Głupi student

Głupi student – niedawna zadyma medialna ze studentem wściekającym się o zadawane pytania na obronie, spowodowała ogólnopolską histerię nt. edukacji młodego pokolenia.

Niewiele osób zauważyło, że uniwersytety są ofiarami wieloletniego procesu (nie)edukacji, jaki uskuteczniają szkoły podstawowe i średnie. Współcześni wykładowcy dostają do obrobienia towar wybrakowany, zatruty, wypaczony, posiadający minimalne umiejętności (ale za to ogromne ambicje i oczekiwania). Trudno jest cokolwiek zrobić z takimi “studentami”, którzy nie chcą i nie umieją się uczyć, nie posiadają podstawowego zasobu wiedzy, słownictwa, ani woli do podjęcia niezbędnego wysiłku. Na uczelnie trafił rezultat współczesnego “consumer universe” uwarunkowany na prostą transakcję “pieniądze = rezultat” (czytaj: dyplom) bez jakiegokolwiek wysiłku pomiędzy. Oznacza to, że jakiekolwiek wymogi, standardy, oczekiwania ze strony uczelni i pracowników są zbyt wysokie i nie przystają do współczesnego społeczeństwa niedorobionych FBkowiczów i podobnych im NKowców. Przeczytanie podręcznika i materiałów pomocniczych, systematyczna nauka przez cały semestr, odrabianie zadań domowych (we wszelkich postaciach), otwartość intelektualna, samodyscyplina – to wszystko nie przystaje do Polski 2010+ i jej młodzieży. Nie pomagają państwowi administratorzy (mamy dwa ministerstwa zajmujące się “edukacją”), politycy (w Sejmie znajdziemy mało intelektu), media forsują ludzi “sukcesu” nie wynikającego z zalet umysłu ani jakiegokolwiek realnego talentu a ilość współczesnych wykształciuchów (absolwentów rożnej maści programów licencjackich lub magisterskich, o profilu rzadko przydatnym w życiu) nijak nie przeradza sie w jakość kapitału społecznego RP3.5.

System nie działa, a wybryki co głupszych jedynie pokazują jego wewnętrzne zepsucie. Niestety, politycy i administratorzy niczego nie zmienią – sami juz przeszli, najczęściej przez wcześniejszy system (ten mniej zepsuty) i nie muszą dbać o to co wchodzi do uczelni “po wiedzę”, a raczej po dyplom. Rządzącym rewolucja nie jest potrzebna, zaś ewolucja jest nieskuteczna.

Patrząc na ilość uczelni przyjmujących każdego, kto potknie sie na chodniku i wpadnie do działu rekrutacji, należy sie zastanowić czy aktualny kierunek, tzn. masowe kształcenie wszystkich o wszystkim, przekłada sie na wymierne korzyści dla Polski. Przecież nie można nawet powiedzieć, że państwo ma z tego podatki, ponieważ uczelnie nie płacą CIT za działalność statutową. Ilość nigdy nie przekłada sie na jakość a masowa rekrutacja wyławia takich “geniuszy” jak owy zszokowany magistrant. I będzie ich coraz więcej – i tutaj należy zadać pytanie: czy to jest jeszcze szkolnictwo wyższe, jeżeli takie głąby dochodzą do obrony pracy?

E-edukacja – ogólnopolski standard platform i przedmiotów

Ministerstwo Nauki rozdaje kasę na dziesiątki rożnych projektów, od ośrodków wiodących po fundowanie kobietom naukowcom rożnych nagród. Jednym z najważniejszych tematów współczesności jest gospodarka oparta na wiedzy oraz wynikająca z niej waga systemów informatycznych, niezbędnych w efektywnym kształceniu kadr (przez cale życie, itp.).
O wadze sprawnej i kompetentnej kadry, pisałem wcześniej.
.
Wszystkie uczelnie aspirują do wykorzystania e-learningu (e-edukacja po naszemu) w codziennych zajęciach, pozyskiwaniu nowych klientów lub (czasami) do wyciągnięcia kasy z Unii na „budowę i rozwój platform e-learningowych wspierających proces dydaktyczny”. Codziennie zastanawiam się po co unia ciągle daje na to kasę, zamiast kupić na własność jeden system i dawać za darmo każdemu kto składa taki właśnie wniosek. Po co odkrywać odkryte i wymyślać wymyślone (poza wyciąganiem kasy dla siebie i znajomków)?
.
I tutaj mamy pytanie do Ministerstwa. Jeżeli chce rozbudować e-learning (e-edukacja) w Polsce, to dlaczego:
1. Nie kupi jednego spójnego, ogólnonarodowego systemu informatycznego, który mogłoby rozdawać każdej polskiej uczelni śniącej o cudach edukowania na odległość obywateli Burkina Faso lub Krynicy (górskiej lub morskiej)?
Jeżeli musi być cos „naszego” to niech w końcu rozpisze konkurs na jeden, jedyny, logiczny, ładny, sprawny i skuteczny system E-L. Niech się polscy informatycy natrudzą, nawet jako zespół prze-kozaków z rożnych uczelni („best of the best of who didn’t run to Silicon Valley”). Wsadzamy wtedy system na ministerialny serwer i każda szkoła zakłada co chce i robi co chce.
A mając jeden, wspólny system (lub nawet bez niego)…
.
2. Nie ogłosi konkursu na e-przedmioty?
W każdym programie, nawet po uwzględnieniu zróżnicowania wynikającego z KRK i efektów kształcenia, można znaleźć wspólny trzon przedmiotowy. Na 2000 godzin licencjata, niech będzie to 600-900 godzin rzeczy, które muszą być zrobione by absolwent posiadł odpowiednią wiedzę i osiągnął oczekiwane efekty. Na ministerialnej stronie mamy 118 programów wg nazw i zawartości, a więc konkurs mógłby mieć zakres 600h/30h x118 (średnia wielkość wspólnego trzonu / średnia wielkość przedmiotu w semestrze X ilość istniejących aktualnie programów studiów). I robi nam się konkurs na przygotowanie 2360 przedmiotów. Co rozumiem przez przedmiot?
– dokładny sylabus zgodny z międzynarodowymi standardami;
– rozpisane efekty kształcenia;
– rozpisana struktura (tematyka zajęć, ćwiczeń);
– przygotowanie zawartości do każdych zajęć (notatki, opisy, itd.);
– przygotowanie systemów sprawdzających wiedze (np. samo-testowanie się studenta, nie będące uznana forma zaliczenia);
– przedstawienie indykatywnych sposobów zaliczania;
– listy podręczników (obowiązkowych i uzupełniających) oraz artykułów i innych źródeł (stron WWW, itp.);
– materiałów dodatkowych, np. pisanych specjalnie studiów przypadku (na nie może być oddzielny konkurs, jak robi to Emerald);
.
Wygrywający autor (lub konsorcjum) zyskiwałby nie tylko uznanie jako „debesciak” oraz nagrodę pieniężną (w końcu następowałoby przeniesienie praw autorskich na MNiSW), ale i powinien otrzymać dofinansowanie (np. w formie grantu na 3 lata) by ciągle dopracowywać, unowocześniać i rozszerzać zawartość przedmiotu.
.
Uczelnie, wykładowcy i studenci zyskiwaliby monoteistyczną wykładnię wiedzy z danego tematu (zamiast kilkunastu książek na ten sam temat, ciut inaczej napisanych), zaś Ministerstwo pogłębiłby swoje zaangażowanie w kwestie jakości programów i dydaktyki poprzez fundowanie, rozwijanie i udostępnianie „best practice”.
.
Ten sam system uprościłby życie na poziomie Min.Edukacji, nie potrafiącego pogodzić reformy, wiecznych zmian podręczników i stałej wysokości ich cen, oraz e-learningu jako jedynej alternatywy od tego całego bajzlu.
.
No ale żyjemy w Polsce, wiec dlaczego miałoby nam być łatwiej?

E-edukacja – bez kadry nie da rady

Gazeta Prawna (5.01.2012) opublikowała wyniki badań wśród studentów nt. kształcenia online. Oczywiście jak to w Polsce: tragedia… Jedna uwaga na początek – jak nie lubię teorii spiskowych, tak muszę zauważyć, że badanie przeprowadzono na zlecenie Polish Open University, a ci są delegaturą brytyjskiego Open University. Ci z kolei to światowi liderzy w e-learningu, stacjonarnym czy mobilnym, wiec możemy się spodziewać, iż co ma Anglia to również ma ich polska placówka. Stąd wynik badań nobilituje POU. Zbieg okoliczności??

Wg. Gazety Prawnej tylko kilkanaście procent z polskich 460 uczelni oferuje studia przez Internet. Ciekawi mnie jak oni to definiują? Czy piszą o pełnych programach czy o elektronicznym wspieraniu dydaktyki (dodatkowe materiały/zajęcia), itd.? GP twierdzi, że:
„Czego oczekują żacy od tej formy kształcenia? 78 proc. ankietowanych uznało, że wykładowcy powinni wykorzystywać interaktywne narzędzia po to, by skupić uwagę studentów przez cały czas trwania zajęć. Ponadto ten model nauczania powinien zapewniać stały kontakt z wykładowcą i dostęp do nieograniczonej liczby konsultacji po zajęciach. Sześciu na dziesięciu zapytanych studentów uważa, że studia online powinny być równoważne ze studiami w trybie stacjonarnym, a zatem zakres przerabianego materiału musi być identyczny, podobnie jak wymagania co do zaliczeń i egzaminów.”
Skupianie uwagi, czyli wykorzystanie multimediów podczas wykładu – trochę coś innego od e-edukacji. Po prostu trzeba mieć rzutnik, komputer i notatki lub materiały gotowe w MS Office. Jakoś łatwo zrobić wrażenie na polskich studentach ;p

Stały kontakt z wykładowcą, to jak rozumiem wykładowca dostępny 24/7, odbierający maile, smsy nawet w wannie. Troche niedokładne, bo jeżeli chodzi o wykaldowce dostępnego na forach o określonej godzinie (synchroniczny e-learning), to oczywiście się zgadzam, ale jeżeli system jest asynchroniczny, to studenci oczekują zbyt dużo (typowe uprzykrzanie się klienta, który do końca nie wie czego chce).

Najbardziej mnie śmieszy to marzenie o długości trwania studiów: osobiście jestem zwolennikiem WYDŁUŻANIA studiów nie-stacjonarnych tak by ilość godzin, pracy, nauki, myślenia zawsze była równa. Zaoczne powinny trwać 150-200% semestrów dziennych, wiec i online powinny trwać trochę dłużej – nie ma zamiennika do kontaktu z dobrym wykładowcą.

Praktycznie każda polska uczelnia dużo mówi o e-learningu, rektorzy podniecają się jego potencjałem. Niektóre wydały ogrom kasy na budowanie swoich platform. Po co? Skoro istnieją światowi liderzy, to po co budować cienką kopię, skoro można wdrożyć nawet DARMOWE rozwiązanie o niebo lepsze od tego co lokalni informatycy mogą wymyśleć? Myślę, że to typowa polska nad-ambicja, by mieć cos swojego, oraz nierealizowalne marzenie, by akurat „mój” produkt okazał się żyłą złota. Ego wygrywa z rozumem (i rachunkiem ekonomicznym).

Posiadanie platformy nie oznacza natychmiastowego sukcesu, ponieważ trzeba mieć ciekawy produkt – kierunek, specjalność, program podyplomowy. Dla niego należy znaleźć rynek (raczej segment), który doceni możliwość zdobywania wiedzy z dala od uczelni, oraz dobrze ten produkt wycenić.

W przypadku programów synchronicznych oraz asynchronicznych, największym wyzwaniem jest „głęboka zawartość” – materiały do przedmiotów, testy, egzaminy, dodatkowe dane, linki do reszty świata. Czyli ogrom pracy włożony przez wykładowcę w każdy przedmiot (a piszę z perspektywy zrobienia 12 rożnych na mojego Moodle’a). I tutaj wykładają się uczelnie, nie potrafiące zmotywować kadrę do włożenia ogromnego wysiłku i przygotowania przedmiotu lepiej niż robią to do zajęć face-to-face – na wykładzie można nadrobić gadką, przykładami, aktywować słuchaczy, brać od nich przykłady lub problemy. Online to wszystko musi być przemyślane, przeanalizowane, zaplanowane i rozpisane zawczasu.

Jak się motywuje wykładowcę? Pieniędzmi (żywa gotówka), redukcja godzin (przeliczniki), awansami. Na pewno nie można go zastraszyć do przygotowania dobrego e-przedmiotu, ponieważ są to inteligentni ludzie i wyłgają się minimalistycznym „niczym” czyli wklejeniem przeczesanych notatek. E-przedmioty to kapitał intelektualny (IC) każdego z nich, i będą go bronić lub oddadzą za godną rekompensatę.

Dlaczego ja przeniosłem swoje przedmioty na prywatnego Moodle’a? Ponieważ nie miałem gwarancji, że wieloletnie wysiłki nie zostaną ukradzione przez chciwą uczelnie, desperacko szukającą źródeł dochodów, ale bez szanowania wykładowców i ich pracy.

Gdy dodamy do tego wymagania czasowe programów synchronicznych, nowoczesne uczelnie musza poważnie zastanowić się nad segregacją kadry: na tych, którzy będą pracowali głównie online, wspierając studentów, prowadząc zajęcia, oraz na tych którzy będą uczyli fizycznie. Nie jest to tylko kwestia możliwości czasowych – wykładowcy to ludzie i każdy ma inne predyspozycje. Nie którzy brylują na wykładach, inni na ćwiczeniach, a jeszcze inni są kiepscy ale nikomu nie chce się ich wyrzucić. Jeszcze inni są niesamowici za stołem, klepiąc na klawiaturze lub czatując.

Tylko, kto ma zbudować system w którym online jest oddzielne i uczą go inni ludzie, skoro naboru kadry dokonują wyłącznie ci mocno uczepieni smutnej polskiej rzeczywistości?

I tu tkwi sedno artykułu z GP – studenci oczekują pojawienia się nauczyciela 2.0, e-nauczyciela, a ten nie pasuje do zmumifikowanej polskiej kultury akademickiej i ona może go w całkowicie… nie zauważyć / nie rozpoznać.

Zmiany właścicieli polskich uczelni

Zapaść naborów oraz wysychanie źródeł pieniędzy powoli zmieniają krajobraz polskiego szkolnictwa wyższego. Nie da się wyrwać mamony od studentów, firmy obcięły prawie do zera budżety szkoleniowe, klienci nie walą na studia podyplomowe ani MBA, nawet wodospad unijny powoli wysycha przerzucając się coraz bardziej na finansowanie prawdziwej nauki a nie dawanie głupawej kasy na głupawe „rozwijanie uczelni”. No i nawet nasze Ministerstwo zmądrzało i daje podobnie kasę na badania. I nagle wśród 360 (cirka) prywatnych „uczelni” pojawił się rekin finansowy, szukający słabszych organizmów, tych ogłupiałych, zbyt pewnych siebie. Tych over-extended (przeinwestowanych, z nadmiarem kierunków, kadry). No, może nie jeden rekin ale kilkanaście spasionych ryb, które dorobiły się na czymś innym a teraz szukają uczelni na sprzedaż by… (wstaw tutaj dowolne wytłumaczenie psychoanalityczne).
.
Czytacze ustaw zaraz wykrzykną, że nie ma w Polsce uczelni prywatnych, są tylko „niepaństwowe”, czyli takie dziwne instytucje na wzór fundacji, z których nie można czerpać korzyści a (podobno) całość nadwyżek („zysków”, heheheh) jest przekazywana na działalność statutową, by nie płacić CITu. Uczelnie założyć może osoba prywatna (czyli jednak mogą być właściciele!), organizacja lub instytucja. Bardzo często uczelnie zakładały stowarzyszenia i fundacje, najczęściej założone wyłącznie „pod uczelnie” (wśród Was forensic accountants, muszą się budzić ciekawe myśli…).
.
I ta osoba, instytucja, fundacja, stowarzyszenie może zostać sprzedana, tzn., odstąpić swoje prawa założycielskie komuś innemu. Odstąpić można nawet fundacje, zmieniając jej zarząd na uległy wobec nowego właściciela, lub… pozbywając się jej i zamieniając na cos innego. Wystarczy powiadomisz „właściwego” ministra o zmianie.
.
Nic nie mam do kupna i sprzedaży, nie zazdroszczę kasy wziętej przez sprzedającego (opodatkowanej lub nie). Martwi mnie tylko motywacja kupujących, najczęściej biorących we władanie kiepskie uczelnie, które wg. Darwina powinny upaść. Po 20 latach kapitalizmu nadchodzi Wielka Czysta, podczas której tysiące polskich firm i firemek padnie na pysk w obliczu ewolucji rynku, zmian upodobań konsumentów i globalnej konkurencji. Wiele z nich ma znane nazwiska w nazwie, a właściciele innych często gościli w gazetach i TV jako „liderzy tego lub owego” i sami się nagradzali za (dawną) świetność. Szkoły też będą padać, nawet te wykupione przez nowych inwestorów, myślących, że oni maja „Złotą Myśl” i im jedynym się uda. Nie ma szans by nasze społeczeństwo utrzymało popytem na edukację 360 prywatnych uczelni, często w dziwnych miejscach.
.
Uwagi:
– zmiany właścicielskie następują raczej potajemnie, a klienci i szersze środowisko interesariuszy mogą nie być świadomi słabości danej instytucji i związanych z nią zagrożeń;
– jaka jest motywacja nowych właścicieli (rozwój wymagający doinwestowania, szabrowanie resztek majątku – asset stripping, ideologia, itd.)?
– czy nowi właściciele zapewnią rozwój i zmianę/poprawę jakości?
.
I na koniec pytanie: czy uczelnie nie powinny być przekazywane za symboliczną złotówkę, by całość przeznaczonych (tylko na zakup) funduszy mogła zostać wsadzona w rozwój i reformy? SWPS zmieniło właściciela za ponad 80mln! Ale ta kasa poszła do rak grupy założycielskiej, czyli kliki profesorkiej.
Gdyby uczelnie miały być biznesem który można sprzedać za miliony, to może Skarbówka powinna wyliczyć im 10+ lat zaległego CITu i DOPIERO dowalić byłemu „właścicielowi” PITem (podatkiem: Personal Income Tax; a nie druczkiem ;p)?
.
Najśmieszniejsze jest to, że od kilku lat odradzam zachodnim inwestorom myślenia o kupowaniu polskich uczelni. Wiem, jak trudno byłoby zintegrować zachodnie organizacje z ich racjonalnością, z polską instytucją opartą na barejowskich regułach.

Upadłość polskich uczelni?

Klienci szkolnictwa wyższego jak i postronni obywatele (i ślepi politycy), nie zdają sobie sprawy z problemów z jakimi boryka sie polskie szkolnictwo wyższe. Od kilku lat uczelnie maja coraz mniej studentów, nie tylko w wyniku niżu demograficznego ale i otwarcia granic (dobre studia na zachodzie, np. w Anglii) ale i zmiany w podejściu klientów – coraz mniej osób zainteresowanych jest studiami dziennymi (zapewne muszą znaleźć prace i nie mogą tracić 3-5 lat na obijanie się). Oznacza to, że dochody uczelni się kurczą, i to wbrew ich przewidywaniom, na których oparto inwestycje pierwszej polowy lat 00ych (w budynki, kadrę, otwarcie nowych kierunków, sprzęt, itd.). Kurczące się dochody nie oznaczają redukcji kosztów, które często maja pewien nieredukowalny poziom minimalny, np. określony ustawa o Szkolnictwie wyższym – na każdy kierunek przypada określona minimalna ilość kadry, tzw. „Minimum kadrowe” które trzeba zatrudnić, utrzymać, opłacić, bez względu na ilość studentów danego kierunku.
.
Gdy w każdej innej branży, dyrektorzy zarządzający bezwzględnie wycięliby rakotwórcze części organizmu, zlikwidowali nierentowne programy lub sprzedali zbędne zasoby, w szkolnictwie wyższym jest trochę inaczej. Część raka to decyzje emocjonalne (zarządzanie przez ego) rektorów i założycieli (np. emocjonalne przywiązanie do uruchomionego kierunku), część to pseudo-naukowe ambicje wymagające utrzymywania „wpływowych” naukowców (lub posiadania stajni polityków) lub miłość małżonki do nowego budynku w którym sama dobierała kolor płytek. Oczywiście, jest też aspekt medialno-marketingowy – obawa przed wysłaniem pierwszego sygnału do rynku, że „jest z nami źle bo redukujemy ofertę” co może obrócić się w lawinę uciekających studentów i nie zgłaszających się kandydatów.
.
Nie ma modeli przewidujących jak zachowa się rynek na kolejne upadłości polskich szkół wyższych, ponieważ nikt nie dopuszcza do siebie tej możliwości. Poza efektem biznesowym (likwidacja przedsiębiorstwa, miejsca pracy, płatnika ZUS i podatków, klienta innych firm) ważniejszy jest raczej efekt na rynek pracy. Upadłość uczelni to:
– trauma absolwenta jako klienta, ze złamanym sercem i portfelem oraz jego problemy z samoidentyfikacją (niższa pewność siebie, przebojowość, itd.), utrudnienia w dalszym samorozwoju (np. zdobywanie dalszego wykształcenia);
– absolwent posiadający dyplom nieistniejącej instytucji, trudne do zweryfikowania osiągnięcia (np. transkrypty) oraz stygmat „ukończenia trupa”, a więc pracownik/kandydat z niższej półki dający zmartwienia pracownikom działu HR;
– osłabienie zewnętrznego postrzegania całego sektora (jak upadla jedna to mogą i inne), co przełoży się np. na utrudnienie relacji komercyjnych (np. w zakresie szkoleń i kursów prowadzonych dla firm) oraz na dalszy odpływ klientów (a przynajmniej wzrost strategii zachowawczej „poczekam”);
– wewnętrzny chaos w sektorze (ruchy wśród uczelni, zachwianie rankingów, niepewność systemowa, brak zaufania do innych instytucji);
.
Nie tylko Ministerstwo i politycy powinni domagać się wdrożenia dokładnych i upublicznianych kontroli „due dilligence”, ponieważ ilość interesariuszy którzy mogą ucierpieć jest dramatycznie większa niż ego kilkudziesięciu właścicieli maskujących chore instytucje. Niestety, Ustawa wymaga wielu rzeczy od uczelni państwowych, ale już nie od prywatnych – a w tym segmencie sektora będzie najwięcej najszybszych upadków – ten czy inny uniwersytet, nawet z kilkudziesięciomilionowym długiem może przetrwać.
.
Dodatkową kwestią jest umiejscowienie upadłości w aktualnych rankingach – jeżeli padnie uczelnia #73 czy #98 to nikt nie zauważy a media (raczej lokalne) uzasadnią to słabą lokalizacją i nadmierną konkurencją z dużych miast i darmowymi studiami na uczelniach panstwowych. Ale jeżeli padnie uczelnia z pierwszej 20tki, ulokowana w dużym mieście (najczęściej dużym ośrodku akademickim), istniejąca od 15+ lat, to efekt będzie dramatyczny, ponieważ zachwieje się pierwsza 40tka rankingu, od góry do dołu (całkowita utrata zaufania klientów). Marka z reguły równa się sukcesowi i stabilności (lub vice versa), więc taka zapaść wymusi radykalne przeorientowanie świadomości polskiego społeczeństwa nt. tego czym jest, może i powinna być „uczelnia”.