Degree equivalency is a lie

As I spend more and more time in various countries, working with institutions and people of different academic levels, and as I experience the immense universe of students (from the few best, brilliant minds to the dark-grey sea of mediocrity and hopelessness), I am coming to one depressing conclusion.

While Bologna is being hailed as the key building block of academic internationalisation, it brings with it an immense danger of confused degree equivalency – degrees of the same “level” are seen as “equal” allowing students entry onto higher qualifications regardless of their original education. So, a BA from Romania is the same as a UK degree. And so on…

The problem of mistaken degree equivalency is one of actual educational quality – the end result of the educational process that is not a set of generic learning outcomes but real knwoledge-in-the-head. Here lies the crux – just because someone receives a degree in a third-world state does not mean they have the same level of knowledge, experience, hell, even academic skills, as those coming from more academic nations. My favourite group are the Asian students who, in their thousands, pursue “MBA” degrees that have nothing in common with…real MBAs – those difficult degrees for senior managers taught by the best academics and not just addiitonal “Masters-type” qualifications of little impact on actual management knowledge. When combined with hundreds of weak institutions offering such “education” we can now define the MBA market as effectively “poisoned”. A second group are the third-world academics seeking glorious employment in Western universities based on degree-level-equivalency (level 8 NQF for PhDs) and using NARICs certificate as proof of competence (when, in reality, the NARIC certificate only talks about “being similar to a UK qualification” in terms of levels but not content and quality).

So why is there no real standard? Probably because expecting quality would reduce the recruitment of international students. Yet, it is illogical, as recruitment of substandard individuals holding laughably-low academic qualifications from countries that have low or none standards actually poisons the academic environment of the accepting institution… Yes, yes, everyone should have the same chances, bla bla bla, but some have spent more time, effort, intellect and money on gaining their education, only to find themselves surrounded by those… others. When does the destruction-through-mediocrity of all things sacred end?

True, there are systems for rejecting the worst offenders – for example UK unviersities have classifications of degrees by country, university, degree, from which they accept candidates (and from many candidates are rejected outright as detailed analysis exposes the sheer illusion of “education”), while NARIC does its job of analysing equivalencies, however I strongly believe that the sheer scale of possible graduate profiles is so huge that more controls are needed. I will remember for ever Nepalese graduates of a local “BA in Politics” (I was interviewing candidates in Kathmandu for entry onto my masters degree), who did not know the difference between democracy and totalitarianism, despite “you know sir, studying, hard, for three years on that, politics, you know, course”.

More differentiation, more control, more analysis, precise and extensive rejection tables, acceptance conditions and accept/reject decision logic trees are needed. Otherwise, those of us with a decent education will soon be surrounded with substandard competitors holding paper qualifications at same level. And thus, identification of proper and improper degrees will be left to the marketplace, but that is much too late in the production cycle. There is no real degree equivalency. UK and USA education beats all.

Tysiąclatki, czyli 1000 szkół na 1000 lat

Za dawniejszych czasów szkoły podstawowe wyglądały identycznie, dzięki komunistycznemu programowi tzw. „tysiąclatek” czyli ambitnego planu uczczenia tysiącletniej historii Polski poprzez budowę tysiąca szkół. Znacie je dobrze z każdego miasta. Okna z dwoma poziomymi poprzeczkami i lufcikiem, szarym betonem na zewnętrznych ścianach oraz (dosyć częstym) wejściem przez podziemia.
.
Ja zaliczyłem takich szkół aż trzy (z racji zmiany miejsca zamieszkania – w tym samym mieście, ale odległość pomiędzy dzielnicami wymuszała zmiany szkół). Do każdej dowożono mnie autobusem szkolnym, oferowanym za darmo przez władze miasta, w którym dzieci uczyły się kilka kilometrów (albo i więcej) od miejsca zamieszkania z racji niespodziewanego wzrostu populacji – przypisywano wtedy całe osiedla do innych niż najbliższe szkoły i dzieci spędzały pół godziny rano i po południu zgniecione w zakrzyczanym Ikarusie.
.
Podziemne szatnie były naszym królestwem – nie zapuszczał się do nich żaden wychowawca ani nauczyciel, by nie stracić słuchu od rozwrzeszczanej menażerii kłócącej się o wszystko: od koloru worków na kapcie, przez kto ma powiesić kurtkę na którym haczyku aż po znęcanie się nad woźną. Ta ostatnia miała przerąbane, szczególnie gdy (sama sobie winna) zapastowała podłogę, która natychmiast zamieniała się w lodowisko: kapcie + pasta do PCV = rozkosz olimpijskiej jazdy na łyżwach. Skręcano kostki, łamano ręce, poleciało kilka zębów, ale byliśmy na naszych zamszowych panczenach szybsi w okrążeniu „toru” od polskiej reprezentacji panczenistów na igrzyskach w Moskwie.
.
Zaraz za szatnią czyhała derektorka, a raczej jej wicka. Z kajetem, robiąca notatki o tym kto co ma nie tak, wywołująca nieposłusznych na dywanik, trąbiąca o spokoju i porządku jak megafon an Dworcu Centralnym. Młodziki zostawali na parterze, średniaki (4-6 klasa) na pierwszym, a najstarsi lecieli na zajęcia na drugie piętro. Każde piętro było identyczne: łamane schody na obu końcach, a pośrodku seria klas z jednej strony (ich okna wychodziły na ulicę, więc było co oglądać podczas zajęć), kilkumetrowej szerokości korytarz na przerwy (dużo osób siedziało na podłodze pod klasami) i ogromne okna na boisko. Na jednym końcu były toalety a na drugim pomieszczenia gospodarcze i administracyjne. Niektóre szkoły, w tym moje, miały jeszcze półpiętra, chyba dobudowane później, w których mieściły się sale techniczne: do chemii (niebezpieczne odczynniki), ZPT (maszyny i maszynki mogące odciąć palce), biologii (kościotrupy, trupy w słojach, jądra w próbówkach), fizyki (kurki z gazem), czyli wszystko co mogło wylecieć w powietrze.
.
Wszędzie były podłogi z PCV (szare kwadratowe płytki na gumowym kleju), które odchodziło w tych samych miejscach z nudną regularnością (lub pomagaliśmy w tym nogami). Za to wszystkie schody zrobiono z lastryko – pseudo kamienia, taniego, znanego wszystkim z nagrobków na polskich cmentarzach. Do dzisiaj nie zdecydowałem która powierzchnia była bardziej zdradliwa i bolesna…
.
Sale oblepione były plakatami i projektami, z godłem nad tablicą, bez żadnych krzyży i innych ozdóbek. Sale przypisane były do przedmiotów (chyba tak jest teraz?), więc migrowaliśmy co 45 minut od królestwa do królestwa, odwiedzając kolejnego Torquemadę.
.
Wywoływanie do odpowiedzi, zawstydzanie niewiedzących, niezapowiedziane kartkówki, publiczne omawianie oblanych prac domowych – ci „nauczyciele” potrafili zniszczyć każdego. Tych dobrych, utalentowanych, oddanych swojej pracy zawsze było mniej od terrorystów i strażników więziennych. Ale też, patrząc na moje bandy klasowe, nie ma się co dziwić… Moja najbliższa/najlepsza banda uwielbiała nauki ścisłe – wykuty i zrozumiany materiał gwarantował dobre oceny, nie do zaniżenia przez nawet najbardziej niechętnego nam nauczyciela. Humaniści gnoili nas najbardziej, wymagając debilnych interpretacji tego czy innego wiersza lub książeczki. Z roku na rok wojny były coraz ostrzejsze – wyśmiewaliśmy co się dało, bo nie było innej metody na znoszenie nielogiczności i (często) czystej wredności niektórych. Pomiędzy ławkami krążyły karteczki z debilnymi tekstami:
– O czym myślał Bolesław Prus, siedząc w ciemnym biurze, bez dewiz na koncie, a pisząc „Placówkę”?
– Na którym piętrze mieszkał „łysek”?
– Gdzie rozgrywa się akcja „Nad Niemnem”?
.
Wszystkich rozwalała nauczycielka polskiego z Mazur, zaciągająca lokalną gwarą, a raczej „zaciągająco lokalno gwaro”. Dla dzisiejszych młodziaków notka – wtedy jeszcze przypisywano wagę do poprawności językowej, i nawet lektorzy w radio (nie radiu) i TV mówili wyłącznie dobrą polszczyzną. Przy okazji, „szacun” dla prof. Miodka (ponoć jeszcze żyje na jakimś kiepskim kanale tiwi).
.
W tysiąclatkach lat osiemdziesiątych bito linijkami po łapach, szydzono z robiących błędy (bo nie było dysleksji tylko debilizm i lenistwo [rodziców, że nie nauczyli używać prawidłowej łapy]), mańkuty były dziwakami, a współcześni ADHDowcy byli po prostu pieprznięci i trzeba ich było stawiać do kąta, gdzie „stygli sobie” stojąc tyłem do reszty klasy. Leczenie ADHD i ADD odbywało się w szatni i na boisku – kilku brało delikwenta i przestawiali mu w głowie pięściami. W jednej szkole mieliśmy również tych z pobliskiego domu dziecka – bili równie często jak byli bici. Nie skończyli dobrze. Bito się wszędzie, przepychano, znęcano, wyśmiewano, dogadywano, przekrzykiwano. I jakoś wszyscy żyją. Ale nauczyciele mieli spokój i szacunek, nawet jeżeli nie należny to wymuszony.
.
Tysiąclatki to również okres dorastania: dawny dobry system dawał nam 8 lat na budowę przyjaźni, wrogości, pierwsze randki, dyskoteki, pierwsze związki, zdrady, odkrycia, dojrzewanie, dorastanie. I skrzywiony kręgosłup od tornistra wraz z częstym zadzierzgnięciem od worka na kapcie. No i moje pierwsze popłakanie się ze śmiechu, będąc świadkiem dialogu:
ON (zawstydzony): „Chcesz ze mną chodzić?”
Ona (pewna siebie): „A co, sam się boisz”?
ON (ogłupiały): „Ale… ja nie na żarty”
Ona (bezwzględna): „To idź się nażryj”
.
„WueFisci to sadyści”, to hasło aktualne chyba nawet dzisiaj. Zawsze fascynowała mnie koncepcja wysiłku fizycznego w trakcie dnia, bez możliwości zmycia z siebie potu i brudu (turlanie się po podłodze, debilne skakanie przez skrzynię, itd.). Ale bez nich nie skoczyłbym spod dachu hali (cirka 8 metrów), nie przebiegł sprintersko 60m i nie wylądował w milicyjnym klubie piłkarskim w drużynie młodziaków (spotter wyhaczył mnie podczas mistrzostw miasta, jak dzielnie stałem na bramce). Zagwarantowali też złamania, skręcenia i blizny, szczególnie od czasu wprowadzenia gumowanych podłóg, na których nie dawało się ślizgać.
.
Ehh, szkoda, że nie została mi tarcza z mundurka.

1376995557_by_karlosik12_500

Weterani wojenni – nasz wspólny problem [repost]

Oryginał ukazał sie w 2011, ale pochłoneła go Amba serwerowa…

Obserwując śmieszne ambicje mocarstwowe naszych politykierów, trudno nie zauważyć kolejnego wątku niekompetencji naszego państwa, jego instytucji i systemów.

Nasze proamerykańskie polityczne zwierzątka z wielką lubością wplątują nas w coraz to kolejny konflikt wojskowy na terenach gdzie polska racja stanu ma takie znaczenie jak moje pragnienie rządzenia Libią. Wysyłamy tysiące żołnierzy, tysiące ton sprzętu, a nawet okazjonalnie wywiosłujemy jakiś nasz „okręt”, czyli kupę złomu oddaną nam, bo było taniej niż zezłomować (za dawnych czasów to się nazywało „celem treningowym artylerii morskiej”). Nasi politycy lekką ręką wydają miliardy z naszych podatków na zabijanie ludzi którzy nam nic nie zrobili, w krajach gdzie nawet polskie biura turystyczne nie wyślą różowych Barbie ani łysych w klapach. Marnują miliardy które powinny zostać wpompowane w szkolnictwo, zdrowie, postęp technologiczny, i robią to bez podania nam jakichkolwiek spójnych teorii, modeli geopolitycznych, poza Chicagowsko-Jackowskim uwielbieniem hamerykanów i ich imperialnej polityki służącej wyłącznie zachowaniu cen ropy na hamerykańskich stacjach benzynowych by się grubasy nie wsciekały. Brakuje mi ciekawego modelu/uzasadnienia nad którym mógłbym posiedzieć i pomysleć.

Nasi żołnierze giną, bo takie są prawa natury i rachunku prawdopodobieństwa w przypadku gradu pocisków lecących ku głowie z prędkością 1100m/s lub eksplozji IED rozprężającej się z prędkością 3000m/s. Co jakiś czas zjeżdża do kraju kolejna owinięta flagą trumna a politykierzy, z charakterystyczną sobie obłudą, gadają pierdoly i rzucają slogany godne kreskówek z gumy Donald. Rodziny dostają żałosne ubezpieczenia, bo ich synowie nie lecieli w pijackiej CASAie ani nie wybierali się niepotrzebnie do Smoleńska.
Niemniej, zwłoki mają to do siebie, ze są binarne: jak ich nie ma to nie ma problemu a oddychające pre-zwłoki płacą podatki, ZUS, itp. Zwłoki-zwłoki to krótkoterminowy problem który ma to do siebie, że szybko gnije, przykryty płytą kamienną na cmentarzu. A wiec problem jest krótki jak zajawka w TVN24: trumna+flaga, powitanie, peany, do ziemi, wypłata, zapominamy.

Jako pasjonat historii, musza zadać pytanie: czy jesteśmy jako państwo gotowi na „żywe konsekwencje” wojen w których się udzielamy? Co dzieje się w Polsce z weteranami?
Ciekawi mnie z kilku powodów:
– Powracający do USA bohaterowie z II wojny światowej, a nawet Korei, byli witani jak wybawcy a państwo miało możliwość pomoc mi zakalimatyzowac się ponownie do życia;
– W przypadku wojny w Wietnamie już tak nie było i powracający byli wypychani ze środowiska z którego wyjechali a ranni trafiali w system żałosnej pomocy medycznej. W sumie, ogromna liczba trafiła na ulice i do „ruchów alternatywnych” (włącznie z zakładaniem większości gangów motocyklowych które działają do dziś);
– Żadne państwo nie uznaje „Gulf War Syndrome”, gdyż wtedy musiałoby wydać miliardy na leczenie i odszkodowania dla ludzi których to samo państwo wysłało do Iraku(1) bez odpowiedniego przygotowania;
– Anglia po Iraku i Afganistanie ma nowy problem: w mediach padło niedawno przerażające stwierdzenie: „w dowolnym brytyjskim mięście jesteś nie dalej niż 100 metrów od bezdomnego weterana”;
– Niedawno czytałem straszny artykuł o zmianie obrażeń wynoszonych z nowych konfliktów: o roli fali uderzeniowej w tworzeniu zmian mózgu, które nie są diagnozowane bo dotyczą tych co przeżyli wybuch, nie mają ran (widocznych) a nikt się nie interesuje długoterminowymi efektami wstrząsów na umysł i mózg jako komputer sterujący ciałem.
Wielkie, zaawansowane, bogate kraje nie dają sobie rady z weteranami: ich ilością, zróżnicowaniem i srogością ich problemów medycznych, problemami psychicznymi, rozpadem rodzin, przestępczością.

24713_rot

I jak da sobie rade nasze malutkie państewko z politykami którzy nawet nie potrafią autostrady zbudować, biurokratami zatrudnianymi przez pociotów i lekarzami którzy pracują na 16 etatach? Czy nas tez czeka rosnąca grupa wyrzutków społecznych, opętanych demonami wojny, cierpiących na drogie w leczeniu schorzenia, których wyrzekli się wszyscy?
Jeszcze nam tego brakowało, by do naszych mafii wstępowali weterani, znający się na zaawansowanej broni, nie bojący się gradu pocisków i umiejący zabić przy pomocy plastikowej łyżeczki. Malo nam było w czasach gdy ex-antyterrorysci szkolili gangsterów za kasę, lub ex-komandosi wspierali jedne i drugie mafie w ich lokalnych wojenkach?

Oczywiście, ten problem zajmie parę lat, a wtedy żaden z aktualnych decydentów nie będzie już przy żłobie. Ale może weterani zapamiętają tych co ich wysłali do piekła i za parę lat przypomną o sobie pod domem tego czy owego? Jak im pikieta nie wyjdzie to niech przynajmniej felgi zabiorą — i tak będą kupione z naszych podatków.

Zobaczmy jaki efekt odniesie najnowsza próba uregulowania tych kwestii podjęta przez polski rzad. Tutaj jest informacja ze Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza granicami kraju.

W 2012 pojawił się pierwszy glosny medialnie case

and a little moment from my favourite band

Blokowisko ‘84

W 2011 i 2012 mieszkania z wielkiej płyty powróciły do łask w większości miast – kupujący odkryli, że kamienice to może i romantyczne miejsca, ale nie zapewniają szerokiego asortymentu usług, miejsc do zakupów, itd. Wielka płyta to też inna konstrukcja, przez która przechodzi mniej dźwięków, zapachów, oznak życia sąsiadów.

Oczywiście, te budowle mają swoje wady, dobrze pokazane w serialu Alternatywy 4: rury biegną jak chcą (kładli je po pijaku), ściany nie trzymają pionu, tynki są zrobione raczej z piasku niż z… tynku, no i wszędzie stoją ściany nośne, 25-centymetrowe żelbetowe monstra, które trzeba wysadzać bo wiercic się nie da.

1983_Alternatywy4_Spisek1

Moja rodzinna hawira to było duże jak na tamte czasy mieszkanie w 12-pietrowym molochu otoczonym podobnymi, ale w innych kolorach, jakby najarany artysta przekonał prezesa spółdzielni, że tak będzie lepiej. Nazwy ulic zmieniały się w dziwnych miejscach, jakby pijanemu kartografowi obsuwał się długopis. Blok koło bloku koło bloku a każdy był na innej ulicy, co przyprawiało nowo przyjezdnych o istną kurwicę, nawet ogłupiając początkujących listonoszów. Blok był „wojskowy”, bo wtedy budynki przyznawano „resortom” (dzisiejsze „ministerstwa”) i tam rozdawano mieszkania najbardziej potrzebującym, mającym największe plecy, itd. Bloki obok to była milicja (największe bandziory tam wyrosły), kolejarze, samochodowcy. Myśmy się załapali przez inne „plecy” i stąd dobry budynek i fajne mieszkanie.

W tamtych czasach, od mojego bloku do lasu szło się kilometr. Dzisiaj lasu nawet nie widać, a na „osiedlu” (jednym z pilotażowych dzieł późnego komunizmu) przybyło chyba ze 150 000 ludzi.

Ludzie wprowadzali się od 1982, ale dopiero pod koniec 1984 blok zgrał się w jedną społeczność – przy (wtedy popularnym) braku wody, wszystkie rodziny chodziły do pobliskiej szkoły by stamtąd dostać po kuble. W windzie było jak na basenie, klatki pozamarzały od rozlanej wody, a na schodach z przodu jeździły nawet staruszki. Ale, stojąc w gigantycznej kolejce (my i pięć innych bloków), wszyscy się poznali, dowiedzieli kto co robi, ten tamtemu pomógł zanieść wodę do domu. W międzyczasie wyszło na jaw kto co pędzi w domu – chodząc po klatkach nie dało się uniknąć wąchania smrodu bimbru. Po 3 dniach bez wody, połowa bloku była nawalona już koło 18ej, w ramach szeroko rozumianej „pomocy sąsiedzkiej”.

Zabrudziowana wspólnota (duchowa, nie prawna) służyła wszystkim. Mieszkań w bloku było prawie 100, więc mieliśmy statystyczny rozkład wszystkich umiejętności i kontaktów i praw dostępu, niezbędnych by dać sobie rade w epoce chronicznych niedoborów. Major wywiadu, wywiadywał się kiedy rzucą mięso do lokalnego sklepu, zona pułkownika miała szwagierkę robiącą w papierniczym, więc info o papierze docierało do naszego bloku ze strategicznym wyprzedzeniem, a syn jednego z niższych szarżą był masarzem u prywaciarza. Dodajmy ciecia donosiciela (jego oficer kontrolny mieszkał dwa bloki dalej, w bloku „SB” ale ciec o tym nie wiedział), szefa mechaników z jednostki lotniczej i życie toczyło się nieźle (przed blokiem był istny warsztat).

Znali się wszyscy i wiedzieli o sobie wszystko. Nie było ruchawek właścicielskich, bo nie było mieszkań/domów do których MOŻNA się było wynieść. Siedzieli wszyscy w tym bloku aż do polowy lat 90ych, kiedy dopiero pojawili się nowi, dorobkiewicze. Niby wielka płyta maskowała dużo, ale i tak wiedziano co się u kogo dzieje, kto się z kim kłóci, czyja żona się puszcza, a czyje dzieci są niegrzeczne. Dzieci plotkowały dużo, chwaląc się lub gnojąc innych (nie zawsze to samo), a że wszyscy chodziliśmy do tej samej szkoły dzięki przydziałom geograficznym z Ministerstwa, to trudno było „uciec z dzielnicy” (emocjonalnie, intelektualnie, informacyjnie) nawet kiedy szkoła była na drugim końcu miasta i wożono nas „autobusem szkolnym” który podstawiał MZK (za free).

Budowlańcy zostawili po sobie bloki (źle zrobione), wąskie uliczki wylane asfaltem i donice dookoła bloków w których nic nie rosło. Teren pomiędzy blokami wyglądał jak po D-Day, aż jeden z drugim działkowiec amator nie wzięli się do roboty. Małe łopaty zastępowały duże koparki i powoli, bardzo powoli, teren się zmieniał. Potem pojawiły się pierwsze krzaczki i małe drzewka, przywiezione z tej czy innej wsi. Dbali o nie wszyscy poza gówniarzami, ale ci byli zawsze na oku – w tym lub tamtym oknie siedział pan i obserwował podwórko, drąc się na wandali i rzucając w nich czym miał pod ręką. Te same drzewa dzisiejsze spółdzielnie wycinają w pień, argumentując, że były zasadzane bezprawnie i nie były „sadzone planowo” – jakby wtedy ktoś o tym myślał. Tylko, że tamte drzewa i krzaki przyozdabiały pokomunistyczne osiedla przez 30 lat i nikomu nie przeszkadzały poza jedną z drugą znudzoną babą ze spółdzielni. Bez tych samowolek sadzonkowych nie byłoby dzisiejszego „klimatu” tych osiedli, czegoś co brakuje w nowych wychuchanych pseudo enklawach.

Ponieważ lata 80e to okres rozwoju przedsiębiorczości, w okolicy powoli zaczęły się pokazywać sklepiki – głownie tzw. „warzywniaki” handlujące warzywami ale i wszelkiego rodzaju mydłem i powidłem. Podejrzewam, ze najłatwiej było uzyskać pozwolenie na taką działalność, a pod nią prowadzono to o co naprawdę chodziło. Sprzedawcy znali każdego, często dawali na krechę (dzisiejszy „zeszyt”). Tylko alkohol pozostawał w dużych sklepach, poza opisanym wyżej bimbrem wszelkiej maści – do dzisiaj jestem dumny z wyhodowanego prze mnie po-bimbrowego żyta na zajęcia z biologii, które w niezrozumiały dla pani nauczycielki sposób było bardzo poskręcane i wołało rosnąć poziomo.

Pracowali, pili, bili, jedli, mieli dzieci. Dużo się działo, ale nie za dużo ciekawego. Przynajmniej do końca lat 80ych. Co poniedziałek Zenek spod 15tki gonił nagusieńką żonę po osiedlu, machając siekiera i drąc się wniebogłosy (on, bo jej płuca potrzebowały tlenu na ucieczkę). Dzielnicowy przychodził co dwa miesiące, bo wtedy miał obietnice od lokalnych watażków, że ci mu nie wklepią. Mleko i bułki dowożono do domu, a nikt tego nie kradł sąsiadowi spod drzwi. Dostawcy zostawiali dostawy pod sklepem, więc poranny kac można było załagodzić świeżym mlekiem spod kapsla. Wódkę kupowało się na talony lub za dolary od rodziny. Wszyscy chodzili do tych samych szkół i mieli tych samych nauczycieli. Pary trwały latami bo nie było alternatywy. I wszyscy przesiadywali albo na podwórkach albo w domu, i można było mieć życie towarzyskie z prawdziwymi ludźmi.

A najśmieszniejsza była przepowiednia, że wielka płyta postoi 20 lat i potem trzeba będzie to wszystko zburzyć, bo stanie się niebezpieczne dla mieszkańców. Tyle ton żelazobetonu postoi dłużej niż niejedna kamienica, a w międzyczasie ludzie wpompowali w swoje mieszkanka tyle kasy, że nikomu się nie opłaci nic zmieniać. A po cichu, suchy żelazobeton, nabrał kolorów, otoczył się roślinnością i usługami, poprawił się dojazd do niego i ludziom żyje się dobrze. Szkoda tylko, że duża rotacja zabija historie tych osiedli.

Poisoned postgraduate market

The postgraduate market in Poland is broken, badly.

The HE Law allows institutions that possess BA rights to develop and sell programmes below Masters level: the post-graduate 180-hour long programme, after which graduates receive a diploma of completion (PgDip). Interestingly for UK readers, there is no division into certificates and diplomas. Schools are expected (and allowed and checked) to develop programmes within their areas of specialisation: those possessing BA in Economics rights cannot run programmes in accounting or management and vice versa. Of course, most go around this rule by creatively naming their programmes, so that abovementioned economics-rights holder would offer a post-grad programme not in “management” but in “economics of company management”. Maybe, one day, the Ministry will get wiser (or less lazy) and check these programmes and ban a few institution – the course structure clearly indicates the modules and desired learning outcomes, even if the name is….different.

Everyone and anyone offers these programmes, keen to access the one remaining cash-rich market segment: mature students who need to gain these diplomas to assure professional advancement, but do not need/want MAs (or, in case of most Poles, already have them), or are trying to shift their career/specialisation away from their original degree(s). These programmes are offered in weekend mode, and thus an institution can expect students to come from further away – however this is true only for the truly well-respected and highly-ranked. Others, including those from the 70-80-90th places lure only locals, and those (probably) too poor or lazy to go elsewhere. The Ministry needs to be notified, but the programmes are created within the institution and approved by the appropriate oversight body (mostly, a Faculty Board). The Ministry steps in only in cases of outright crisis. A leader or idea-generator puts together a set of subjects, and assembles a team of subject “masters”. Sounds grandiose. And is. In many cases, there is no idea “man”, but a victim ordered to bring in more money to the institution, or someone who is lacking in subjects to complete contracted teaching minimums. Often, the author assembles subjects not through their content, but by giving friends teaching hours – then the programme description reads like a drunken snake trying to sound sober, with sentences lifted and pasted in haphazard places, to make a sensible-sounding justification for the offer. Hours vary, from a 2-hour subject to 20+, depending on the need for the topic, power of its teacher to demand high hourly contact or goodwill of the designer.

In many cases the lecturers have little practical knowledge, sometimes the students happily embarrass the instructor, having come in from the real world and meeting a pimple-faced theoretician educated in a surreal public university with lecturers 90-or-older. Only in the top institutions, do students experience a true awakening and epiphany, exposed to top-class instructors with real-life experience and an extensive academic/research background, backed by an ability to convert theory into practice and vice versa, while incorporating the comments, ideas and experiences of the students (rarely BA-holding “virgins” with no industrial experience).

The students themselves are rarely crème-de-la-crème, highly motivated, talented, able to input the required amount of work. In most cases they are overworked, stressed, annoyed (at doing the programme, wasting their weekends, etc), and have bad attitudes infused by previous institutions or programmes. There are two important market segments (and client profiles): those who are required to continuously update their skills and thus have little real interest in the programme, its contents, lecturer skills; those shifting qualifications, but not willing to undergo the standard brutality of BA+MA re-tooling, and who are interested in a fast return-to-investment. The, there are those “unspoken of” – sneaky individuals who pursue any available PgDip – we will return to those in a minute.

A PgDip is reasonably priced, at around 4000PLN for its one year of weekend efforts in listening. Prices vary from 2500 in crappy locations or for truly-dodgy products to 8000 for programmes offering prestige, true knowledge or a recognised qualification. But, 4000 would be the national average for the 180 contact hours. So, it is about twice the average (net) monthly income in Poland – a decent expenditure, to be considered in advance with careful analysis of all pros and cons. In most cases this expenditure is carried by the student, with few companies willing to pay the fees (exceptions: professional/international qualifications or key/specialised knowledge).

The EU has dropped a dog turd price bomb into the market, by allowing funding to be allocated to institutions developing and offering PgDips – the Union is keen on improving of qualifications, enhancing employment chances of the unemployed and enhancing the skills of grannies, teenagers, 50+s and anyone else who looks like an oppressed minority. Millions have been given out to schools, which prepare any combinations of subjects with an impressive programme name, just to get the money. Academic knowledge passing, learning outcomes, even professional ethics (don’t offer something you just read about yourself a day earlier) all go out the window, in a climate of reduced intakes, a decade-long demographic low and an inability to raise research revenues.

The Union has destroyed the market: it has funded the creation of countless crappy programmes, increasing competition for the prestigious, high-quality providers; it has allowed weak institutions to continue living in a market favouring their speedy demise (as signalled by the drop in full-time and part-time BA/Ma students); it has funded the creation of many useless programmes (created to be “unique” in a way that makes them useless in real-life work) and providing work to useless staff. But, most importantly, the precondition of these programmes is their provision at ZERO or much reduced fees (the Union frowns on schools taking its money for developing a programme and then charging full/real fees). As a result, there are now hundreds of PgDip’s offered at ZERO or minimum tuition (10% is the norm). And as a result #2, the average client is looking only for EU-funded (understood as “free”) programmes and is unwilling to consider a good, up-market, knowledge-heavy offer that is FULLY-priced. With the upcoming cuts in EU budgets, funding for such things may be cut swiftly, however the client has been poisoned for a long time, and it will take a lot of changes to make people consider fully-priced PgDips en masse.

These free, useless and widely-available programmes bring me back to the sub-class of student: consumer of all. Paying nothing or a few hundred PLNs (zlotys), these individuals have started a collectible frenzy, completing 3, 5, 10 programmes of various titles (and, assuming some rationality, content), picking up little, taking places from the much-more-needy (or more deserving) and, definitely, poisoning the employment market – which HR manager can now take seriously a prospective employee with 3 (tough, expensive and hard-to-study) completed programmes and differentiate that candidate from a post-grad industrial parasite that has “completed” 3 or more post-grad programmes sponsored by the EU (I personally know of someone having done 8 programmes, from accounting to law)?
Thanks Brussels…

The NEXT global crisis / bubble: insurance

Remember one fundamental truth: there is NO global warming (buhahahaha, or other evil laughter ). The weather changes are random and there is NOTHING we can do about it. Or so the right wingers and global masters claim, guzzling petrol, not paying taxes, stealing our money and eating babies.

In the world where “climate does not change”, an American agency for atmosphere and oceans (NOAA – Not Ordinary Annoying Agency) published some data that this year the US was blessed with twelve climate crises costing the taxpayer 1 billion USD EACH. The number of sub-billion-dollar catastrophes (shhhh…blessings) was not given, but we can assume that a few more occurred and more dollars got forked out to those affected.

Having just renewed insurance on my apartment, it got me thinking. Insurance is another mathematical betting game, where the insurer gambles that it will collect more in revenue from dispersed insurers than pay out to those negatively affected by misfortune. Some fancy mathematical modelling there, spreading the risk (bets, anyone?), analysing patterns and where necessary raising premiums to cover increased outlays (as did the insurance industry after 9/11 to offset the massive payouts post-WTC to everyone affected-and-insured).

Now, here’s my quandary: the USA is an enormous country with multiple climates, time zones, major differences between north-south and east-west, two oceans and some massive lakes&rivers. And a puny building technique where houses are made from cardboard. So, we have a continent just begging for God’s wrath: a tornado here, a flood there, forest fire here, earthquake there. Now, just about anything and anyone is/are insured from (against) THEIR particular mishap, but when the number of such tragedies increases as does the typological and timeline spread of such tragedies, because there is NO global warming (buhahahaha), then the mathematical models of insurance companies go out the window (unless a tornado took it out first).

So, insurance companies are finding that they have to either: increase premiums, reduce (or deny any) payouts through cheating on contract and definition interpretation, reduce their profit margin (oh, the horror!!) or transfer the burden onto others (by going global and finding insures in countries where less bad things happen and stealing their premiums to pay the Americans). The problem with increasing premiums is that it changes the risk-versus-reward calculation of policy-holders and one by one they begin to drop out from the system: a poor famer here, a sneaky company owner there, further reducing the amount of money available to pay out to those who remain. Now, the globalisation option (buying insurers elsewhere, reinsuring on global markets) would be useful IF there was no global warming and no weather patterns changing everywhere (and since there is no global warming…buhahahaha).
So, where will the insurance companies get money for their payouts? And, of course, if these are stock traded companies when and how will their cash shortfalls become public knowledge? Will we find another leverage pyramid with trillions stolen (paid out in commission and consultancy fees) and the government (e.g. the same citizens who paid already in insurance premiums) left to pay off the massive debt (by the way: debt to WHOM)?

Food for thought: in Canada (I seem to recall), they tried to institute a no-fault car insurance system administered by the state: every accident gets a “it’s not your fault” payout and the rates would have been lower than in the commercial version. The model was killed by “the business” as insurance companies yelled bloody murder for potential loss of profits from poor suckers (e.g. drivers forced to pay for mathematically calculated/inflated premiums).

Food for thought 2: my apartment’s insurance policy covers (or so they promise) to pay for damage to the roof incurred from a blast wave (I kid you not). Now, as I understand the causal factors of a blast wave, there are 3 major ones: major explosion of some plant (chemical, nuclear, or maybe something like the Hungarian red mudslide disaster?); meteor entering the atmosphere (at that point I won’t care about my roof as if it has a blast wave affecting ME, then it is also landing ON me and squashing ME) or the most logical and probable: supersonic wave from a passing plane. Now, in the third case, the only planes that are supersonic are military and even they do not fly above mach 1 in peacetime and beyond military training grounds. Only in combat (e.g. WAR?????), so if there IS combat over my house, then (again) who will care about the roof getting blown off? But, I am sure that the premium contains some $$$ to cover that eventuality anyway. The last case is a nuclear detonation, but that is… WTF!!!!!!

Food for thought 3: After “Deep Impact” and “Armageddon” came out, enterprising insurance salesmen started selling asteroid insurance (“in case your house gets damaged”). Probability and Fate being what they are, one house DID get damaged by a rock from space, but upon claiming the payout, the policy-holder was politely informed that an asteroid upon entering the atmosphere becomes a meteorite, and his policy did NOT include those.

I might be getting older, but my mind increasingly leans towards the Texan form of insurance: AK447 and a bunker. Screw the mathematical freaks and their useless models. I hope they get fat on our money today, so we can eat their bloated bodies later.
Don’t invest in insurance products… buy gold. Even in Costner’s “Waterworld” people would know what it is (and use it for teeth).

Shameless – US is OK, but UK blows away

I got hooked on Shameless, the American version, currently waiting for its 3rd season. The family is a bunch of crazy losers, fighting for every day, making pitiful amounts of money to buy the cheapest products that even the Chinese would ignore, fighting their additions and weaknesses while breeding like rabbits.
.
The actors for the US version were amazing. The Dad, an actor of nearly-Oscar stature, drives the show with his drunken “loserness”.
.
However, I then discovered the British version – as with many amazing TV show, it was the Brits that conceived and implemented the idea. Shameless UK is a 9 season story, meaning that the Americans have a lot of seasons ahead of them. The UK version (original!) of the father, although less known, is even better!
.
It is a hard show to watch in “marathon” mode, watching episodes one after the other – I survived 3 seasons at one go, over a few days, but then I had to take a break, coming back to the next seasons after a month-long break. Why? I missed the crazy crazies.
.
The UK version is deeper – although the US version shows similar lumpenproletariat lowliness of existence, the UK version is more dark, depressing, soggy, downtrodden. It reeks of Manchester, the unemployed for decades part, and such an atmosphere is difficult to replicate in the US. Even the accents are worse in UK, and anyone who has heard the real tongue will appreciate the depths of the UK show. Interestingly, I wonder how many non-native English speakers watched the UK version and grasped the words, terms, social and cultural and local inferences? I found the US version much easier, maybe because it is aimed at a simpler (??) audience that cannot understand (and thus appreciate) the accent-context?
.
I have mixed feelings about the show, and maybe that is why it draws me in every time.
.
They are amazing losers, people forgotten by God, fate and state, descending with each episode lower into the definition of whatever bottom-feeding-scum that can be found in the Devil’s dictionary. Drugs, alcohol, thievery, hard crime, violence, betrayal, failure are the standard issues in their daily lives. Cheating and stealing are not just limited to the outside world, as the family does the same to each other, close friends, etc. Crime lords, crazies, criminals, psychos surround them, adding mayhem to their lives.
.
At the same time, there is something sweet and optimistic. These are humans at the bottom of the social scale for whom, it turns out, blood is the only determinant of (whatever remaining) loyalty. They are the gang of crazies out against everyone else. There is love (twisted, psychotic, supremely emotional, irrational and unpredictable) that powers them along, gives them strength in time of ultimate doom, while the closely-knit universe of a few people (dozen?) is faced with the challenge of taking on the entire world. They somehow survive.
.
Knowing how the world really works, enforces the simple message of that show: blood is thicker than everything else. There is no escaping family.
.
A lesson for us, in Central Europe, filled with lovers of the Vodka fluid, is interesting: just like the father in Shameless, every alcoholic loser can utter reality-altering philosophical sentences that explode your reality. If it is not him/her, then similar sentences can be provided by the scarred children. In their single-second of clarity, alcoholics are sane, super sane, Plato-like-sane. It is a pity they descend into chaos and destruction immediately after…
A lesson for all in the world, relates to a question: what will people do, to achieve any, Any, ANY happiness in their everyday-miserable lives?

Graduate careers – a critical perspective

Universities insist that they are providing students with the best education that is perfectly integrated with the needs of the labour market. This, in theory, should lead to 100% employability of graduates, immediately upon receiving their valuable piece of paper.

Looking at the people in different subjects, each one with an ambition to become the top dog in their field, it is clear that students should not rely on the promises of universities claiming to have the secret to immediate career success, nor depend on university career offices to find them the perfect job. A person’s success is a combination of luck and own career management. Depending on others leads you to an unemployment benefit line.

Students – plan and manage your own careers! NO ONE else will do that.

Otherwise, you will be swallowed by the tide of identical graduates, finishing your programme, your university, the same programme in dozens of other universities. Thousands of clones are pushed onto the labour market each year.

How to succeed – what is a good graduate career?

  1. Plan your career for the next 5-10 years.

University is not a period of life, after which comes “something else”. University is a stepping stone for the next 10 years of your career. You will have received the knowledge and skills (and degree certifying to that fact), from which you should step into full-time employment, preferably in an area related to what you’ve just studied.

I ignore useless people who moan that “they don’t know what they want to do”, as those people are wasting everyone’s time, efforts and the financial resources of family or government.

Good people, intelligent people, will have a good idea where they want to go, what they want to do.

Build a secret plan.

University (Bachelor) => Graduation => First full-time job, early experience, getting the first employer onto your CV => experience working + understanding real people (and crazy bosses) => Masters (part-time not to lose work?) => Second job or sizeable promotion within original organisation =>First mortgage … Etc.

Follow the plan.

Figure out what happens in the industry that you want to work in, what are the trends, where is the cool work, where do people earn or make money, who the powerful people are. And then, plan yourself pursuing that.

Develop alternatives in your plan. Be ready for changes – in your first few years OTHER PEOPLE will make decisions about you, so you always have to be ready for good and bad decisions made by THEM about YOU.

  1. Be aware of important trends.
  • Statistics are your enemy – every year thousands of identical students graduate and go looking for the same jobs.
  • Degree inflation – the value of lower degrees or qualifications is diminishing, as (see above) thousands graduate each year in each discipline. Soon, every cleaner or security guard will have a Bachelor (and a Bachelor in “ochrana”, that are offered, for example in Poland ;p).
  • Competency inflation – 2 languages are the norm, as are three. Four or five are desirable. You know Word? LOL – How about Visual Basic for Excel? Driving licence? Maybe a tank driving licence is still unique…
  1. Decide on the final outcomes of your education.

Be aware that there is a trade-off between quality/prestige and price. If you want to get your higher education done easily and cheaply, do not expect good jobs afterwards. There is a reason why top companies/organisations hire form best universities. Quality education = a lot of knowledge. But then, quality education = $$$$$$$$.

The chances of getting an amazing job with a bad education are remote – you would have to find an employer who does not understand the low value of your diploma and then, after appointment you still have to show your unique skills (if you have them). This combination of luck is unlikely.

If you did a low quality Bachelor, then jump in quality/prestige for the Masters. Bad Masters? Do another one in a better university. Hell, go abroad.

  1. Don’t waste time – differentiate yourself.

With thousands of clones graduating each year, you are among them, lost in the crowd. Everyone has the same degree title, similar GPA, even identical subjects on their transcripts. During your studies, pursue additional differentiating factors:

  • Learn more languages (with certificates, proving your skills – just not IELTS);
  • Gain additional qualifications/certificates, both at university and outside;
  • Work experience BEYOND what is required towards the degree (holiday work, part time work around classes, even full-time work integrated with classes) – anything to show to a potential employer that you are a “real employee with experience”;
  • International mobility (exchange) for a semester, to show intercultural and international experience and competencies (or even multiple exchange semesters in different countries, as is increasingly the norm in Europe) – show that you can live and study abroad, that you can deal with foreign cultures, languages, institutions, laws and people;
  • International double-degrees (or triple, if you can get them), where you gain a second degree while studying for a year or two at the foreign partner university – if possible seek programmes that award DIFFERENT degrees, enhancing your value to a potential employer;
  • Research towards your future career – write a dissertation on a topic that will show your future employer your interests, competencies or ambitions;
  • Take courses or gain skills towards your future career (all degrees allow for electives, or take additional courses/credits);
  • Get involved in projects outside of classes that will enhance your experiences, show your organisational skills, people skills;
  • Start projects, that will show your innovativeness and entrepreneurialism;
  • Attend conferences, events, to gain certificates, see what really goes on and, maybe/hopefully, pick up contacts of useful people, whom you can later contact about work/projects/opportunities;

 

And then, your CV will be INTERESTING to an employer, who will see a young person of above-average competencies, experiences, someone to whom a job offer MUST BE MADE.

You could argue that the lazy ones will get jobs too, but their chances are much smaller, as they are all IDENTICAL. You could argue that some weak graduates will get jobs because of family contacts – although true in some cases, understand that most employers need GOOD people (not children-of-friends), and will in many cases opt for the QUALIFIED CANDIDATE – you.

And after getting the job, you start on the SECOND challenge – developing your career ;p