Sierpniowy grill wyjątkowy

Przedsmak potrzeby wprowadzenia stanu nadzwyczajnego zobaczycie i poczujecie wszyscy już niedługo – gdy pierwszy sąsiad odpali grilla… na balkonie.

Chaos polityczno-medialny związany z wymuszeniem majowych wyborów, zwanych dawniej „wyborami 10 maja”, a dzisiaj „wyborami 3-10-17 maja”, nie łączy w logiczną całość wszystkich argumentów używanych po obu stronach. A ukryci decydenci, widzą dalej i myślą bardziej strategicznie niż gros publicystów i polityków. Spróbujmy:

  1. NIE, stan nadzwyczajny (wyjątkowy) nie jest teraz potrzebny (ani by wyhamować epidemię Covid-19; ani by przesunąć wybory i uratować zdrowie wyborców; ani by uratować polskie firmy);
  2. TAK, stan nadzwyczajny wymaga odpowiedniego momentu, by go wprowadzić.
  3. TAK, przedwczesne wprowadzenie stanu nadzwyczajnego jest niebezpieczne i nie ma od niego odwrotu ani jasnej możliwości ciągnięcia go w nieskończoność.
  4. TAK, jedyna kadencja (przegranego) PAD kończy się 6 sierpnia 2020.
  5. TAK, chodzi o to, by PAD wygrał i został na kolejne 5 lat.
  6. TAK, posiadanie Prezydenta i Sejmu zapewni rządzącym możliwość przepychania dowolnych ustaw, pomysłów i stanów (wyjątkowych, nadzwyczajnych i tych dziwnych).
  7. TAK, rządzący są w potrzasku, pomiędzy wirusem, zamykaniem kraju, padającą gospodarką a poczynionymi obietnicami wyborczymi i coraz bardziej wściekłymi wyborcami.

O co więc chodzi? O szachy polityczne najwyżej wagi:

  1. Wprowadzenie teraz stanu nadzwyczajnego dla „byle” wyborów jest poświeceniem „królowej”.
  2. Równocześnie, te wybory muszą się odbyć, by po 6 sierpnia 2020 „swojak” siedział w Pałacu.
  3. Bo to WTEDY nadejdzie „czas najwyższej konieczności” i dekrecik przyjdzie podpisać.

Kulminacja jeszcze nie nadeszła. Kulminacja zakażeń, walki o życie zakażonych oraz zgonów. Kulminacja zapaści ekonomicznej i finansowej (prywatnej i państwowej). Kulminacja zapaści systemu kształcenia na wszystkich poziomach (matury, egzaminy, przejście na wyższy poziom kształcenia). Kulminacja wkurwienia Polaków, narodu genetycznie predysponowanego do nieposłuszeństwa. Równocześnie, nie doświadczyliśmy jeszcze kulminacji informacji o „sukcesach” rządzących w walce z Covid-19: zarażonych policjantach, strażakach, sanitariuszach, lekarzach, zamykaniu kolejnych szpitali, niemożności doposażania otwartych lub stawania nowych, polowych szpitali oraz wiecznym braku testów i zabezpieczeń. Nikt jeszcze (póki co) nie doszukał się korelacji pomiędzy zakażeniami a debilnym programem sciągania rodaków do kraju z miejsc, gdzie Covid już się rozwijał (tuaj pomaga RODO i ochrona danych zarażonych). Niedługo, Wiejska wymusi na nas urlopy, obcinanie wypłat, podczas gdy Glapiński będzie nadal zarabiał 70tysiaków na miesiąc i doradzał nam, jak mamy żyć.

Przedsmak potrzeby wprowadzenia stanu nadzwyczajnego zobaczycie i poczujecie wszyscy już niedługo – gdy pierwszy sąsiad odpali grilla… na balkonie. To będzie pierwszy przejaw buntu społecznego. Potem, całkiem szybko, dojdzie zapaść gospodarki, szajbnięte dzieci w domach i bez egzaminów/matur, psychoza współistnienia z „ukochanymi” na 46m kw. wielkiej płyty. W międzyczasie pojawi się gospodarcze podziemie, desperacko walczące o byt, ale rozsiewające Covid: fryzjerki na dojazd, sklepy otwierane po podaniu kodu, taksówki bez oznaczeń i dentyści pracujący pod osłoną nocy. A w mniejszych miejscowościach, pod płaszczykiem cichego zrozumienia władzy, zakłady będą pracować ukrywając jakiekolwiek przypadki zarażeń.

A poziom wściekłości dojdzie do punktu wrzenia gdzieś w lipcu, okresie wakacyjno-grillowo-piwkowym, gdy zwykli ludzie, bez grosza i nadziei, zaczną myśleć o nowym roku szkolnym dla niedouczonych dzieciaków (wszelkiego wieku) oraz o zaostrzeniu kwarantanny w październiku, w nowym sezonie grypowym, a wszystko to w kontekście wymuszonej zapaści gospodarczej „dla dobra narodu” (jednocześnie widząc, jak inne kraje wydają setki miliardów by ratować swoje gospodarki).

I to właśnie wtedy, na naszych pobratymców, sąsiadów i szwagrów, mruczących „kur… potrzymaj mi piwo…” i wychodzących na ulice, przyjdzie wprowadzić stan nadzwyczajny.

I wiecie co? Koło historii zamknie się z diabelskim rechotem – ci, co siedzą u żłobu i władzy od 30 lat, karmiący nas opowieściami o swoich „niepodległościowych poczynaniach” sprzed 40 lat, będą zmuszeni (dzięki swojej niekompetencji) wprowadzić NA NAS, stan nadzwyczajny, praktycznie równe 40 lat po tym, za co sami opluwali Jaruzelskiego.

I dlatego raczej nie będzie stanu nadzwyczajnego teraz, w okresie świątecznym (przed i zaraz po).

A potem, gdy przetoczy sie fala narodowego chaosu, przyjdzie czas na nową, prawdziwie po-komunistyczną Polskę.

PS. Uwielbiałem warszawskie Kino Moskwa (budynek na zdjeciu), za rozmach budowli, wielkość ekranu, system dźwiękowy i filmy, jakie tam dobierano. Premiera Predatora… pamięta ktoś?

Długość rodzimej pandemii?

Gdzie jest debata narodowa odnośnie twardych realiów długoterminowej walki z koronawirusem, w której należy zapewnić balans pomiędzy zdrowiem obywateli a utrzymaniem przy życiu polskiej gospodarki?

Skoro w ostatni weekend Marca nawet Donald Trump zrozumiał, że Coronakryzys nie rozwiąże się do świąt wielkanocnych, to może nadszedł czas zastanowić się nad realiami naszej, polskiej pandemii?

Od dłuższego czasu, media zagraniczne (nawet amerykańskie, wyprzedzające zrozumieniem Trumpa o całe tygodnie) trąbią o długości kryzysu, który nas systematycznie otacza długimi mackami. Być może jestem przesiąknięty zagranicznymi programami (gadają więcej i mądrzej), ale jakoś w polskich mediach nie widzę głębi debaty odnośnie rzeczy poważniejszych niż tylko liczba codziennych zachorowań oraz potrzeby zachowywania dystansu między Polakami.

Chodzi o kalendarz rozwoju, szczytu i nawrotów dzisiejszej pandemii. Rozwoju, bo wirus jest nie do uniknięcia. W końcu to wirus grypy, więc stanie się naszą codziennością. De facto, należy zadać pytanie raczej o cykliczne nawracanie się otaczającej nas zarazy oraz o docelową maksymalną liczbę zakażonych w naszej populacji.

Zacznę od cyfrologii, która przyprawia mnie o ból głowy od początku pandemii, liczb rzucających się w oczy z debaty światowej:

– Anglicy wyrzucili w świat propozycję „odporności stada”, osiąganej, gdy zaraza przeleci przez 60% „stada”, co oznaczałoby dla Polski 60% z 37 milionów (nie wszyscy wrócili ze zmywaków), a więc zarażonych powinno być co najmniej 23 miliony;

– z wystąpień gubernatora stanu NY, Cuomo, wiemy, że (na dzisiaj), Covid powala ok. 16% zarażonych (a więc wymagających hospitalizacji) a zabija ok. 2% (a to ok. pół miliona naszych rodaków).

I tak, mając owe cyferki w głowie, zadajmy sobie pytanie: jak polski rząd chce przebrnąć przez to, co się dzieje i to, co powinno się stać (a nawet… musi się stać)?

Czy liczą na wygaszenie wirusa, poprzez wyleczenie (lub śmierć) tych 2000 (na dzisiaj)? A co z nadal niezidentyfikowanymi chorymi lub tymi, o których coraz głośniej – bezobjawowymi? Przecież przykład Korei Płd. pokazuje jedno: im więcej się testuje, tym więcej przypadków jest identyfikowanych. My mamy już kilkanaście tysięcy chorych, ale ich nie widzimy, bo nie testujemy populacji, a jedynie tych, co wejdą żywą nogą do szpitala. Czyli ślepota a’la Trump.

Czy liczą na wynalezienie szczepionki i uodpornienie populacji zanim wszystko pierdyknie? Spec z Białego Domu, Anthony Fauci mówi o 1.5-2 latach przygotowań, nawet biorąc pod uwagę skrócenie czasu testowania, by lek nie zabił więcej niż zaraza, w którą jest wymierzony. Więc cudu farmakologicznego raczej nie będzie. A potem, po wynalezieniu i produkcji, trochę zajmie dystrybucja dla 37 milionów (równych i równiejszych) Polaków. A więc, 3 lata do całkowitego uodpornienia białoczerwonych?

Czyli, podsumowanie moich wątpliwości dla naiwnych:

– ile czasu zajmie zarażanie/wyzdrowienie/uodpornienie 37 milionów Polaków? Zarówno przejście samej choroby i/lub zaszczepienie narodu?

– biorąc pod uwagę, że władza nie może trzymać nas w kwarantannie dłuższej niż 2 miesiące, bo się gospodarka zawali;

– a wznowienie kontaktów międzyludzkich to powrót zakażeń i zachorowań (i to zanim Covid wróci w normalnym, jesiennym cyklu grypy);

– a nie widać przygotowań na walkę z „jutro” nawracającą pandemią poza bieżącymi raportami z walki „dzisiaj” w ramach podejrzanie niskich statystyk (ciekawostki o których przebąkują znajomi lekarze).

Najbardziej prawdopodobna reakcja rządu, jakże bliska nam wszystkim Polakom, to walka. Walka z wirusem lub jego blokowanie – mamy więc dwa ekstrema:

A. desperacka próba zaduszenia zarazy tu i teraz, by za miesiąc/dwa otworzyć gospodarkę i spróbować nie dopuścić do ekonomicznej zapaści kraju, ryzykując ponowne wybuchy pandemii, z którymi przyjdzie walczyć z coraz większą desperacją;

B. roczna/półtoraroczna blokada wszystkiego i wszystkich, zabijająca gospodarkę na amen, kończąca się już nie stanem wyjątkowym a wojennym (nas z nimi).

Nijak nie czuję, że władzuchna jest tak głupia (akceptacja wersji A) ani tak arogancka (zadufanie by przepchnąć wersję B). Oczywiście, druga tura Dudy ułatwi późniejsze wprowadzanie stanów nadzwyczajnych. Niemniej, zamkniecie gospodarki przekłada się na spadek dochodów rządu (chociażby z VATu napędzanego do niedawna podsycaną inflacją). A dla przywrócenia (chociażby częściowego) funkcjonowania kraju nie widać działań, o których słyszymy ze świata: błyskawicznego stawiania szpitali (otwarcie gospodarki to zwiększenie zarażeń), sciągania z emerytur tysięcy lekarzy lub wyciągania z rezerwy medyków wojskowych (do obsługi nowo zdiagnozowanych chorych), oraz gigantycznych programów pomocowych dla gospodarki, patrzących dalej niż miesiąc lub dwa w przyszłość (nie jak nasza „tarcza”). Biorąc pod uwagę, że jesteśmy historycznie i genetycznie niesfornym narodem, jak Wiejska (lub KPRM) wyobraża sobie utrzymanie Polaków w ryzach, byśmy już niedługo znowu „zapieprzali za miskę ryżu” (kiedyś się to komuś wymknęło) a równocześnie nie grillowali ze szwagrem na majówkach i nie chodzili stadnie na mecze np. Korony (Kielce)?

Myśląc o nadchodzącym stanie wyjątkowym lub wojennym, uśmiecham się, wspominając przygody Kluski, sądeczanina od Optimusa, któremu złośliwie zabierano samochody terenowe wykorzystując właśnie przepisy o „stanach” wyższej konieczności (dzisiaj: Dz.U. z 2019 poz. 1541) – nie mam kiedy sprzedać swojego Jeepa, a tak, armia se go weźmie, a mnie dadzą talon na parę ton rosyjskiego węgla lub kartki na wódkę (bo jak Orlen się zaweźmie w produkcji płynu do rąk, to alkoholu w całym kraju zabraknie).

Jedyne co nam pozostanie, to uśmiech na myśl, że niewidoczny wirus wcina wszystko jak leci, a on lecieć to potrafi, oj potrafi (4.5m wg. Chińczyków, a nie 2m wg. zaleceń polskich lekarzy). Jak na rękach nie wejdzie, to na oddechu, na cukierku, a jakby co (niedługo po kolejnej mutacji) to i nawet oknem wleci. Już zadufany Boris Johnson przekonał się, jak demokratyczny jest Covid-19. A do szczepionki, którą najpewniej dostanie wpierw wierchuszka polityczna („intelekty wyższego znaczenia dla kraju”), nadal zostało półtora roku, i żaden zadufany polityk nie zmieni realiów, o których twardo mówi Fauci. Nie zmieni tego ani Trump, ani Johnson, ani żaden z naszych „liderów” chowających się w domach lecz twardo decydujących o naszym życiu, pracy i przyszłości.