Supermeni od wszystkiego

Przed laty było sie specem od jednej rzeczy: kucharze kucharzyli, dziennikarze pisali, pisarze publikowali, sportowcy się pocili a modelki były… głupie.
.
Dzisiaj, rozglądam się po świecie i Internecie, i widzę prawdziwych tytanów od wszystkiego. Supermeni od wszystkiego. Zastanawiam się wtedy, CO SIĘ STAŁO na tej planecie, że wyłącznie mały odsetek ludzi potrafi zrobić, zdziałać, wymyśleć, wypromować wszystko i nic (cokolwiek), zaś reszta, jakieś 99,999999% rabotaje w fabrykach i firmach i instytucjach obserwując nasze nowoczesne tytany wszech-działań i zazdroszcząc im kasy…
.
Jak to jest, że byle człowieczek znający się na jednej rzeczy nagle zaczyna gwiazdorzyć w kilku lub kilkunastu? Znany rowerzysta sprzedaje deski surfingowe, muzyk ma czasopismo, a modelka pachnie na nowo, reklamuje nowe (“swoje”) rajstopy co zapobiegają porwaniom przez UFO i przykłada się do produkcji butów? Każdy, kto minimalnie zaistniał, nagle rozpościera skrzydła i staje się potentatem kilku lub kilkunastu branż? Znacie przecież raperów, co nie potrafili sklecić zdań, by zaraz potem mieć markę mody, studio muzyczne i firmę produkującą cudze rzępolenie, zaraz potem smród spod ich pachy znajduje się w butelkach a podarte Nike’i stają się hitem sezonu, i to nie w więzieniach o zaostrzonym rygorze, ale na ulicach Warszawy, Moskwy czy Pekinu? Należy też wspomnieć piosenkarki, mniej lub bardziej utalentowane, śmierdzące nam z butelek, pozwalające byśmy ubierali się w ich „projekty” lub czesali się na wzór skłębionych kudłow pod ich pachą.
.
Pytanie jest proste. No dobra, trochę pokręcone…
Czy:
a. Myśmy wszyscy zdebilnieli i dramatyczna większość nie ma żadnych talentów, wizji, misji, pomysłów?
b. Oni są taki superosobnikami, że potrafią wszystko zaś zdrapana skora z ich pięt to prawdziwa formuła norweska?
c. Owe gwiazdy stały się produktem, takim samym jak te gówna co nam wciskają, a prawo marketingu mówi nam, że jak się ma jedno gówno na rynku i ludzie je kupują, to pochodne gówna sprzedadzą się tak samo dobrze?
.
Czy spece od marketingu mają nas za aż takich idiotów? A może zmielone włosy Brittney, posolone przez P-Diddy i zmoczone potem przez Shaqua oraz przechowane w lodowce Lady Baby są aż takim afrodyzjakiem by płacić za nie więcej niż za rozkosz kolumbijską?
.
A może to jednak myśmy zwariowali, nie mając niczego ciekawego, zadowalającego, pozytywnego i mile emocjonującego w życiu, przez co musimy się pocieszać półproduktami i pochodnymi funkcji życiowych skurwionych gwiazd i gwiazdeczek?

Celebryci znikąd – od zera do lidera

Zauważyliście zaskakujące kariery ludzi niebytu, pojawiających sie znienacka, bez żadnego powodu, by odnieść potem spektakularny sukces, nie wiadomo dlaczego?
.
Ostatnie dwa fenomeny wakacyjnej RP to panienka ze stadionu z pompą w ustach i dansiorka-super-max, czyli ruchliwa córka wagi słusznej. W obu przypadkach mamy do czynienia z osobami nie mającymi nam do zaoferowania nic ciekawego, pozytywnego, konstruktywnego, niemniej wpychają się nam przed oczy przy każdej okazji. Cud napompowanej nie jest cudem – ona już od jakiegoś czasu kręciła się koło pseudo-elit, więc pewnie ktoś jej załatwił by kamerzysta ją „ujął”. Przecież jej późniejsza „kariera” jest tak szybka, że musiała być ustawiona. Ta druga ma, jak cały swój klan, parcie na szkło za wszelką cenę – teraz jak już wleźli na kanały TV to nikt ich nie zepchnie (dosłownie i w przenośni).
.
Jak zostać popularną gębą w szklanym oku i bulwarówkach?
.
Można się z kimś hajtnąć, pod warunkiem, że ów ktoś jest już znany – aktorzyna z kiepskiego serialu, kiepski aktorzyna, starzejący się aktor, dziennikarz, polityk. Szeroki wybór, dla każdego jest jakaś „ofiara” po plecach której można się wspiąć na wyżyny bywania. Można się przespać z kimś, puścić kogoś w trąbę, być puszczonym lub puszczoną. Można być członkiem rodziny – córką co ma bloga, synem co dorabia u przewalacza, szwagrem co robi w PSL, żoną co dorabia w ARR, itp. Można też znać się na czymś innym ale by podreperować swój image lub zwiększyć dochody zacząć się udzielać w tematach całkowicie nam obcych, niemniej aktualnie ważnych. Można również być tą laleczką od jednorożca, co przegrywała z owym pluszakiem na punkty IQ… Albo być całkowitym debilem, którego zachowanie aż się prosi o upublicznienie – ciołki z Jersey, baru czy ci co mają większego brata i nie rozumieją jak działają kamery ;p
.
Co się robi, jak się już zaistnieje?
.
Wymóg podstawowy – wejście na pułap celebrycki wymaga ciągłego wysiłku by niego nie spaść. Oznacza to bywanie wszędzie i nigdzie (o mężu królowej brytyjskiej był kiedyś dowcip, że „pojawi się nawet na otwarciu… koperty”), jedząc, pijąc, uśmiechając się (czyli jak bezdomni w barach szybkiej obsługi), stojąc kolo osób ważnych, znanych, bogatych. Taka asymilacja cech elity poprzez dotyk… Należy pamiętać o dywanach, z reguły czerwonych, wypinaniu części ciała, robieniu uśmiechu tak szerokiego, że widać dziurawe ósemki a dentystów łapie nerwica, oraz „kupowaniu” ciuchów na jeden wieczór by potem oddać je z nienaruszonymi metkami udając, że „te plamy już tu były”.
.
Pisząc wcześniej, że należy dbać o to by nie zniknąć, nie miałem do końca racji – część fenomenu celebrytów to różnego rodzaju comebacki. Hania piła, ale już nie pije (teraz ćpa). Zdzisiek ważył tonę, a teraz schudł do 930kg – poznajcie jego dietę (sekret: zjadł lodówkę i nie miał gdzie trzymać więcej żarcia). Mąż dziennikarki Kunegundy orał nią pole. Inna baba, po śmierci w kartonach, ma teraz skup makulatury – poznajcie jej sekrety jako biznesłumen. Krzysztofa rzuciła Agnieszka, Tamara, Kasia, Asia, Zosia, Pisia, Misia, Zusia, Ciuzia, ale on się nie poddał i mieszka teraz w zoo na wybiegu z szympansami – poznaj sekret jego szczęścia. Aktorka Bożydara była piękną kobietą w udanym związku ale już nie jest – ani piękna ani w związku – wypełnij ankietę, co spowodowało co? (przy okazji, mój Word pomógł mi poprawnie przespellowac imię Bożydara – ono ISTNIEJE?????????)
.
Co ma z tego celebryta?
.
Część to na pewno psychole z parciem na szkło i papier – ludziki nie kochani przez nikogo, co poprawiają swoje psychiczne skrzywienie byciem w domenie publicznej: nie jestem brzydka skoro papier w gazecie przyjął moje zdjęcie, nie jestem gruby skoro mieszczę się na rozkładówce, nie jestem debilem skoro mnie cytują. Czyli – taniej w bulwarkach leczyć schizy niż leżeć na kozetce.
.
Część ma z tego kasę – sprzedają swoje śluby, zdjęcia, przemyślenia, umawiają się na ustawione kłótnie lub wypinanie tyłka lub upuszczanie dziecka na asfalt, budują „brandy” z liniami produktów na które skusi się ta czy inna solara z dresem lub polska housewife ze wsi długiej na 4 domy (ale dopiero jak zdejmie pług z pleców).
.
Są też tacy, co lubią się ocierać o inny świat – takie współczesne groupies, co nie mają pomysłu na życie bo im IQ nie starcza na rozpracowanie papieru toaletowego w rolce albo, wprost przeciwnie, widzą to jako świetny sposób na życie, by nic nie robić a żyć jak Pan/Pani, jeść za darmo na wyżerkach, dostawać gratisy, pozować w cool ciuchach.
.
Co mamy z tego my, ofiary papki bulwarowej?
.
Pominę tych ułomnych żyjących życiem swoich idoli znikąd – nie oceniam czytających bulwarówki, szukających desperacko najnowszych niusów o majtkach Zuzi, romansie Krysi, rozwodzie Artura czy romansie Tomasino z ze swoim ochroniarzem/masażystą/kucharzem/kierowcą. Śmieszą mnie ci, co uważnie słuchają porad odnośnie mody od ludzi co noszą meloniki na plecach albo robią suknie z toreb od Tesco. Najbardziej zabawni są ci, co uważnie uczą się jak zrobić z abażuru i celofanu suknię prawie-prawie-jak-Chanel, od baby co ma setki milionów bo swoim (kiedyś)sexy tyłkiem uwiodła miliardera, a teraz chce by dizajnerką bo to jest u niej w wiejskim fitnessklubie „wery faszionabl”.
.
Osobiście uważam, że społeczeństwo ma duży PROBLEM – te pojawiające się znikąd „salonowe (lub prasowe) bywalce” gadające o wszystkim do każdego kto słucha lub nie, po jakimś czasie włażą nam za skórę. Jak każda choroba weneryczna, celebryci pojawiają się i panoszą się tak, że trudno jest ich wyeliminować. Żadna penicylina w postaci „kim ty jesteś człowieku” lub „co ty wiesz” nie działa, ponieważ celebryci to odporne stwory, żyjące w swoim osobliwym świecie, zarażający nas ową toksyczną nierzeczywistością.
.
Najstraszniejsze jest to, że po jakimś czasie Polacy traktują owe przybłędy jak autorytety od wszystkiego, zaś dziennikarze i redaktorzy wmuszają w nas przemyślenia owych idiotów przy każdej okazji. Gwidetta, kochanka kucharza bez włosów i rąk znanego z gotowania (mieszania?) ustami, rozjechała jego różowym Ferrari psa znanego polityka, po czym rzuciła się na interweniujących ludzi z gazem pieprzowym. Rok później, już się wypowiada w sprawach mody, za 2 doradza jak urządzić mieszkanie, po 3 latach ma swój program w TV Rzeżączka, by po 5 latach dyskutować o ustawach w sejmie w TV Brunch lub komentować najnowszą wojnę w Zatoce (Perskiej? To od gatunku kota? Gdzie takiego mogę kupić?).
.
Nikt im tego nie pamięta. Nikt nie wyśmiewa tych przybłęd. Nikt nie punktuje ich debilizmu, prostoty intelektualnej, odwracania nam uwagi od rzeczy ważnych i prawdziwych oraz panoszenia się ze swoimi debilnymi poglądami, pomysłami, receptami. Dziennikarze, redaktorzy, członkowie innych (prawdziwych?) elit, traktują ich poważnie, rozmawiają z nimi, słuchają, goszczą, stołują.
.
Coś tu nie gra…
Eh, gdyby Bareja dzisiaj żył to by nie uwierzył…

E-edukacja – ogólnopolski standard platform i przedmiotów

Ministerstwo Nauki rozdaje kasę na dziesiątki rożnych projektów, od ośrodków wiodących po fundowanie kobietom naukowcom rożnych nagród. Jednym z najważniejszych tematów współczesności jest gospodarka oparta na wiedzy oraz wynikająca z niej waga systemów informatycznych, niezbędnych w efektywnym kształceniu kadr (przez cale życie, itp.).
O wadze sprawnej i kompetentnej kadry, pisałem wcześniej.
.
Wszystkie uczelnie aspirują do wykorzystania e-learningu (e-edukacja po naszemu) w codziennych zajęciach, pozyskiwaniu nowych klientów lub (czasami) do wyciągnięcia kasy z Unii na „budowę i rozwój platform e-learningowych wspierających proces dydaktyczny”. Codziennie zastanawiam się po co unia ciągle daje na to kasę, zamiast kupić na własność jeden system i dawać za darmo każdemu kto składa taki właśnie wniosek. Po co odkrywać odkryte i wymyślać wymyślone (poza wyciąganiem kasy dla siebie i znajomków)?
.
I tutaj mamy pytanie do Ministerstwa. Jeżeli chce rozbudować e-learning (e-edukacja) w Polsce, to dlaczego:
1. Nie kupi jednego spójnego, ogólnonarodowego systemu informatycznego, który mogłoby rozdawać każdej polskiej uczelni śniącej o cudach edukowania na odległość obywateli Burkina Faso lub Krynicy (górskiej lub morskiej)?
Jeżeli musi być cos „naszego” to niech w końcu rozpisze konkurs na jeden, jedyny, logiczny, ładny, sprawny i skuteczny system E-L. Niech się polscy informatycy natrudzą, nawet jako zespół prze-kozaków z rożnych uczelni („best of the best of who didn’t run to Silicon Valley”). Wsadzamy wtedy system na ministerialny serwer i każda szkoła zakłada co chce i robi co chce.
A mając jeden, wspólny system (lub nawet bez niego)…
.
2. Nie ogłosi konkursu na e-przedmioty?
W każdym programie, nawet po uwzględnieniu zróżnicowania wynikającego z KRK i efektów kształcenia, można znaleźć wspólny trzon przedmiotowy. Na 2000 godzin licencjata, niech będzie to 600-900 godzin rzeczy, które muszą być zrobione by absolwent posiadł odpowiednią wiedzę i osiągnął oczekiwane efekty. Na ministerialnej stronie mamy 118 programów wg nazw i zawartości, a więc konkurs mógłby mieć zakres 600h/30h x118 (średnia wielkość wspólnego trzonu / średnia wielkość przedmiotu w semestrze X ilość istniejących aktualnie programów studiów). I robi nam się konkurs na przygotowanie 2360 przedmiotów. Co rozumiem przez przedmiot?
– dokładny sylabus zgodny z międzynarodowymi standardami;
– rozpisane efekty kształcenia;
– rozpisana struktura (tematyka zajęć, ćwiczeń);
– przygotowanie zawartości do każdych zajęć (notatki, opisy, itd.);
– przygotowanie systemów sprawdzających wiedze (np. samo-testowanie się studenta, nie będące uznana forma zaliczenia);
– przedstawienie indykatywnych sposobów zaliczania;
– listy podręczników (obowiązkowych i uzupełniających) oraz artykułów i innych źródeł (stron WWW, itp.);
– materiałów dodatkowych, np. pisanych specjalnie studiów przypadku (na nie może być oddzielny konkurs, jak robi to Emerald);
.
Wygrywający autor (lub konsorcjum) zyskiwałby nie tylko uznanie jako „debesciak” oraz nagrodę pieniężną (w końcu następowałoby przeniesienie praw autorskich na MNiSW), ale i powinien otrzymać dofinansowanie (np. w formie grantu na 3 lata) by ciągle dopracowywać, unowocześniać i rozszerzać zawartość przedmiotu.
.
Uczelnie, wykładowcy i studenci zyskiwaliby monoteistyczną wykładnię wiedzy z danego tematu (zamiast kilkunastu książek na ten sam temat, ciut inaczej napisanych), zaś Ministerstwo pogłębiłby swoje zaangażowanie w kwestie jakości programów i dydaktyki poprzez fundowanie, rozwijanie i udostępnianie „best practice”.
.
Ten sam system uprościłby życie na poziomie Min.Edukacji, nie potrafiącego pogodzić reformy, wiecznych zmian podręczników i stałej wysokości ich cen, oraz e-learningu jako jedynej alternatywy od tego całego bajzlu.
.
No ale żyjemy w Polsce, wiec dlaczego miałoby nam być łatwiej?

Ograniczenie maksymalnej wysokości spadku

Po kolejnym obejrzeniu Paris Hilton lub innego dziecka miliarderów robiącego z siebie idiotę i przewalającego ogromne ilości pieniędzy na absolutne pierdoły, utwierdziłem sie w przekonaniu, że zaporowy podatek spadkowy to jedyny sposób na drastyczne ograniczenie niezasłużonego bogactwa. Rozumiem, że rodzice chcą przekazać dzieciom wszystko, niezależnie od istnienia (lub nie) korelacji pomiędzy inteligencją/talentem dziecka a ilością przekazywanej kasy. „Po to pracuje i wypruwam żyły by dać dziecku wszystko,” to normalna śpiewka. Niestety, wg. mnie ma ona inne znaczenia gdy przekazujemy dom, samochód i kasę na ślub a trochę inne znaczenie gdy dzieciak dziedziczy korporacje lub kilka firm oraz kilka, kilkanaście, kilkaset milionów…
.
Nie chodzi o „prawo” do dawania komu się chce dowolnych rzeczy (chociaż i TO prawo jest ograniczone przepisami podatkowymi, penalizującymi zbyt duże przekazy – w Polsce to chyba 6000PLN rocznie). Bardziej interesuje mnie koncepcja równości społecznej: dlaczego jedni mają dostawać ogromne zasoby gdy nic nie zrobili by je wyprodukować/pomnożyć? Na zajęciach mówiliśmy (w chamskich słowach) o „dziedziczeniu przez najszybszy plemnik”, bo przecież dzieci nie mają innego uzasadnienia prawa do dziedziczenia.
.
Dziedziczenie fortun chwieje systemem premiującym osiągnięcia (merytokracją), ponieważ na najwyższych poziomach społeczeństwa są dziedzice (w którymś pokoleniu), z których wielu nie zrobiło i nie robi nic produktywnego, za to kontrolują i uniemożliwiają uwolnienie ogromnych zasobów ekonomicznych (finansów, firm, form produkcji). Bourdieu się kłania i jego teoria „elite reproduction” – nasi „liderzy” maja dosyć zasobów i kontaktów by wiecznie rządzić nami i być NAD nami, zapewniając swoim dzieciom i dzieciom podobnych krezusów pozostanie na „boskim poziomie”, podczas gdy zwykli (ale bardzo przedsiębiorczy) ludzie muszą się zmagać z codziennymi problemami. Jakoś tak nie fair.
.
Oczywiście zdarzają się bogacze, zdający sobie sprawę z ulotności ich bogactwa oraz tego jak dużo problemów, biedy, cierpień jest na świecie – Gates ze swoja fundacją to dobry przykład. Niemniej, ogromna większość multimilionerów przekaże całość swojej kasy dzieciom. I stąd koncepcja maksymalnego podatku spadkowego, rzędu 95% dla najbogatszych. Można nawet zaproponować prostsze rozwiązanie: maksymalnie po 10 milionów Euro na łeb.
.
Wysokie opodatkowanie doprowadzi do recyrkulacji zasobów, zarówno gotówki, akcji, praw własności firm nie notowanych na giełdzie, jak również uwolni ogromne zasoby sztuki skrzętnie skrywane przed światem. Mielibyśmy wtedy sytuację, w której najbogatsi byliby prawdziwymi „self-made men” a nie dziedzicami „robber barons” (19 wiek w USA i współcześni hamerykanscy prawicowi milionerzy) lub innych przekrętów (postkomunizm w Europie Sr-Wsch i nasi “miliarderzy” co jeszcze nie są w areszcie).
.
A, że dzieciaki dostałyby po 10 baniek to mało? Eeee tam.
Za 10 milionów można mieć najfajniejszą brykę, dobry dom, bawić się do śmierci (z przepicia? Zaćpać?). Alternatywnie można wydawać oszczędnie i żyć całe życie bez pracy lub świadomie zainwestować i zbudować kolejne imperium. Ale tym razem zasłużyć na wszystko ponad (odziedziczone) 10 baniek.
.
Uczciwiej?
Inaczej nie rozbijemy systematycznej koncentracji kapitału i zasobów, normalnie mało widocznych ponieważ mają charakter wielopokoleniowy (a póki co, wydaje się, że i również nie są do zatrzymania).

Regulation to combat collapse of private HE

The collapse of first UK/IRE colleges (first of many) operating validated/franchised degrees and for-profit HE (sub-degree) programmes, has raised the issue of private for-profit education and its ability to “properly educate” its clients (no, not students).

For me, the key issue in collpase of private HE, is the nature of these organisations, created as private, limited, companies, operating under commercial law, without much recourse to (sometimes non-existent) Higher Education Law. The pace of closures, one college shutting its doors over a weekend, another over a week, leaving their students dumbfounded, broke and uneducated, forced to seek alternative providers (and paying twice for the same programme), indicates that an “educational private limited company” is an oxymoron. The life cycle of a PLC and that of an HE institution are mutually exclusive. As are their finances.

If the individual nation states are unable or unwilling to create adequate protection systems for HE students, then maybe it is time for Brussels to step in and regulate this hazy, chaotic and fast-evolving industry?

It is clear that an HEI must be regulated for its specifics. Is education really a commodity or is it a public good? Should there be allowed private owners, able to withdraw profits or shut down upon financial collapse, based on a subjective, personal, emotional, selfish decision? Why cannot all HEIs have charity status (even there, profits can be appropriated and extracted, but through less easy means)? Critical decision-making ought to be moved away from single individuals and put in the hands of collectives, some kind of supervisory boards (despite the fact that they keep on failing in governing corporations) – a few dedicated people will have a different rationality to a lone owner. There should be education-related financial guarantees, focused on the ability of the school to sustain the delivery of programmes until their completion: the Irish system of financial bonding is nice, in Poland the HEI is expected to continue educating while selling-off its assets to pay for delivery, while in Greece there is a minimal fee (.5 mil EUR I think) to operate an HEI.

Part of the responsibility for assuring continuity of education should fall on the regulator, preferably in a way that allows the students to continue receiving their education at the same location and gaining the title/certificate that they chose. Unfortunately, this goes in the direction of large and competent Ministries with actual competencies in HE, able to take on the task of running a collapse HEI or providing some centralised educational location. The Irish had a decent idea – demanding that private HEIs have signed “alternative provision arrangements” (with other private HEIs) in case of collapse, but I don’t think it is enough.

A key issue is the provision of degrees – in the West many private HEIs operate programmes ending with the awarding of degrees from a different institution. In my world, they are not really HEIs, but rather “a business making available learning facilities and providing administrative support for an established academic institution to operate outside its own campus”. Currently, most universities that have externalised their programmes expect other private HEIs to pick up the abandoned students from a collapsed pHEI rather than taking them all in and completing the education process at the Alma Mater.

Private = for profit. For profit = non-academic rationality. Non-academic = not higher education.

Ekstremalne reklamowanie miasta

Czy kojarzy ktoś fajne, kreatywne i do-zapamiętania reklamy-nie-reklamy polskich miast?
Pytam, ponieważ widzę takie przedsięwzięcia wszędzie na świecie:
– zrobiłem sobie maraton filmików samochodowych, typu motokiller.pl, i nieustająco trafiałem na pięknie zmontowane kompilacje rajdów po miastach na zamkniętych (przez władzę) ulicach.
– pamięta ktoś „28 days later”? Bohater budzi się w pustym szpitalu i wychodzi, ciągnąc kabel od kroplówki, na ulice opustoszałego Londynu, nie wiedząc, że cala Anglia padła ofiarą zombi. Było to wtedy rekordowe ujęcia, analizowane przez speców od filmu na całym świecie, zrobione przy współpracy władz Londynu oraz wykorzystując najdłuższy dzień w roku (kilkadziesiąt ekip kręciło ujęcia „pustego” Londynu o 4:13 rano, gdy ledwo wzeszło słońce, a 99.9% londyńczyków jeszcze spała).
– zawsze robiło na mnie wrażenie świadomość medialna NYC, ukochanego miasta wielu filmowców, utrzymującego od lat specjalne biuro „współpracy z filmowcami”: Office of Film, Theatre & Broadcasting

Jak to jest u nas, w smutnej i niekreatywnej Polsce? Czy mamy miasta posiadające działy marketingu, w których pracują utalentowani wizjonerzy? Nie pytam o jednostki, w których zatrudnione są pocioty i kumple królika, wydający samorządowe pieniądze. Chciałbym zobaczyć te wyjątkowe, zdolne wypracować unikalny Brand, i to nie tylko w pojęciu masowym ale i niszowym.

marketing_miast - Copy

Czy jest miasto, w którym, dzięki woli prezydenta i samorządu można:
– zorganizować nocne rajdy samochodowe i motocyklowe po zamkniętych ulicach i dobrze je sfilmować?
– wykorzystać puste lotniska lub tereny post-industrialne do zawodów motocrossowych i je dobrze sfilmować?
– dać wolna rękę jamakazi (biegaczom freestyle) by swoim szaleństwem pokazali piękno i architekturę budowlaną;
– wypuścić ludzi od MTB by jeździli po stadionach, schodach, budynkach;

Dzisiejsze pokolenie to nie masówka dostępna po jednej masowej i przeciętnej kampanii reklamowej ale dziesiątki dobrze stargetowanych podgrup. Kilkadziesiąt mniejszych kampanii, opartych o pasje członków subkultur, może pozytywnie wpłynąć na światowe postrzeganie danego miasta.

Czy nie ma marketingowców zdolnych:
– spenetrować lokalne (swoje) subkultury i ich niszowe hobby;
– rozpracować podobne nisze na świecie;
– wypracować kampanie dojścia do owych subkultur;
– oraz wypracować strategię „miasta X, nietypowego, ciekawego, gdzie ciągle się coś dzieje”

Na koniec: krew mnie zalewa, że tylko „ojciec Mateusz” i jego Sandomierz, są polskimi przykładami „film + klimat + przygoda + lokalizacja = pożądane miasto”

SONDA = Kurek + Kamiński

Trafiłem niedawno na odcinki Sondy, puszczane na TV Historia (a może TVP Historia?), i aż mi się łezka w oku zakręciła.
.
Dwaj magicy zdołali pod komunizmem zbudować i wyemitować genialny program naukowy, wyprzedzający jakiekolwiek Discovery czy NatGeo o 20-30 lat. Widzowie polscy lat 70ych lub 80ych (w tym ja), dostawali cotygodniową dawkę wiedzy o najdziwniejszych kwestiach naukowych lub o tym co działo się poza granicami kraju w nieznanym nam wyścigu technologicznym.
.

.
Już wtedy miałem szajbę na punkcie technologii, wspartą pasją do SciFi, wiec każdy odcinek oglądałem religijnie, znikając z podwórka lub boiska by tylko łyknąć trochę więcej wiedzy technicznej. Koledzy nie rozumieli tłumaczenia „bo, wiecie… Sonda”, chociaż praktycznie wszyscy wiedzieli o jaki program chodzi – w tamtych czasach, przy 2 kanałach telewizji, nie było dużo okazji do ominięcia czegokolwiek.
.
Wiele osób pamięta Kurka i Kamińskiego jak się ze sobą sprzeczali (w naukowy i kulturalny sposób), podczas co-programowych dyskusji , w których jeden reprezentował sceptyka a drugi entuzjastę danej teorii, pomysłu, technologii. Dzięki ograniczeniom finansowym, wiele ilustracji lub pokazów robionych było bardzo prostymi środkami, przez co były niesamowicie skuteczne w kształceniu widzów, nawet tych opornych na wiedzę.
.
Nawet ci, którzy nie byli fanami, przystanęli na chwile w swoim codziennym życiu, gdy obaj prowadzący, Zdzisław Kamiński i Andrzej Kurek zginęli w wypadku samochodowym, w całkiem głupich zresztą okolicznościach, odbierając pasjonatom techniki jedno z najważniejszych wtedy okienek na świat.
.

.
Nie ma osoby w dziennikarza lub naukowca, który zaprzeczyłby stwierdzeniu, że 29 września 1989 Polska straciła dwóch niesamowitych ludzi, którzy mieli przed sobą dekady dalszego kształcenia, kształtowania i uświadamiania Polaków.
.
Wiecej o Sondzie tutaj

GMO – genetyczne monopolistyczne okazje

Objawił nam sie niedawno demon ACTA, o którym większość obywateli myśli, że dotyczy wyłącznie pirackiej muzyki i filmów. W tle ACTA siedzi większy sekret: ta ustawa będzie bronić praw „autorskich” dotyczących wszystkiego: od torebek Gucci aż po patenty na produkty medyczne i … rolnicze.

GMO to nie tylko genetycznie modyfikowane rośliny, które (podobno) są lepsze, silniejsze i większe. To również ogrom praw patentowych firm które tworzą te frankenstein-rośliny, niszczące rolników próbujących siać tradycyjne nasiona, pozywające do sądów tych, którzy próbują ominąć monopole korporacyjne. GMO to nasiona jednorazowe, nie pozwalające rolnikowi na przechowywanie nasion, odbierające mu decyzyjność i wolność biznesową – co roku musi kupować nowe za żywą gotówkę (wraz ze wspierającymi je chemikaliami).

Wpuszczenie GMO to otwarcie Polski dla kolejnych hamerykanskich korporacji, dbających wyłącznie o zysk, wykończenie polskich dostawców, umoczenie rolników w międzynarodowe monopole. Skoro żywność GMO-free (ekologiczna) ma coraz większe wzięcie (nie tylko u nas, ale możemy eksportować nasz produkty za granicę), to po diabla zatruwać to wszystko mutantami „made in USA”?

Zgadzam się tez z uwaga o tym, ze wykorzystanie GMO doprowadzi do niebezpiecznego zubożenia naszych zasobów materiału DNA – jak wszyscy będą siali te same rośliny, to byle pierwsza zmutowana choroba (albo pasożyt zrobiony w jakimś laboratorium) nasion wykończy nam całe rolnictwo. Takiej choroby nie ma, na razie, ale tak samo nie było BSE (mad cow disease) ani Bird Flu – a jak się pojawiły to ten sam zbawienny przemysł chemiczno-rolniczo-farmaceutyczny okazał się niezdolny nam pomóc. Zaraza atakująca GMO na pewno się pojawi, i (wg. mnie) wyjdzie z Chin.

Poza tym, skoro w unii i tak jest nadprodukcja żywności, to po co nam jej więcej?

Dlaczego hamerykancy, skoro mają taki boski produkt, nie udostępnią go w Afryce, borykającej się z wiecznym problemem niedożywienia? Ponieważ w Afryce nie ma rolników zdolnych zapłacić za te „cuda rolnicze”, a hamerykanie nie robią nic dla idei. GMO w Polsce to wypływ gotówki z naszego kraju, z kieszeni konsumentów i rolników do korporacji USA. A kasy u nas coraz mniej…

Swoją drogą: gdzie jest: Pawlak i jest PSLowcy w tym temacie? Dorabia gdzieś na lepszą emeryturę?

Dobrze by było by nasi politycy zdefiniowali interes narodowy Polski w tym temacie i przeforsowali takie przepisy i wprowadzili normy, które pozwolą Polsce rozwijać się zgodnie z własnymi potrzebami i strategiczną analizą przyszłości rolnictwa i ludzkości. Trzeba skonczyć prostytuowanie naszego kraju interesom byle korporacji.
Tylko, kto w Sejmowym grajdołku ma tego dokonać, skoro wszyscy zajęci są trzepaniem kasy i ustawianiem rodzin. Jedyni zdolni to lobbysci, ale ich zadaniem jest właśnie owe sprzedanie naszego kraju obcym.

Polecam “Food.Inc”.
Hamerykanie juz kombinują jak obejść nasz rodzimy opór. Dobre jest Seeds of Deception oraz World according to Monsanto.