Weterani wojenni – nasz wspólny problem [repost]

Oryginał ukazał sie w 2011, ale pochłoneła go Amba serwerowa…

Obserwując śmieszne ambicje mocarstwowe naszych politykierów, trudno nie zauważyć kolejnego wątku niekompetencji naszego państwa, jego instytucji i systemów.

Nasze proamerykańskie polityczne zwierzątka z wielką lubością wplątują nas w coraz to kolejny konflikt wojskowy na terenach gdzie polska racja stanu ma takie znaczenie jak moje pragnienie rządzenia Libią. Wysyłamy tysiące żołnierzy, tysiące ton sprzętu, a nawet okazjonalnie wywiosłujemy jakiś nasz „okręt”, czyli kupę złomu oddaną nam, bo było taniej niż zezłomować (za dawnych czasów to się nazywało „celem treningowym artylerii morskiej”). Nasi politycy lekką ręką wydają miliardy z naszych podatków na zabijanie ludzi którzy nam nic nie zrobili, w krajach gdzie nawet polskie biura turystyczne nie wyślą różowych Barbie ani łysych w klapach. Marnują miliardy które powinny zostać wpompowane w szkolnictwo, zdrowie, postęp technologiczny, i robią to bez podania nam jakichkolwiek spójnych teorii, modeli geopolitycznych, poza Chicagowsko-Jackowskim uwielbieniem hamerykanów i ich imperialnej polityki służącej wyłącznie zachowaniu cen ropy na hamerykańskich stacjach benzynowych by się grubasy nie wsciekały. Brakuje mi ciekawego modelu/uzasadnienia nad którym mógłbym posiedzieć i pomysleć.

Nasi żołnierze giną, bo takie są prawa natury i rachunku prawdopodobieństwa w przypadku gradu pocisków lecących ku głowie z prędkością 1100m/s lub eksplozji IED rozprężającej się z prędkością 3000m/s. Co jakiś czas zjeżdża do kraju kolejna owinięta flagą trumna a politykierzy, z charakterystyczną sobie obłudą, gadają pierdoly i rzucają slogany godne kreskówek z gumy Donald. Rodziny dostają żałosne ubezpieczenia, bo ich synowie nie lecieli w pijackiej CASAie ani nie wybierali się niepotrzebnie do Smoleńska.
Niemniej, zwłoki mają to do siebie, ze są binarne: jak ich nie ma to nie ma problemu a oddychające pre-zwłoki płacą podatki, ZUS, itp. Zwłoki-zwłoki to krótkoterminowy problem który ma to do siebie, że szybko gnije, przykryty płytą kamienną na cmentarzu. A wiec problem jest krótki jak zajawka w TVN24: trumna+flaga, powitanie, peany, do ziemi, wypłata, zapominamy.

Jako pasjonat historii, musza zadać pytanie: czy jesteśmy jako państwo gotowi na „żywe konsekwencje” wojen w których się udzielamy? Co dzieje się w Polsce z weteranami?
Ciekawi mnie z kilku powodów:
– Powracający do USA bohaterowie z II wojny światowej, a nawet Korei, byli witani jak wybawcy a państwo miało możliwość pomoc mi zakalimatyzowac się ponownie do życia;
– W przypadku wojny w Wietnamie już tak nie było i powracający byli wypychani ze środowiska z którego wyjechali a ranni trafiali w system żałosnej pomocy medycznej. W sumie, ogromna liczba trafiła na ulice i do „ruchów alternatywnych” (włącznie z zakładaniem większości gangów motocyklowych które działają do dziś);
– Żadne państwo nie uznaje „Gulf War Syndrome”, gdyż wtedy musiałoby wydać miliardy na leczenie i odszkodowania dla ludzi których to samo państwo wysłało do Iraku(1) bez odpowiedniego przygotowania;
– Anglia po Iraku i Afganistanie ma nowy problem: w mediach padło niedawno przerażające stwierdzenie: „w dowolnym brytyjskim mięście jesteś nie dalej niż 100 metrów od bezdomnego weterana”;
– Niedawno czytałem straszny artykuł o zmianie obrażeń wynoszonych z nowych konfliktów: o roli fali uderzeniowej w tworzeniu zmian mózgu, które nie są diagnozowane bo dotyczą tych co przeżyli wybuch, nie mają ran (widocznych) a nikt się nie interesuje długoterminowymi efektami wstrząsów na umysł i mózg jako komputer sterujący ciałem.
Wielkie, zaawansowane, bogate kraje nie dają sobie rady z weteranami: ich ilością, zróżnicowaniem i srogością ich problemów medycznych, problemami psychicznymi, rozpadem rodzin, przestępczością.

24713_rot

I jak da sobie rade nasze malutkie państewko z politykami którzy nawet nie potrafią autostrady zbudować, biurokratami zatrudnianymi przez pociotów i lekarzami którzy pracują na 16 etatach? Czy nas tez czeka rosnąca grupa wyrzutków społecznych, opętanych demonami wojny, cierpiących na drogie w leczeniu schorzenia, których wyrzekli się wszyscy?
Jeszcze nam tego brakowało, by do naszych mafii wstępowali weterani, znający się na zaawansowanej broni, nie bojący się gradu pocisków i umiejący zabić przy pomocy plastikowej łyżeczki. Malo nam było w czasach gdy ex-antyterrorysci szkolili gangsterów za kasę, lub ex-komandosi wspierali jedne i drugie mafie w ich lokalnych wojenkach?

Oczywiście, ten problem zajmie parę lat, a wtedy żaden z aktualnych decydentów nie będzie już przy żłobie. Ale może weterani zapamiętają tych co ich wysłali do piekła i za parę lat przypomną o sobie pod domem tego czy owego? Jak im pikieta nie wyjdzie to niech przynajmniej felgi zabiorą — i tak będą kupione z naszych podatków.

Zobaczmy jaki efekt odniesie najnowsza próba uregulowania tych kwestii podjęta przez polski rzad. Tutaj jest informacja ze Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza granicami kraju.

W 2012 pojawił się pierwszy glosny medialnie case

and a little moment from my favourite band

Po co nam Afganistan?

W wigilijny wieczór pięć polskich rodzin pożegnało swoich mężczyzn – zginęli w zamachu w Afganistanie, zabici przez lokalnych talibów. Po co tam pojechali?
.
Polscy politycy, jak zwykle, urządzili szopkę medialną, krzycząc i skowycząc o wyższych racjach polskiego zaangażowania w Iraku, Afganistanie czy jakiejkolwiek innej wojence jaką niedługo wymyślą amerykanie, by móc obrabować dany kraj z ropy i zasobów. Żaden nie wziął odpowiedzialności za wysłanie wojsk, ani za koszty (finansowe, zasobowe i osobowe) naszego zaangażowania, ale wszyscy próbowali podreperować swoje miękkie postaci nawołując tego zmarłego lub tamtego do tego lub tamtego i obiecując nieżywym, że ich wysiłek/poświecenie nie poszły na marne, ponieważ poprawili coś w Afganistanie.
.
Po diabła tam jesteśmy? Przecież to nie są operacje ONZ, wsparte aprobatą międzynarodowej społeczności, w których zresztą mamy niezłe doświadczenie i dobrą opinie wśród żołnierzy świata. O czym bełkoczą nasi politycy?
.
Nie możemy tam być przez operacje NATO, nasz udział wymagany przez porozumienia o wzajemności obrony członków paktu. Wojenka rozpętana przez USA, największego członka i jednostronnego sprawcę wielu działań owego paktu „północnoatlantyckiego” (wielu krajow). Nie można równać 9/11 z napaścią na Irak i Afganistan, co mogłoby być podstawą paktu obronnego, no chyba, że jest się skrajnie prawicowym półgłupkiem.
.
Nie możemy tam być w ramach mitycznej „wojny z terrorem”, rozpętanej podobno 9/11, ponieważ owi terroryści (którzy już dawno nie żyją) nic nam nie zrobili. Nasze więc zaangażowanie, to napraszanie się o nowe i wcześniej niespotykane problemy, jakimi Al Kaida obdarzyła np. Hiszpanów. Pojawiliśmy się na horyzoncie bardzo niebezpiecznych i zdeterminowanych ludzi, których „umiejętności” na pewno przerastają kompetencje naszego państewka i jego „obrońców”.
.
Nie możemy tam być dla ropy, chociaż amerykanie na pewno dlatego zaatakowali Irak i teraz szykują się na Iran. Wojna o ropę nas nie dotyczy, ponieważ nic nie znaczymy w tym przemyśle i w jego geopolityce. Ten aspekt wojny dotyczy wyłącznie USA i ich kultury prostaków pt. „galon za dolara”.
.
Nie możemy tam być dla odbudowy (co się niszczy trzeba odbudować i ostatnio robią to „zwycięzcy” przy pomocy swoich znajomków do kieszeni których pompuje się miliardy). Nawet jeżeli się sprostytuowaliśmy u amerykanów, nasze zaangażowanie w wojny nic nam nie dało – nasze firmy nie dostały kontraktów na setki milionów dolarów, nasi menedżerowie nie przejęli rafinerii w Kirkuku, a nasi samorządowcy nie reformują południowego Bagdadu.
.
Nie możemy tam być by zapewnić naszej armii „prawdziwe doświadczenie” a jej dowódcom poczucie spełnienia (jak na leniwych teoretyków przystało). Fora wojskowe i komentarze powracających wskazują na ogromne nie przygotowanie do wojny, sprzętowe, osobowe i wiedzowe. Oczywiście, codziennie uczymy się nowoczesnej wojny, ale jakim kosztem…
.
Może być tylko jedno wytłumaczenie naszego zaangażowania w te tragiczne wojny. Smutne, brutalne i niepoprawne polityczne, na które nasi „liderzy” się nigdy nie zgodzą, woląc nas okłamywać i płakać krokodyle łzy nad cudzymi trumnami.
.
Zabijamy ludzi w dalekich krajach arabskich, ponieważ zaangażowaliśmy się (całkowicie nieświadomie) w pierwszą fazę Wojny Wojen – konfliktu pomiędzy uwstecznionym islamem (którego zbrojnym aczkolwiek tchórzliwym ramieniem jest terroryzm) a cywilizacją zachodu. Tak, wiem, Huntington się kłania. Jest to wojna o przetrwanie, pomiędzy silnym ideologicznie i zdeterminowanym by utrzymać władzę/kontrolę systemem religijnym opartym na średniowiecznych zasadach NIE-równości, a post-religijną, słabą, bez-ideologiczną ale zaawansowaną życiowo cywilizacją która, by się rozwinąć, zgwałciła prawie każdy naród na świecie ale teraz ma kompleks historyczny i się boi (wszystkiego i wszystkich). „Oni” nie chcą oddać kontroli nad swoimi obywatelami, dania im możliwości rozwoju i zadowolenia. „My” czujemy się lepsi i chcemy ich „do-cywilizować”, pomoc im w życiu, nie zdając sobie sprawy z toksyczności naszej cywilizacji i jej wszechogarniającej zdolności do zmiany wszystkiego.
.
Nie da się połączyć naszego życia z ich podejściem do świata. Wydaje się, że nie możemy istnieć równocześnie w tej samej rzeczywistości. My jesteśmy silni technologicznie, zasobowo, militarnie oraz lubimy się wtrącać w cudze sprawy. Oni mają inwencję i determinację oraz książki o wojnie partyzanckiej. Nie można z nimi negocjować, przekonać, ponieważ staliśmy się ich Diabłem – wcieleniem wszelkiego zła, psychologiczną Czarną Dziurą, źródłem lęków i kompleksów, Nietsche-owską Otchłanią w której się przeglądają.
.
W TEJ wojnie nie można stosować półśrodków. Wygrana musi być całkowita, binarna – my lub oni. Nie mówię o obywatelach państw arabskich, ale o ich przywódcach, czy to w pałacach czy w jaskiniach. Zasoby, które zostaną zaangażowane są większe niż pojedynczego państwa. Wola, ta zdolność sprawcza wbrew przeciwnościom, musi być większa niż jednego państwa leczącego swoją traumę po 9/11.
.
Tylko i wyłącznie wtedy, zaangażowanie i poświęcenie polskich żołnierzy ma sens. I wpasowuje się w tradycje polskiej obrony Europy przed Hordami. Ale trzeba o tym mówić, a nie karmić obywateli medialną papką.