Poszukując jakości – akademicka baza publikacji

Śniła mi się „krzywa intelektualnego plagiatu” czyli odpowiedz na pytanie: ile można napisać podręczników z tego samego tematu, zanim okaże się, że kolejny autor miele te same słowa i nie wnosi nic nowego? Jak zmieni się limit, jeżeli dodamy fakt, że na świecie takie podręczniki są już w 5 lub 10 wydaniu?
.
Podobnie jest z artykułami publikowanymi w polskich czasopismach rożnej maści i jakości. Każda uczelnia, szkoła, szkółka ma co najmniej jedno czasopismo, niektóre mają ich kilka lub kilkanaście. W każdym ukazuje się kilkadziesiąt artykułów rocznie pisanych przez polaków po polsku. Potem czyta się CV człowieka, który ma na koncie kilkadziesiąt artykułów w pewnej tematyce, i wygląda na uber-speca, przed którym należy paść na kolana. Jak mamy ocenić profesora mającego kilkaset (takich) publikacji? Dlaczego nie dostał jeszcze Nobla a CNN nie prosi go o codzienną opinię w każdym temacie?
.
Nie mam żalu do autorów, sam nawet chętnie napisze 16ty w Polsce podręcznik do mikroekonomii (ale nie pokaże Sloman-owi, bo się John wścieknie, że go dubluję). Jedyne co ma dla mnie znaczenie to waga przypisywana owym podręcznikom w rozwoju autora, jego jednostki, całej instytucji oraz polskiej „nauki”. Polscy autorzy są mistrzami systemu wymagającego wykazania się produkcją „jednostek drukarskich”, które można zaksięgować i wysłać wyżej aby w zamian otrzymać mannę z naukowych niebios: osoby awansują, ich jednostki poprawiają swoją „pozycję naukową” i dostają fundusze na dalsze „publikowanie”, instytucje zgłaszają wyniki do Ministerstwa i w ten sposób są oceniane. Jest o chory system księgowania „jednostek drukarskich” bez wglądu w zawartość produkowanej makulatury (lub smieciowych bitów/bajtów).
.
Widziałem pisanie książek na zasadzie „kopiuj i wklej”, rekombinując zawartość tak by ten sam materiał wykorzystać wielokrotnie, okraszając go innym wstępem i zakończeniem. Śmieszy mnie obejście niekompletności tematyki poprzez dodanie „wybrane aspekty” do tytułu. Ilość podobnych sobie artykułów jest przerażająca, a każdy autor odkrywa tą samą „Amerykę”. Czytam polskie artykuły i książki, i widzę bibliografie składające się głównie z naszych „dzieł i liderów”, jakby zachód nie istniał, nie było tam większych intelektów z większymi osiągnięciami. Ciekawi mnie, czy piszący je nie potrafią znaleźć literatury w języku obcym, nie chcą, nie mają dostępu do baz danych, a może ich promotorzy nie są tym zainteresowani (tym bardziej, że podobno wypada włączyć w swoją bibliografię prace swego promotora by mu/jej się przypodobać).
.
Nie mierzymy jakości ale ilość.
Dlaczego nie ma polskiego systemu komputerowego (akademicka baza publikacji) zawierającego lokalne płody intelektualne? Przecież zasoby serwerowe mogą przyjąć dowolną ilość plików a bazy danych przerobią dowolną ilość informacji, by wypluć przydatne wyniki.
System powinien:
– wychodzić ponad wpisy bibliograficzne czyli dane autora, tytuł publikacji, wydawnictwo, itd.;
– zawierać abstrakty (polski, angielski i inny język jeżeli dyscyplina tego wymaga);
– zawierać pełną bibliografię w standardowym formatowaniu (automatycznie tworzymy system cytacji);
– zawierać pełno-tekstowe recenzje (jeżeli jest wymóg do przyznania punktów, to niech się recenzenci nie ukrywają – dowiemy się przy okazji kto i ile produkuje);
– chciałbym zobaczyć linki do profili recenzentów, by móc ocenić ich kompetencje (double-blind review jest tajne tylko przy ocenie, potem nie widzę powodu do zachowania tajemnicy – transparency w Polsce się przyda);
– zawierać pełen tekst pracy;
.
Bez oprogramowania antyplagiatowego się nie obejdzie – może być podpięcie pod polski plagiat.pl, lub pod autorski system (najlepiej: do obu). Nie tylko wyjdą nam „kreatywne zabory” opisywane np. w Forum Akademickim ale i (wg. mnie ważniejsze) autoplagiaty, czyli chadzanie na skróty naszych naukowców poprzez samo-zapożyczenia literackie wielokrotnego użytku.
Dodatkowo oczekiwałbym systemu rankingowego: cytacji, impastu, ilości wejść, itp.
.
Co nam da taki system?
Po pierwsze, zredukuje ilość generowanej papki naukowej, bo wystraszy część pseudo-twórców. Szybko okaże się, że większość rzeczy jest już opisana (a była wcześniej niewidoczna z racji publikacji w Pcimskich Zeszytach Naukowych lub Głogowskim Almanachu Nauki), lub strach będzie wypuścić coś miernego i ryzykować publiczną krytykę.
Po drugie, zredukuje ilość przyznawanych punktów – publikacje nie będą już formalnie księgowane ale podlegać będą krytycznej ocenie. „Panie Duszyński, jest 5 uznanych światowych podręczników Mikroekonomii plus polska Dachowa, to po diabla mamy uznać pańskie dzieło za unikalne odkrycie i dać Panu/uczelni punkty? Chcesz to se Pan pisz, ale nie zawracaj nam…”
Po trzecie, wyczyści centra pseudo-nauki i wytnie „lokalnych guru”, o których świat nie słyszał (a guru są wyłącznie na CV i we własnej glowie).
Po czwarte, zoptymalizuje strumień pieniędzy na badania/publikacje, które będą trafiać do na prawdę wartościowych jednostek i ludzi. Pojawią się nawet oszczędności.
Po piąte, przeczyści się system awansu – znikną doktoraty i habilitacje szybko chowane w archiwach uczelnianych z racji swej anty-twórczości (i obrony dzięki układom), wsparte miernymi publikacjami bez nowych informacji.
.
Jest jeden problem, z którym trudno sobie poradzić. Dużo naszej „nauki” to repetytorium zachodnich odkryć (często sprzed lat). Pisząc o tym po polsku, nie ujawni się odtwórczego zaboru zachodnich artykułów czy książek. Miałem takie numery z chińskimi studentami, którzy kupowali artykuły po angielsku, tłumaczyli googlem na chiński i znowu na angielski, a wynikająca z tego papka nijak nie przypominała (często znanych mnie) oryginałów.
Może wiec trzeba rozszerzyć opisany wyżej wymóg abstraktu anglojęzycznego, by zawierał np. kluczowe teorie/modele i autorów źródłowych, tak by ktoś zza granicy (lub lepszy w Polsce) mógł ocenić podstawy merytoryczne danego „dzieła”? Skoro nasi naukowcy nie korzystają z zachodnich osiągnięć i publikacji, to ciekawe w ilu przypadkach okaże się, że bazują na starych modelach lub ich wysiłek dawno został opisany i dobre przegrzebanie źródeł by uprościło wszystkim życie (instytucja by nie musiała płacić za „badania”, Ministerstwo rozliczać i zaliczać, a my… czytać owych wypocin)?
.
A jakbyśmy dodali opcje merytorycznej dyskusji? Takie forum przy każdym artykule? Ale by się działo…

Samocytowanie, czyli pompowanie pseudo-wyników

Całkiem wiarygodna instytucja międzynarodowa, QS Intelligence Unit, produkująca szanowany QS University World ranking, coraz bardziej pogłębia i poszerza sposób badania rankowanych uczelni. Ponieważ w tym rankingu znajdują się i polskie uczelnie (można je zgłosić samemu, więc pewnie jacyś marketingowcy to robią), to było wyłącznie kwestia czasu aż polskie realia pozwolą nam „zaistnieć” (oczywiscie w negatywnym znaczeniu tego słowa).
.
Spece z QS postarali się znaleźć wszelkie „myki” służące sztucznemu windowaniu pozycji uczelni w rankingu (a więc kantowaniu systemu QS). Jedną z możliwości jest samo-cytowanie (auto-cytacja, self-citation), czyli cytowanie przez autora swoich własnych prac, by znalazly się one wyżej w indeksach cytowań. Jak zauważyli w QS, samo-cytacje mają prawo istnieć w przypadku autorów o ogromnych osiągnięciach: tych co napisali najważniejsze podręczniki, przełomowe artykuły czy unikalne case-y. Inni autorzy, mniej znani lub nie znani, kreatywnie poprawiają swoje wyniki, sugerując zwiększoną wagę swoich osiągnięć (creative engineering of citation results) poprzez zwiększenie ilości cytowań – samocytowanie.
.
Analitykom z QS wyszlo pięć instytucji w których najczęściej dokonywano autocytacji, do tego stopnia, ze stopień publikowania ich pracowników był dramatycznie wyższy niż w rzeczywistości. Oczywiście wszystkie piec z dawnego „bloku wschodniego” (w tym Lomonosov) oraz nasza Politechnika Warszawska. Tym razem złapano tylko jedna uczelnię z naszego Wielkiego Kraju, ale każdy kto zna branżę, wie jak dużo tego typu zagrywek się stosuje. Nikt nie sprawdza czy pozycje z bibliografii są bezpośrednio powiązane z treścią artykułu lub książki, więc wsadzać można więcej niż jest niezbędne lub z czego się na prawdę korzystało.
.
Jedno jest pewne – gdyby w Polsce byli prawdziwi specjaliści, liderzy dziedzin, to:
a. Mogliby się samocytować do woli;
b. Ale NIE musieliby się samocytować;
c. Ponieważ cały świat by ich często cytował (tam się szanuje liderów), dzięki czemu byliby w rankingach światowych cytacji bez zbędnego samopompowania.
.
Nie słyszałem o noblistach z politechniki, ani o druzgoczących świat wynalazkach z ich laboratoriów, więc może spece z QS mieli rację, redukując cytowalność geniuszy z PW, karząc jednostkę za naukową inflację wyników, o których świat nie słyszał, a które najprawdopodobniej służyły uzyskiwaniu awansów pracowników PW dzięki przekraczaniu wskaźników publikowania/cytowań.
.
GDYBY, gdyby, gdyby istniał w Polsce system cytacji (cyfrowa baza), może udałoby się ukrócić te pseudonaukowe przekręty. Dziwnym trafem systemu nie ma – czy nie potrafimy go stworzyć, czy też byłby on nie na rękę wielu „liderom” i „gwiazdom”? W końcu, cyfrowa baza danych to obiektywna weryfikacja. Ciekawe ile plagiatów by wyszło?????
A gdyby ta baza miała cale artykuły i algorytm porównujący pisownie (jak w plagiat.pl), ale by publikacji musiano wycofać, wcześniej pisanych dzięki „kopiuj+wklej paragraf stąd, kopiuj+wklej paragraf stamtąd” a tematem zmienionym poprzez dodanie „wybrane zagadnienia”??????