mają taki boski produkt, nie udostępnią go w Afryce, borykającej się z wiecznym problemem niedożywienia? Ponieważ w Afryce nie ma rolników zdolnych zapłacić za te „cuda rolnicze”, a hamerykanie nie robią nic dla idei. GMO w Polsce to wypływ gotówki z naszego kraju, z kieszeni konsumentów i rolników do korporacji USA. A kasy u nas coraz mniej…

Swoją drogą: gdzie jest: Pawlak i jest PSLowcy w tym temacie? Dorabia gdzieś na lepszą emeryturę?

Dobrze by było by nasi politycy zdefiniowali interes narodowy Polski w tym temacie i przeforsowali takie przepisy i wprowadzili normy, które pozwolą Polsce rozwijać się zgodnie z własnymi potrzebami i strategiczną analizą przyszłości rolnictwa i ludzkości. Trzeba skonczyć prostytuowanie naszego kraju interesom byle korporacji.
Tylko, kto w Sejmowym grajdołku ma tego dokonać, skoro wszyscy zajęci są trzepaniem kasy i ustawianiem rodzin. Jedyni zdolni to lobbysci, ale ich zadaniem jest właśnie owe sprzedanie naszego kraju obcym.

Polecam “Food.Inc”.
Hamerykanie juz kombinują jak obejść nasz rodzimy opór. Dobre jest Seeds of Deception oraz World according to Monsanto.

ACTA czyli zdrada interesów państwa

Miałem nic nie pisać, ale zauważyłem, że w ogromnej i chaotycznej dyskusji pomijana jest ważna kwestia. Pustka ta wynika z braku konkretnej ideologii jako podkładu pod naszą rzeczywistość, działania państwa, zachowanie jego oficjeli. Chodzi o interes państwa, rozumiany jako dbanie o konkretną jednostkę narodową w skomplikowanym i zglobalizowanym świecie opętanym mitycznym i bezzasadnym demonem globalizacji, w której (podobno) wszyscy jesteśmy równi, dzielimy się i współpracujemy ze sobą w ramach idiotycznej miłości. W tej samej globalizacji, jakoby nie istniało państwo, nie miało ono prawa reprezentować wyłącznie swoich poglądów, interesów, za to musi ono wiecznie słuchać innych i dbać o debilny „wspólny interes”.

Interes narodowy nie zniknął. Ma się dobrze wśród mocnych narodów tego świata. Dbają o niego Stany (atakując kogo chcą i twierdząc, ze „nie chodzi o ropę”), Chiny (eksportując za tryliony nie swoich dolarów), nawet Niemcy i Francuzi (grający na nosie innym narodom (ponoć) „unii”). Tylko słabeuszom nie wolno mieć (i myśleć o) interesu narodowego. Częściowo można to uzasadnić Zimną Wojną, kiedy wszystko było podporządkowane bipolarnej polityce atomowej, ale oczywiście jest również wynikiem tysiącletniej wojny o władzę na świecie. Jest również zależne od siły politycznej i woli elit narodowych. A elity w Polsce to niestety sprostytuowane styropianowe leszcze, myślące wyłącznie o własnym interesie. Gdy nie myślą o swoim interesie, podejmują decyzje przez pryzmat EGO. W tym przypadku chodzi o debilne ambicje (dyktowane szalonym ego) pt. porządziłem w Polsce to teraz zostanę gwiazdą międzynarodową (wide Kwaśniewski i NATO, a ciekawią mnie unijne ambicje Tuska, itd.). Sklair pisze o takich sprzedawczykach, nazywając ich „indigeneous compradors”, zapatrzonych w globalną władzę i jej elity. Co z tego? Proste: takie sprzedawczyki NIE ZROBIĄ NIC by stanąć okoniem wobec interesów światowej elity, ich korporacji i pomysłów. Będą się kajać licząc na poklask lub uścisk dłoni. W zamian za to (jakże tanie dla światowej elity „uznanie”) wyprzedadzą cały swój kraj.

ACTA_legal_weapon_infographics_selection

Dlaczego pisze o sprzedawczykach? Nie broniąc interesu narodowego, pozwalają na ograniczanie szans rozwojowych Polski. W przypadku ACTA, chodzi (jakoby) o ochronę praw autorskich przed piractwem. Tylko, Polska w świecie ACTA to cienki Bolek, o wiele częściej PIRATUJĄCY niż piratowany. Niech debile z rządu zrobią analizę korzyści i strat: ile polskie firmy tracą na piractwie (nie będzie dużo przykładów, bo nawet CD projekt znalazł rozwiązanie) a ile zyskuje Polska ekonomia z obniżenia kosztów operacyjnych istniejących firm lub startup costs SMEs (MSP). Skoro kradniemy więcej niż nam kradną, to Polska ma net benefit z nie podpisywania ACTA. A rzeczywisty świat to zimna kalkulacja ekonomiczna a nie dziecięce ambicje.

Pominę argument, że dużo piractwa mediów (entertainment) to nie kradzież i utrat zarobków przez firmy (filmowe, muzyczne, itd.), ponieważ ludzie by I TAK nie kupili większości tych produktów.

Jeżeli mówimy o tej bardziej schowanej części ACTA – ochronie patentowej – tym większy jest interes Polski by nie podpisywać umowy. Dzięki temu będziemy mogli produkować podróbki, np. leków. Narodowy producent leków typu „generic” (OEM) to pieniądze nie wydawane na produkty globalnych koncernów eksportujących zyski poza Polskę oraz niższe ceny dla obywateli. Dzięki temu zostaje im więcej disposable income na inne produkty.

Donald, sprzedałeś nas, naszą przyszłość i długoterminową konkurencyjność Polski za masowanie własnego ego.

PS. Chińczycy nie podpiszą, bo by im pół gospodarki padło. Ale oni POTRAFIĄ dbać o interes narodowy.

Po co nam Afganistan?

W wigilijny wieczór pięć polskich rodzin pożegnało swoich mężczyzn – zginęli w zamachu w Afganistanie, zabici przez lokalnych talibów. Po co tam pojechali?
.
Polscy politycy, jak zwykle, urządzili szopkę medialną, krzycząc i skowycząc o wyższych racjach polskiego zaangażowania w Iraku, Afganistanie czy jakiejkolwiek innej wojence jaką niedługo wymyślą amerykanie, by móc obrabować dany kraj z ropy i zasobów. Żaden nie wziął odpowiedzialności za wysłanie wojsk, ani za koszty (finansowe, zasobowe i osobowe) naszego zaangażowania, ale wszyscy próbowali podreperować swoje miękkie postaci nawołując tego zmarłego lub tamtego do tego lub tamtego i obiecując nieżywym, że ich wysiłek/poświecenie nie poszły na marne, ponieważ poprawili coś w Afganistanie.
.
Po diabła tam jesteśmy? Przecież to nie są operacje ONZ, wsparte aprobatą międzynarodowej społeczności, w których zresztą mamy niezłe doświadczenie i dobrą opinie wśród żołnierzy świata. O czym bełkoczą nasi politycy?
.
Nie możemy tam być przez operacje NATO, nasz udział wymagany przez porozumienia o wzajemności obrony członków paktu. Wojenka rozpętana przez USA, największego członka i jednostronnego sprawcę wielu działań owego paktu „północnoatlantyckiego” (wielu krajow). Nie można równać 9/11 z napaścią na Irak i Afganistan, co mogłoby być podstawą paktu obronnego, no chyba, że jest się skrajnie prawicowym półgłupkiem.
.
Nie możemy tam być w ramach mitycznej „wojny z terrorem”, rozpętanej podobno 9/11, ponieważ owi terroryści (którzy już dawno nie żyją) nic nam nie zrobili. Nasze więc zaangażowanie, to napraszanie się o nowe i wcześniej niespotykane problemy, jakimi Al Kaida obdarzyła np. Hiszpanów. Pojawiliśmy się na horyzoncie bardzo niebezpiecznych i zdeterminowanych ludzi, których „umiejętności” na pewno przerastają kompetencje naszego państewka i jego „obrońców”.
.
Nie możemy tam być dla ropy, chociaż amerykanie na pewno dlatego zaatakowali Irak i teraz szykują się na Iran. Wojna o ropę nas nie dotyczy, ponieważ nic nie znaczymy w tym przemyśle i w jego geopolityce. Ten aspekt wojny dotyczy wyłącznie USA i ich kultury prostaków pt. „galon za dolara”.
.
Nie możemy tam być dla odbudowy (co się niszczy trzeba odbudować i ostatnio robią to „zwycięzcy” przy pomocy swoich znajomków do kieszeni których pompuje się miliardy). Nawet jeżeli się sprostytuowaliśmy u amerykanów, nasze zaangażowanie w wojny nic nam nie dało – nasze firmy nie dostały kontraktów na setki milionów dolarów, nasi menedżerowie nie przejęli rafinerii w Kirkuku, a nasi samorządowcy nie reformują południowego Bagdadu.
.
Nie możemy tam być by zapewnić naszej armii „prawdziwe doświadczenie” a jej dowódcom poczucie spełnienia (jak na leniwych teoretyków przystało). Fora wojskowe i komentarze powracających wskazują na ogromne nie przygotowanie do wojny, sprzętowe, osobowe i wiedzowe. Oczywiście, codziennie uczymy się nowoczesnej wojny, ale jakim kosztem…
.
Może być tylko jedno wytłumaczenie naszego zaangażowania w te tragiczne wojny. Smutne, brutalne i niepoprawne polityczne, na które nasi „liderzy” się nigdy nie zgodzą, woląc nas okłamywać i płakać krokodyle łzy nad cudzymi trumnami.
.
Zabijamy ludzi w dalekich krajach arabskich, ponieważ zaangażowaliśmy się (całkowicie nieświadomie) w pierwszą fazę Wojny Wojen – konfliktu pomiędzy uwstecznionym islamem (którego zbrojnym aczkolwiek tchórzliwym ramieniem jest terroryzm) a cywilizacją zachodu. Tak, wiem, Huntington się kłania. Jest to wojna o przetrwanie, pomiędzy silnym ideologicznie i zdeterminowanym by utrzymać władzę/kontrolę systemem religijnym opartym na średniowiecznych zasadach NIE-równości, a post-religijną, słabą, bez-ideologiczną ale zaawansowaną życiowo cywilizacją która, by się rozwinąć, zgwałciła prawie każdy naród na świecie ale teraz ma kompleks historyczny i się boi (wszystkiego i wszystkich). „Oni” nie chcą oddać kontroli nad swoimi obywatelami, dania im możliwości rozwoju i zadowolenia. „My” czujemy się lepsi i chcemy ich „do-cywilizować”, pomoc im w życiu, nie zdając sobie sprawy z toksyczności naszej cywilizacji i jej wszechogarniającej zdolności do zmiany wszystkiego.
.
Nie da się połączyć naszego życia z ich podejściem do świata. Wydaje się, że nie możemy istnieć równocześnie w tej samej rzeczywistości. My jesteśmy silni technologicznie, zasobowo, militarnie oraz lubimy się wtrącać w cudze sprawy. Oni mają inwencję i determinację oraz książki o wojnie partyzanckiej. Nie można z nimi negocjować, przekonać, ponieważ staliśmy się ich Diabłem – wcieleniem wszelkiego zła, psychologiczną Czarną Dziurą, źródłem lęków i kompleksów, Nietsche-owską Otchłanią w której się przeglądają.
.
W TEJ wojnie nie można stosować półśrodków. Wygrana musi być całkowita, binarna – my lub oni. Nie mówię o obywatelach państw arabskich, ale o ich przywódcach, czy to w pałacach czy w jaskiniach. Zasoby, które zostaną zaangażowane są większe niż pojedynczego państwa. Wola, ta zdolność sprawcza wbrew przeciwnościom, musi być większa niż jednego państwa leczącego swoją traumę po 9/11.
.
Tylko i wyłącznie wtedy, zaangażowanie i poświęcenie polskich żołnierzy ma sens. I wpasowuje się w tradycje polskiej obrony Europy przed Hordami. Ale trzeba o tym mówić, a nie karmić obywateli medialną papką.

Zabójstwo na Jersey

Co popchnelo Damina z Jersey do tego tragicznego czynu?