Głupi student

Głupi student – niedawna zadyma medialna ze studentem wściekającym się o zadawane pytania na obronie, spowodowała ogólnopolską histerię nt. edukacji młodego pokolenia.

Niewiele osób zauważyło, że uniwersytety są ofiarami wieloletniego procesu (nie)edukacji, jaki uskuteczniają szkoły podstawowe i średnie. Współcześni wykładowcy dostają do obrobienia towar wybrakowany, zatruty, wypaczony, posiadający minimalne umiejętności (ale za to ogromne ambicje i oczekiwania). Trudno jest cokolwiek zrobić z takimi “studentami”, którzy nie chcą i nie umieją się uczyć, nie posiadają podstawowego zasobu wiedzy, słownictwa, ani woli do podjęcia niezbędnego wysiłku. Na uczelnie trafił rezultat współczesnego “consumer universe” uwarunkowany na prostą transakcję “pieniądze = rezultat” (czytaj: dyplom) bez jakiegokolwiek wysiłku pomiędzy. Oznacza to, że jakiekolwiek wymogi, standardy, oczekiwania ze strony uczelni i pracowników są zbyt wysokie i nie przystają do współczesnego społeczeństwa niedorobionych FBkowiczów i podobnych im NKowców. Przeczytanie podręcznika i materiałów pomocniczych, systematyczna nauka przez cały semestr, odrabianie zadań domowych (we wszelkich postaciach), otwartość intelektualna, samodyscyplina – to wszystko nie przystaje do Polski 2010+ i jej młodzieży. Nie pomagają państwowi administratorzy (mamy dwa ministerstwa zajmujące się “edukacją”), politycy (w Sejmie znajdziemy mało intelektu), media forsują ludzi “sukcesu” nie wynikającego z zalet umysłu ani jakiegokolwiek realnego talentu a ilość współczesnych wykształciuchów (absolwentów rożnej maści programów licencjackich lub magisterskich, o profilu rzadko przydatnym w życiu) nijak nie przeradza sie w jakość kapitału społecznego RP3.5.

System nie działa, a wybryki co głupszych jedynie pokazują jego wewnętrzne zepsucie. Niestety, politycy i administratorzy niczego nie zmienią – sami juz przeszli, najczęściej przez wcześniejszy system (ten mniej zepsuty) i nie muszą dbać o to co wchodzi do uczelni “po wiedzę”, a raczej po dyplom. Rządzącym rewolucja nie jest potrzebna, zaś ewolucja jest nieskuteczna.

Patrząc na ilość uczelni przyjmujących każdego, kto potknie sie na chodniku i wpadnie do działu rekrutacji, należy sie zastanowić czy aktualny kierunek, tzn. masowe kształcenie wszystkich o wszystkim, przekłada sie na wymierne korzyści dla Polski. Przecież nie można nawet powiedzieć, że państwo ma z tego podatki, ponieważ uczelnie nie płacą CIT za działalność statutową. Ilość nigdy nie przekłada sie na jakość a masowa rekrutacja wyławia takich “geniuszy” jak owy zszokowany magistrant. I będzie ich coraz więcej – i tutaj należy zadać pytanie: czy to jest jeszcze szkolnictwo wyższe, jeżeli takie głąby dochodzą do obrony pracy?

E-edukacja – ogólnopolski standard platform i przedmiotów

Ministerstwo Nauki rozdaje kasę na dziesiątki rożnych projektów, od ośrodków wiodących po fundowanie kobietom naukowcom rożnych nagród. Jednym z najważniejszych tematów współczesności jest gospodarka oparta na wiedzy oraz wynikająca z niej waga systemów informatycznych, niezbędnych w efektywnym kształceniu kadr (przez cale życie, itp.).
O wadze sprawnej i kompetentnej kadry, pisałem wcześniej.
.
Wszystkie uczelnie aspirują do wykorzystania e-learningu (e-edukacja po naszemu) w codziennych zajęciach, pozyskiwaniu nowych klientów lub (czasami) do wyciągnięcia kasy z Unii na „budowę i rozwój platform e-learningowych wspierających proces dydaktyczny”. Codziennie zastanawiam się po co unia ciągle daje na to kasę, zamiast kupić na własność jeden system i dawać za darmo każdemu kto składa taki właśnie wniosek. Po co odkrywać odkryte i wymyślać wymyślone (poza wyciąganiem kasy dla siebie i znajomków)?
.
I tutaj mamy pytanie do Ministerstwa. Jeżeli chce rozbudować e-learning (e-edukacja) w Polsce, to dlaczego:
1. Nie kupi jednego spójnego, ogólnonarodowego systemu informatycznego, który mogłoby rozdawać każdej polskiej uczelni śniącej o cudach edukowania na odległość obywateli Burkina Faso lub Krynicy (górskiej lub morskiej)?
Jeżeli musi być cos „naszego” to niech w końcu rozpisze konkurs na jeden, jedyny, logiczny, ładny, sprawny i skuteczny system E-L. Niech się polscy informatycy natrudzą, nawet jako zespół prze-kozaków z rożnych uczelni („best of the best of who didn’t run to Silicon Valley”). Wsadzamy wtedy system na ministerialny serwer i każda szkoła zakłada co chce i robi co chce.
A mając jeden, wspólny system (lub nawet bez niego)…
.
2. Nie ogłosi konkursu na e-przedmioty?
W każdym programie, nawet po uwzględnieniu zróżnicowania wynikającego z KRK i efektów kształcenia, można znaleźć wspólny trzon przedmiotowy. Na 2000 godzin licencjata, niech będzie to 600-900 godzin rzeczy, które muszą być zrobione by absolwent posiadł odpowiednią wiedzę i osiągnął oczekiwane efekty. Na ministerialnej stronie mamy 118 programów wg nazw i zawartości, a więc konkurs mógłby mieć zakres 600h/30h x118 (średnia wielkość wspólnego trzonu / średnia wielkość przedmiotu w semestrze X ilość istniejących aktualnie programów studiów). I robi nam się konkurs na przygotowanie 2360 przedmiotów. Co rozumiem przez przedmiot?
– dokładny sylabus zgodny z międzynarodowymi standardami;
– rozpisane efekty kształcenia;
– rozpisana struktura (tematyka zajęć, ćwiczeń);
– przygotowanie zawartości do każdych zajęć (notatki, opisy, itd.);
– przygotowanie systemów sprawdzających wiedze (np. samo-testowanie się studenta, nie będące uznana forma zaliczenia);
– przedstawienie indykatywnych sposobów zaliczania;
– listy podręczników (obowiązkowych i uzupełniających) oraz artykułów i innych źródeł (stron WWW, itp.);
– materiałów dodatkowych, np. pisanych specjalnie studiów przypadku (na nie może być oddzielny konkurs, jak robi to Emerald);
.
Wygrywający autor (lub konsorcjum) zyskiwałby nie tylko uznanie jako „debesciak” oraz nagrodę pieniężną (w końcu następowałoby przeniesienie praw autorskich na MNiSW), ale i powinien otrzymać dofinansowanie (np. w formie grantu na 3 lata) by ciągle dopracowywać, unowocześniać i rozszerzać zawartość przedmiotu.
.
Uczelnie, wykładowcy i studenci zyskiwaliby monoteistyczną wykładnię wiedzy z danego tematu (zamiast kilkunastu książek na ten sam temat, ciut inaczej napisanych), zaś Ministerstwo pogłębiłby swoje zaangażowanie w kwestie jakości programów i dydaktyki poprzez fundowanie, rozwijanie i udostępnianie „best practice”.
.
Ten sam system uprościłby życie na poziomie Min.Edukacji, nie potrafiącego pogodzić reformy, wiecznych zmian podręczników i stałej wysokości ich cen, oraz e-learningu jako jedynej alternatywy od tego całego bajzlu.
.
No ale żyjemy w Polsce, wiec dlaczego miałoby nam być łatwiej?

Poszukując jakości – akademicka baza publikacji

Śniła mi się „krzywa intelektualnego plagiatu” czyli odpowiedz na pytanie: ile można napisać podręczników z tego samego tematu, zanim okaże się, że kolejny autor miele te same słowa i nie wnosi nic nowego? Jak zmieni się limit, jeżeli dodamy fakt, że na świecie takie podręczniki są już w 5 lub 10 wydaniu?
.
Podobnie jest z artykułami publikowanymi w polskich czasopismach rożnej maści i jakości. Każda uczelnia, szkoła, szkółka ma co najmniej jedno czasopismo, niektóre mają ich kilka lub kilkanaście. W każdym ukazuje się kilkadziesiąt artykułów rocznie pisanych przez polaków po polsku. Potem czyta się CV człowieka, który ma na koncie kilkadziesiąt artykułów w pewnej tematyce, i wygląda na uber-speca, przed którym należy paść na kolana. Jak mamy ocenić profesora mającego kilkaset (takich) publikacji? Dlaczego nie dostał jeszcze Nobla a CNN nie prosi go o codzienną opinię w każdym temacie?
.
Nie mam żalu do autorów, sam nawet chętnie napisze 16ty w Polsce podręcznik do mikroekonomii (ale nie pokaże Sloman-owi, bo się John wścieknie, że go dubluję). Jedyne co ma dla mnie znaczenie to waga przypisywana owym podręcznikom w rozwoju autora, jego jednostki, całej instytucji oraz polskiej „nauki”. Polscy autorzy są mistrzami systemu wymagającego wykazania się produkcją „jednostek drukarskich”, które można zaksięgować i wysłać wyżej aby w zamian otrzymać mannę z naukowych niebios: osoby awansują, ich jednostki poprawiają swoją „pozycję naukową” i dostają fundusze na dalsze „publikowanie”, instytucje zgłaszają wyniki do Ministerstwa i w ten sposób są oceniane. Jest o chory system księgowania „jednostek drukarskich” bez wglądu w zawartość produkowanej makulatury (lub smieciowych bitów/bajtów).
.
Widziałem pisanie książek na zasadzie „kopiuj i wklej”, rekombinując zawartość tak by ten sam materiał wykorzystać wielokrotnie, okraszając go innym wstępem i zakończeniem. Śmieszy mnie obejście niekompletności tematyki poprzez dodanie „wybrane aspekty” do tytułu. Ilość podobnych sobie artykułów jest przerażająca, a każdy autor odkrywa tą samą „Amerykę”. Czytam polskie artykuły i książki, i widzę bibliografie składające się głównie z naszych „dzieł i liderów”, jakby zachód nie istniał, nie było tam większych intelektów z większymi osiągnięciami. Ciekawi mnie, czy piszący je nie potrafią znaleźć literatury w języku obcym, nie chcą, nie mają dostępu do baz danych, a może ich promotorzy nie są tym zainteresowani (tym bardziej, że podobno wypada włączyć w swoją bibliografię prace swego promotora by mu/jej się przypodobać).
.
Nie mierzymy jakości ale ilość.
Dlaczego nie ma polskiego systemu komputerowego (akademicka baza publikacji) zawierającego lokalne płody intelektualne? Przecież zasoby serwerowe mogą przyjąć dowolną ilość plików a bazy danych przerobią dowolną ilość informacji, by wypluć przydatne wyniki.
System powinien:
– wychodzić ponad wpisy bibliograficzne czyli dane autora, tytuł publikacji, wydawnictwo, itd.;
– zawierać abstrakty (polski, angielski i inny język jeżeli dyscyplina tego wymaga);
– zawierać pełną bibliografię w standardowym formatowaniu (automatycznie tworzymy system cytacji);
– zawierać pełno-tekstowe recenzje (jeżeli jest wymóg do przyznania punktów, to niech się recenzenci nie ukrywają – dowiemy się przy okazji kto i ile produkuje);
– chciałbym zobaczyć linki do profili recenzentów, by móc ocenić ich kompetencje (double-blind review jest tajne tylko przy ocenie, potem nie widzę powodu do zachowania tajemnicy – transparency w Polsce się przyda);
– zawierać pełen tekst pracy;
.
Bez oprogramowania antyplagiatowego się nie obejdzie – może być podpięcie pod polski plagiat.pl, lub pod autorski system (najlepiej: do obu). Nie tylko wyjdą nam „kreatywne zabory” opisywane np. w Forum Akademickim ale i (wg. mnie ważniejsze) autoplagiaty, czyli chadzanie na skróty naszych naukowców poprzez samo-zapożyczenia literackie wielokrotnego użytku.
Dodatkowo oczekiwałbym systemu rankingowego: cytacji, impastu, ilości wejść, itp.
.
Co nam da taki system?
Po pierwsze, zredukuje ilość generowanej papki naukowej, bo wystraszy część pseudo-twórców. Szybko okaże się, że większość rzeczy jest już opisana (a była wcześniej niewidoczna z racji publikacji w Pcimskich Zeszytach Naukowych lub Głogowskim Almanachu Nauki), lub strach będzie wypuścić coś miernego i ryzykować publiczną krytykę.
Po drugie, zredukuje ilość przyznawanych punktów – publikacje nie będą już formalnie księgowane ale podlegać będą krytycznej ocenie. „Panie Duszyński, jest 5 uznanych światowych podręczników Mikroekonomii plus polska Dachowa, to po diabla mamy uznać pańskie dzieło za unikalne odkrycie i dać Panu/uczelni punkty? Chcesz to se Pan pisz, ale nie zawracaj nam…”
Po trzecie, wyczyści centra pseudo-nauki i wytnie „lokalnych guru”, o których świat nie słyszał (a guru są wyłącznie na CV i we własnej glowie).
Po czwarte, zoptymalizuje strumień pieniędzy na badania/publikacje, które będą trafiać do na prawdę wartościowych jednostek i ludzi. Pojawią się nawet oszczędności.
Po piąte, przeczyści się system awansu – znikną doktoraty i habilitacje szybko chowane w archiwach uczelnianych z racji swej anty-twórczości (i obrony dzięki układom), wsparte miernymi publikacjami bez nowych informacji.
.
Jest jeden problem, z którym trudno sobie poradzić. Dużo naszej „nauki” to repetytorium zachodnich odkryć (często sprzed lat). Pisząc o tym po polsku, nie ujawni się odtwórczego zaboru zachodnich artykułów czy książek. Miałem takie numery z chińskimi studentami, którzy kupowali artykuły po angielsku, tłumaczyli googlem na chiński i znowu na angielski, a wynikająca z tego papka nijak nie przypominała (często znanych mnie) oryginałów.
Może wiec trzeba rozszerzyć opisany wyżej wymóg abstraktu anglojęzycznego, by zawierał np. kluczowe teorie/modele i autorów źródłowych, tak by ktoś zza granicy (lub lepszy w Polsce) mógł ocenić podstawy merytoryczne danego „dzieła”? Skoro nasi naukowcy nie korzystają z zachodnich osiągnięć i publikacji, to ciekawe w ilu przypadkach okaże się, że bazują na starych modelach lub ich wysiłek dawno został opisany i dobre przegrzebanie źródeł by uprościło wszystkim życie (instytucja by nie musiała płacić za „badania”, Ministerstwo rozliczać i zaliczać, a my… czytać owych wypocin)?
.
A jakbyśmy dodali opcje merytorycznej dyskusji? Takie forum przy każdym artykule? Ale by się działo…

Akademickie monopole

Większość z nas, umoczonych w ambicje akademickie, doświadczyła barejowskich układów, pythonowskich (nie od pytona ale Monty’ego) metod rozumowania i mafijno/SB-ckich metod postępowania. Dużo się mówi o tym jak zreformować polskie SW (nie, nie Straż Więzienna, ale… szkolnictwo wyższe), politycy debatuja, komentatorzy podają swoje diagnozy, a MNiSW chwali się niedawno wprowadzoną „reformą” SW, wdrażaną od 1 października 2011, po (podobno) szerokich konsultacjach. Ale nikt nie mówi jak rozbić akademickie monopole.
.
Jak każda upaństwowiona branża, SW jest przepełnione układami i monopolami. Jest niewiele konkurencyjności, otwartości, nacisku na kompetencje, doboru najlepszych. Zamiast tego, mamy „gwiazdy”, których doktoraty otoczone są tajemnicą nie dlatego, że pisali rzeczy ważne dla przemysłu zbrojeniowego, ale dlatego, że pisali jeszcze za komuny o tematach dzisiaj postrzeganych jako abstrakcyjne (lub śmieszne). Inni, tak zwani „liderzy”, zawdzięczają stanowiska układom, polityce oraz manipulacji. Wiele procesów decyzyjnych utopionych jest w układach i zależnościach. Itd., itp…
Jak można wyleczyć raka ogólnosystemowego, z wieloletnia (wielo-dekadową?) tradycją dominowania zdrowych komórek i ich zamiany w tak samo zatrute byty?
.
Po pierwsze, trzeba rozwalić system feudalny, uniemożliwiając jego propagację (odżywianie nowym materiałem, w rozumieniu Bourdieu) i zabijając zależność/poddaństwo młodszych od starszych (częściej stażem a nie jakością). Wprowadźmy moratorium na zatrudnianie w tej samej jednostce: magistrów doktorantów, świeżo obronionych doktorów, kandydatów habilitacyjnych broniących się w tej samej jednostce. Wymuśmy wymóg zmiany miejsca pracy po każdym stopniu. W ten sposób zagwarantujemy wymianę kadr, napływ świeżej krwi i pomysłów oraz rzetelną ocenę dorobku każdego.
.
Po drugie, premiujmy wszytko co zewnętrzne: stopnie, szkolenia, kwalifikacje, konsulting i doświadczenie zawodowe/branżowe. Szukajmy ludzi językowych i obytych, interdyscyplinarnych, mogących wnieść w życie i dyskurs akademicki więcej niż tylko wykute formułki z podręczników.
.
Po trzecie, wymuśmy na każdym stopniu umiędzynarodowienie osiągnięć. Doktorat bez artykułu po angielsku, habilitacja bez zachodnich konferencji (odbytych a nie wysłanych) i kilku artykułów po angielsku „na liście filadelfijskiej”, nie powinny być przyznawane, bo wszelkie odkrycia/wyniki są repetycja już odkrytych i opisanych (inaczej zachodnie czasopisma by chciały je opublikować). Jeżeli twój temat nie interesuje nikogo, nawet tych z Ukrainy, to nie masz po co stawać do obrony, bo niczego nie wnosisz do świata, nauki, życia poza układem na swojej uczelni.
.
Po czwarte, wyczyśćmy procesy demokratyczne na uczelniach. W dzisiejszym systemie, każde wybory to handel i zależności: ty mnie, ja tobie, twoi na mnie dzisiaj a ja wam coś w przyszłości. Liczby a nie wartości/pomysły decydują. Rektor, dziekan i inni są niewolnikami zależności i interesów.
.
Po piąte (i to jest killer polskiej akademickości), wprowadźmy przejrzystość do publikacji, czyli mierzalnych wyników polskiej „nauki”. Pamiętajmy, że w obliczu światła wiedzy, giną wszelkie demony. Gdyby publikacje każdego polskiego naukowca były publicznie dostępne, szybko by się okazało jaki wkład każdy z nich „ma” w wiedzę. Zadajcie sobie sami pytanie: ile podręczników do tego samego można napisać? Albo, jak poważny jest naukowiec który ma 30 pozycji rocznie? Albo profesor, który ma 500-600 publikacji? Skoro nie ma Nobla, to czym są te setki publikacji?
.
.
Moje ulubione pytanie brzmi: jak się napisało doktorat z ekonomii marksistowskiej (niech będzie w Polsce, a nie w Leningradzie), to jak można mówić o sobie dzisiaj, że jest się zwolennikiem tej czy innej szkoły kapitalizmu (a nie modnym oportunistą/karierowiczem) i jeszcze o tym pisać/uczyć?

E-edukacja – bez kadry nie da rady

Gazeta Prawna (5.01.2012) opublikowała wyniki badań wśród studentów nt. kształcenia online. Oczywiście jak to w Polsce: tragedia… Jedna uwaga na początek – jak nie lubię teorii spiskowych, tak muszę zauważyć, że badanie przeprowadzono na zlecenie Polish Open University, a ci są delegaturą brytyjskiego Open University. Ci z kolei to światowi liderzy w e-learningu, stacjonarnym czy mobilnym, wiec możemy się spodziewać, iż co ma Anglia to również ma ich polska placówka. Stąd wynik badań nobilituje POU. Zbieg okoliczności??

Wg. Gazety Prawnej tylko kilkanaście procent z polskich 460 uczelni oferuje studia przez Internet. Ciekawi mnie jak oni to definiują? Czy piszą o pełnych programach czy o elektronicznym wspieraniu dydaktyki (dodatkowe materiały/zajęcia), itd.? GP twierdzi, że:
„Czego oczekują żacy od tej formy kształcenia? 78 proc. ankietowanych uznało, że wykładowcy powinni wykorzystywać interaktywne narzędzia po to, by skupić uwagę studentów przez cały czas trwania zajęć. Ponadto ten model nauczania powinien zapewniać stały kontakt z wykładowcą i dostęp do nieograniczonej liczby konsultacji po zajęciach. Sześciu na dziesięciu zapytanych studentów uważa, że studia online powinny być równoważne ze studiami w trybie stacjonarnym, a zatem zakres przerabianego materiału musi być identyczny, podobnie jak wymagania co do zaliczeń i egzaminów.”
Skupianie uwagi, czyli wykorzystanie multimediów podczas wykładu – trochę coś innego od e-edukacji. Po prostu trzeba mieć rzutnik, komputer i notatki lub materiały gotowe w MS Office. Jakoś łatwo zrobić wrażenie na polskich studentach ;p

Stały kontakt z wykładowcą, to jak rozumiem wykładowca dostępny 24/7, odbierający maile, smsy nawet w wannie. Troche niedokładne, bo jeżeli chodzi o wykaldowce dostępnego na forach o określonej godzinie (synchroniczny e-learning), to oczywiście się zgadzam, ale jeżeli system jest asynchroniczny, to studenci oczekują zbyt dużo (typowe uprzykrzanie się klienta, który do końca nie wie czego chce).

Najbardziej mnie śmieszy to marzenie o długości trwania studiów: osobiście jestem zwolennikiem WYDŁUŻANIA studiów nie-stacjonarnych tak by ilość godzin, pracy, nauki, myślenia zawsze była równa. Zaoczne powinny trwać 150-200% semestrów dziennych, wiec i online powinny trwać trochę dłużej – nie ma zamiennika do kontaktu z dobrym wykładowcą.

Praktycznie każda polska uczelnia dużo mówi o e-learningu, rektorzy podniecają się jego potencjałem. Niektóre wydały ogrom kasy na budowanie swoich platform. Po co? Skoro istnieją światowi liderzy, to po co budować cienką kopię, skoro można wdrożyć nawet DARMOWE rozwiązanie o niebo lepsze od tego co lokalni informatycy mogą wymyśleć? Myślę, że to typowa polska nad-ambicja, by mieć cos swojego, oraz nierealizowalne marzenie, by akurat „mój” produkt okazał się żyłą złota. Ego wygrywa z rozumem (i rachunkiem ekonomicznym).

Posiadanie platformy nie oznacza natychmiastowego sukcesu, ponieważ trzeba mieć ciekawy produkt – kierunek, specjalność, program podyplomowy. Dla niego należy znaleźć rynek (raczej segment), który doceni możliwość zdobywania wiedzy z dala od uczelni, oraz dobrze ten produkt wycenić.

W przypadku programów synchronicznych oraz asynchronicznych, największym wyzwaniem jest „głęboka zawartość” – materiały do przedmiotów, testy, egzaminy, dodatkowe dane, linki do reszty świata. Czyli ogrom pracy włożony przez wykładowcę w każdy przedmiot (a piszę z perspektywy zrobienia 12 rożnych na mojego Moodle’a). I tutaj wykładają się uczelnie, nie potrafiące zmotywować kadrę do włożenia ogromnego wysiłku i przygotowania przedmiotu lepiej niż robią to do zajęć face-to-face – na wykładzie można nadrobić gadką, przykładami, aktywować słuchaczy, brać od nich przykłady lub problemy. Online to wszystko musi być przemyślane, przeanalizowane, zaplanowane i rozpisane zawczasu.

Jak się motywuje wykładowcę? Pieniędzmi (żywa gotówka), redukcja godzin (przeliczniki), awansami. Na pewno nie można go zastraszyć do przygotowania dobrego e-przedmiotu, ponieważ są to inteligentni ludzie i wyłgają się minimalistycznym „niczym” czyli wklejeniem przeczesanych notatek. E-przedmioty to kapitał intelektualny (IC) każdego z nich, i będą go bronić lub oddadzą za godną rekompensatę.

Dlaczego ja przeniosłem swoje przedmioty na prywatnego Moodle’a? Ponieważ nie miałem gwarancji, że wieloletnie wysiłki nie zostaną ukradzione przez chciwą uczelnie, desperacko szukającą źródeł dochodów, ale bez szanowania wykładowców i ich pracy.

Gdy dodamy do tego wymagania czasowe programów synchronicznych, nowoczesne uczelnie musza poważnie zastanowić się nad segregacją kadry: na tych, którzy będą pracowali głównie online, wspierając studentów, prowadząc zajęcia, oraz na tych którzy będą uczyli fizycznie. Nie jest to tylko kwestia możliwości czasowych – wykładowcy to ludzie i każdy ma inne predyspozycje. Nie którzy brylują na wykładach, inni na ćwiczeniach, a jeszcze inni są kiepscy ale nikomu nie chce się ich wyrzucić. Jeszcze inni są niesamowici za stołem, klepiąc na klawiaturze lub czatując.

Tylko, kto ma zbudować system w którym online jest oddzielne i uczą go inni ludzie, skoro naboru kadry dokonują wyłącznie ci mocno uczepieni smutnej polskiej rzeczywistości?

I tu tkwi sedno artykułu z GP – studenci oczekują pojawienia się nauczyciela 2.0, e-nauczyciela, a ten nie pasuje do zmumifikowanej polskiej kultury akademickiej i ona może go w całkowicie… nie zauważyć / nie rozpoznać.

Samocytowanie, czyli pompowanie pseudo-wyników

Całkiem wiarygodna instytucja międzynarodowa, QS Intelligence Unit, produkująca szanowany QS University World ranking, coraz bardziej pogłębia i poszerza sposób badania rankowanych uczelni. Ponieważ w tym rankingu znajdują się i polskie uczelnie (można je zgłosić samemu, więc pewnie jacyś marketingowcy to robią), to było wyłącznie kwestia czasu aż polskie realia pozwolą nam „zaistnieć” (oczywiscie w negatywnym znaczeniu tego słowa).
.
Spece z QS postarali się znaleźć wszelkie „myki” służące sztucznemu windowaniu pozycji uczelni w rankingu (a więc kantowaniu systemu QS). Jedną z możliwości jest samo-cytowanie (auto-cytacja, self-citation), czyli cytowanie przez autora swoich własnych prac, by znalazly się one wyżej w indeksach cytowań. Jak zauważyli w QS, samo-cytacje mają prawo istnieć w przypadku autorów o ogromnych osiągnięciach: tych co napisali najważniejsze podręczniki, przełomowe artykuły czy unikalne case-y. Inni autorzy, mniej znani lub nie znani, kreatywnie poprawiają swoje wyniki, sugerując zwiększoną wagę swoich osiągnięć (creative engineering of citation results) poprzez zwiększenie ilości cytowań – samocytowanie.
.
Analitykom z QS wyszlo pięć instytucji w których najczęściej dokonywano autocytacji, do tego stopnia, ze stopień publikowania ich pracowników był dramatycznie wyższy niż w rzeczywistości. Oczywiście wszystkie piec z dawnego „bloku wschodniego” (w tym Lomonosov) oraz nasza Politechnika Warszawska. Tym razem złapano tylko jedna uczelnię z naszego Wielkiego Kraju, ale każdy kto zna branżę, wie jak dużo tego typu zagrywek się stosuje. Nikt nie sprawdza czy pozycje z bibliografii są bezpośrednio powiązane z treścią artykułu lub książki, więc wsadzać można więcej niż jest niezbędne lub z czego się na prawdę korzystało.
.
Jedno jest pewne – gdyby w Polsce byli prawdziwi specjaliści, liderzy dziedzin, to:
a. Mogliby się samocytować do woli;
b. Ale NIE musieliby się samocytować;
c. Ponieważ cały świat by ich często cytował (tam się szanuje liderów), dzięki czemu byliby w rankingach światowych cytacji bez zbędnego samopompowania.
.
Nie słyszałem o noblistach z politechniki, ani o druzgoczących świat wynalazkach z ich laboratoriów, więc może spece z QS mieli rację, redukując cytowalność geniuszy z PW, karząc jednostkę za naukową inflację wyników, o których świat nie słyszał, a które najprawdopodobniej służyły uzyskiwaniu awansów pracowników PW dzięki przekraczaniu wskaźników publikowania/cytowań.
.
GDYBY, gdyby, gdyby istniał w Polsce system cytacji (cyfrowa baza), może udałoby się ukrócić te pseudonaukowe przekręty. Dziwnym trafem systemu nie ma – czy nie potrafimy go stworzyć, czy też byłby on nie na rękę wielu „liderom” i „gwiazdom”? W końcu, cyfrowa baza danych to obiektywna weryfikacja. Ciekawe ile plagiatów by wyszło?????
A gdyby ta baza miała cale artykuły i algorytm porównujący pisownie (jak w plagiat.pl), ale by publikacji musiano wycofać, wcześniej pisanych dzięki „kopiuj+wklej paragraf stąd, kopiuj+wklej paragraf stamtąd” a tematem zmienionym poprzez dodanie „wybrane zagadnienia”??????

Zmiany właścicieli polskich uczelni

Zapaść naborów oraz wysychanie źródeł pieniędzy powoli zmieniają krajobraz polskiego szkolnictwa wyższego. Nie da się wyrwać mamony od studentów, firmy obcięły prawie do zera budżety szkoleniowe, klienci nie walą na studia podyplomowe ani MBA, nawet wodospad unijny powoli wysycha przerzucając się coraz bardziej na finansowanie prawdziwej nauki a nie dawanie głupawej kasy na głupawe „rozwijanie uczelni”. No i nawet nasze Ministerstwo zmądrzało i daje podobnie kasę na badania. I nagle wśród 360 (cirka) prywatnych „uczelni” pojawił się rekin finansowy, szukający słabszych organizmów, tych ogłupiałych, zbyt pewnych siebie. Tych over-extended (przeinwestowanych, z nadmiarem kierunków, kadry). No, może nie jeden rekin ale kilkanaście spasionych ryb, które dorobiły się na czymś innym a teraz szukają uczelni na sprzedaż by… (wstaw tutaj dowolne wytłumaczenie psychoanalityczne).
.
Czytacze ustaw zaraz wykrzykną, że nie ma w Polsce uczelni prywatnych, są tylko „niepaństwowe”, czyli takie dziwne instytucje na wzór fundacji, z których nie można czerpać korzyści a (podobno) całość nadwyżek („zysków”, heheheh) jest przekazywana na działalność statutową, by nie płacić CITu. Uczelnie założyć może osoba prywatna (czyli jednak mogą być właściciele!), organizacja lub instytucja. Bardzo często uczelnie zakładały stowarzyszenia i fundacje, najczęściej założone wyłącznie „pod uczelnie” (wśród Was forensic accountants, muszą się budzić ciekawe myśli…).
.
I ta osoba, instytucja, fundacja, stowarzyszenie może zostać sprzedana, tzn., odstąpić swoje prawa założycielskie komuś innemu. Odstąpić można nawet fundacje, zmieniając jej zarząd na uległy wobec nowego właściciela, lub… pozbywając się jej i zamieniając na cos innego. Wystarczy powiadomisz „właściwego” ministra o zmianie.
.
Nic nie mam do kupna i sprzedaży, nie zazdroszczę kasy wziętej przez sprzedającego (opodatkowanej lub nie). Martwi mnie tylko motywacja kupujących, najczęściej biorących we władanie kiepskie uczelnie, które wg. Darwina powinny upaść. Po 20 latach kapitalizmu nadchodzi Wielka Czysta, podczas której tysiące polskich firm i firemek padnie na pysk w obliczu ewolucji rynku, zmian upodobań konsumentów i globalnej konkurencji. Wiele z nich ma znane nazwiska w nazwie, a właściciele innych często gościli w gazetach i TV jako „liderzy tego lub owego” i sami się nagradzali za (dawną) świetność. Szkoły też będą padać, nawet te wykupione przez nowych inwestorów, myślących, że oni maja „Złotą Myśl” i im jedynym się uda. Nie ma szans by nasze społeczeństwo utrzymało popytem na edukację 360 prywatnych uczelni, często w dziwnych miejscach.
.
Uwagi:
– zmiany właścicielskie następują raczej potajemnie, a klienci i szersze środowisko interesariuszy mogą nie być świadomi słabości danej instytucji i związanych z nią zagrożeń;
– jaka jest motywacja nowych właścicieli (rozwój wymagający doinwestowania, szabrowanie resztek majątku – asset stripping, ideologia, itd.)?
– czy nowi właściciele zapewnią rozwój i zmianę/poprawę jakości?
.
I na koniec pytanie: czy uczelnie nie powinny być przekazywane za symboliczną złotówkę, by całość przeznaczonych (tylko na zakup) funduszy mogła zostać wsadzona w rozwój i reformy? SWPS zmieniło właściciela za ponad 80mln! Ale ta kasa poszła do rak grupy założycielskiej, czyli kliki profesorkiej.
Gdyby uczelnie miały być biznesem który można sprzedać za miliony, to może Skarbówka powinna wyliczyć im 10+ lat zaległego CITu i DOPIERO dowalić byłemu „właścicielowi” PITem (podatkiem: Personal Income Tax; a nie druczkiem ;p)?
.
Najśmieszniejsze jest to, że od kilku lat odradzam zachodnim inwestorom myślenia o kupowaniu polskich uczelni. Wiem, jak trudno byłoby zintegrować zachodnie organizacje z ich racjonalnością, z polską instytucją opartą na barejowskich regułach.

Upadłość polskich uczelni?

Klienci szkolnictwa wyższego jak i postronni obywatele (i ślepi politycy), nie zdają sobie sprawy z problemów z jakimi boryka sie polskie szkolnictwo wyższe. Od kilku lat uczelnie maja coraz mniej studentów, nie tylko w wyniku niżu demograficznego ale i otwarcia granic (dobre studia na zachodzie, np. w Anglii) ale i zmiany w podejściu klientów – coraz mniej osób zainteresowanych jest studiami dziennymi (zapewne muszą znaleźć prace i nie mogą tracić 3-5 lat na obijanie się). Oznacza to, że dochody uczelni się kurczą, i to wbrew ich przewidywaniom, na których oparto inwestycje pierwszej polowy lat 00ych (w budynki, kadrę, otwarcie nowych kierunków, sprzęt, itd.). Kurczące się dochody nie oznaczają redukcji kosztów, które często maja pewien nieredukowalny poziom minimalny, np. określony ustawa o Szkolnictwie wyższym – na każdy kierunek przypada określona minimalna ilość kadry, tzw. „Minimum kadrowe” które trzeba zatrudnić, utrzymać, opłacić, bez względu na ilość studentów danego kierunku.
.
Gdy w każdej innej branży, dyrektorzy zarządzający bezwzględnie wycięliby rakotwórcze części organizmu, zlikwidowali nierentowne programy lub sprzedali zbędne zasoby, w szkolnictwie wyższym jest trochę inaczej. Część raka to decyzje emocjonalne (zarządzanie przez ego) rektorów i założycieli (np. emocjonalne przywiązanie do uruchomionego kierunku), część to pseudo-naukowe ambicje wymagające utrzymywania „wpływowych” naukowców (lub posiadania stajni polityków) lub miłość małżonki do nowego budynku w którym sama dobierała kolor płytek. Oczywiście, jest też aspekt medialno-marketingowy – obawa przed wysłaniem pierwszego sygnału do rynku, że „jest z nami źle bo redukujemy ofertę” co może obrócić się w lawinę uciekających studentów i nie zgłaszających się kandydatów.
.
Nie ma modeli przewidujących jak zachowa się rynek na kolejne upadłości polskich szkół wyższych, ponieważ nikt nie dopuszcza do siebie tej możliwości. Poza efektem biznesowym (likwidacja przedsiębiorstwa, miejsca pracy, płatnika ZUS i podatków, klienta innych firm) ważniejszy jest raczej efekt na rynek pracy. Upadłość uczelni to:
– trauma absolwenta jako klienta, ze złamanym sercem i portfelem oraz jego problemy z samoidentyfikacją (niższa pewność siebie, przebojowość, itd.), utrudnienia w dalszym samorozwoju (np. zdobywanie dalszego wykształcenia);
– absolwent posiadający dyplom nieistniejącej instytucji, trudne do zweryfikowania osiągnięcia (np. transkrypty) oraz stygmat „ukończenia trupa”, a więc pracownik/kandydat z niższej półki dający zmartwienia pracownikom działu HR;
– osłabienie zewnętrznego postrzegania całego sektora (jak upadla jedna to mogą i inne), co przełoży się np. na utrudnienie relacji komercyjnych (np. w zakresie szkoleń i kursów prowadzonych dla firm) oraz na dalszy odpływ klientów (a przynajmniej wzrost strategii zachowawczej „poczekam”);
– wewnętrzny chaos w sektorze (ruchy wśród uczelni, zachwianie rankingów, niepewność systemowa, brak zaufania do innych instytucji);
.
Nie tylko Ministerstwo i politycy powinni domagać się wdrożenia dokładnych i upublicznianych kontroli „due dilligence”, ponieważ ilość interesariuszy którzy mogą ucierpieć jest dramatycznie większa niż ego kilkudziesięciu właścicieli maskujących chore instytucje. Niestety, Ustawa wymaga wielu rzeczy od uczelni państwowych, ale już nie od prywatnych – a w tym segmencie sektora będzie najwięcej najszybszych upadków – ten czy inny uniwersytet, nawet z kilkudziesięciomilionowym długiem może przetrwać.
.
Dodatkową kwestią jest umiejscowienie upadłości w aktualnych rankingach – jeżeli padnie uczelnia #73 czy #98 to nikt nie zauważy a media (raczej lokalne) uzasadnią to słabą lokalizacją i nadmierną konkurencją z dużych miast i darmowymi studiami na uczelniach panstwowych. Ale jeżeli padnie uczelnia z pierwszej 20tki, ulokowana w dużym mieście (najczęściej dużym ośrodku akademickim), istniejąca od 15+ lat, to efekt będzie dramatyczny, ponieważ zachwieje się pierwsza 40tka rankingu, od góry do dołu (całkowita utrata zaufania klientów). Marka z reguły równa się sukcesowi i stabilności (lub vice versa), więc taka zapaść wymusi radykalne przeorientowanie świadomości polskiego społeczeństwa nt. tego czym jest, może i powinna być „uczelnia”.