Blokowisko ‘84

W 2011 i 2012 mieszkania z wielkiej płyty powróciły do łask w większości miast – kupujący odkryli, że kamienice to może i romantyczne miejsca, ale nie zapewniają szerokiego asortymentu usług, miejsc do zakupów, itd. Wielka płyta to też inna konstrukcja, przez która przechodzi mniej dźwięków, zapachów, oznak życia sąsiadów.

Oczywiście, te budowle mają swoje wady, dobrze pokazane w serialu Alternatywy 4: rury biegną jak chcą (kładli je po pijaku), ściany nie trzymają pionu, tynki są zrobione raczej z piasku niż z… tynku, no i wszędzie stoją ściany nośne, 25-centymetrowe żelbetowe monstra, które trzeba wysadzać bo wiercic się nie da.

1983_Alternatywy4_Spisek1

Moja rodzinna hawira to było duże jak na tamte czasy mieszkanie w 12-pietrowym molochu otoczonym podobnymi, ale w innych kolorach, jakby najarany artysta przekonał prezesa spółdzielni, że tak będzie lepiej. Nazwy ulic zmieniały się w dziwnych miejscach, jakby pijanemu kartografowi obsuwał się długopis. Blok koło bloku koło bloku a każdy był na innej ulicy, co przyprawiało nowo przyjezdnych o istną kurwicę, nawet ogłupiając początkujących listonoszów. Blok był „wojskowy”, bo wtedy budynki przyznawano „resortom” (dzisiejsze „ministerstwa”) i tam rozdawano mieszkania najbardziej potrzebującym, mającym największe plecy, itd. Bloki obok to była milicja (największe bandziory tam wyrosły), kolejarze, samochodowcy. Myśmy się załapali przez inne „plecy” i stąd dobry budynek i fajne mieszkanie.

W tamtych czasach, od mojego bloku do lasu szło się kilometr. Dzisiaj lasu nawet nie widać, a na „osiedlu” (jednym z pilotażowych dzieł późnego komunizmu) przybyło chyba ze 150 000 ludzi.

Ludzie wprowadzali się od 1982, ale dopiero pod koniec 1984 blok zgrał się w jedną społeczność – przy (wtedy popularnym) braku wody, wszystkie rodziny chodziły do pobliskiej szkoły by stamtąd dostać po kuble. W windzie było jak na basenie, klatki pozamarzały od rozlanej wody, a na schodach z przodu jeździły nawet staruszki. Ale, stojąc w gigantycznej kolejce (my i pięć innych bloków), wszyscy się poznali, dowiedzieli kto co robi, ten tamtemu pomógł zanieść wodę do domu. W międzyczasie wyszło na jaw kto co pędzi w domu – chodząc po klatkach nie dało się uniknąć wąchania smrodu bimbru. Po 3 dniach bez wody, połowa bloku była nawalona już koło 18ej, w ramach szeroko rozumianej „pomocy sąsiedzkiej”.

Zabrudziowana wspólnota (duchowa, nie prawna) służyła wszystkim. Mieszkań w bloku było prawie 100, więc mieliśmy statystyczny rozkład wszystkich umiejętności i kontaktów i praw dostępu, niezbędnych by dać sobie rade w epoce chronicznych niedoborów. Major wywiadu, wywiadywał się kiedy rzucą mięso do lokalnego sklepu, zona pułkownika miała szwagierkę robiącą w papierniczym, więc info o papierze docierało do naszego bloku ze strategicznym wyprzedzeniem, a syn jednego z niższych szarżą był masarzem u prywaciarza. Dodajmy ciecia donosiciela (jego oficer kontrolny mieszkał dwa bloki dalej, w bloku „SB” ale ciec o tym nie wiedział), szefa mechaników z jednostki lotniczej i życie toczyło się nieźle (przed blokiem był istny warsztat).

Znali się wszyscy i wiedzieli o sobie wszystko. Nie było ruchawek właścicielskich, bo nie było mieszkań/domów do których MOŻNA się było wynieść. Siedzieli wszyscy w tym bloku aż do polowy lat 90ych, kiedy dopiero pojawili się nowi, dorobkiewicze. Niby wielka płyta maskowała dużo, ale i tak wiedziano co się u kogo dzieje, kto się z kim kłóci, czyja żona się puszcza, a czyje dzieci są niegrzeczne. Dzieci plotkowały dużo, chwaląc się lub gnojąc innych (nie zawsze to samo), a że wszyscy chodziliśmy do tej samej szkoły dzięki przydziałom geograficznym z Ministerstwa, to trudno było „uciec z dzielnicy” (emocjonalnie, intelektualnie, informacyjnie) nawet kiedy szkoła była na drugim końcu miasta i wożono nas „autobusem szkolnym” który podstawiał MZK (za free).

Budowlańcy zostawili po sobie bloki (źle zrobione), wąskie uliczki wylane asfaltem i donice dookoła bloków w których nic nie rosło. Teren pomiędzy blokami wyglądał jak po D-Day, aż jeden z drugim działkowiec amator nie wzięli się do roboty. Małe łopaty zastępowały duże koparki i powoli, bardzo powoli, teren się zmieniał. Potem pojawiły się pierwsze krzaczki i małe drzewka, przywiezione z tej czy innej wsi. Dbali o nie wszyscy poza gówniarzami, ale ci byli zawsze na oku – w tym lub tamtym oknie siedział pan i obserwował podwórko, drąc się na wandali i rzucając w nich czym miał pod ręką. Te same drzewa dzisiejsze spółdzielnie wycinają w pień, argumentując, że były zasadzane bezprawnie i nie były „sadzone planowo” – jakby wtedy ktoś o tym myślał. Tylko, że tamte drzewa i krzaki przyozdabiały pokomunistyczne osiedla przez 30 lat i nikomu nie przeszkadzały poza jedną z drugą znudzoną babą ze spółdzielni. Bez tych samowolek sadzonkowych nie byłoby dzisiejszego „klimatu” tych osiedli, czegoś co brakuje w nowych wychuchanych pseudo enklawach.

Ponieważ lata 80e to okres rozwoju przedsiębiorczości, w okolicy powoli zaczęły się pokazywać sklepiki – głownie tzw. „warzywniaki” handlujące warzywami ale i wszelkiego rodzaju mydłem i powidłem. Podejrzewam, ze najłatwiej było uzyskać pozwolenie na taką działalność, a pod nią prowadzono to o co naprawdę chodziło. Sprzedawcy znali każdego, często dawali na krechę (dzisiejszy „zeszyt”). Tylko alkohol pozostawał w dużych sklepach, poza opisanym wyżej bimbrem wszelkiej maści – do dzisiaj jestem dumny z wyhodowanego prze mnie po-bimbrowego żyta na zajęcia z biologii, które w niezrozumiały dla pani nauczycielki sposób było bardzo poskręcane i wołało rosnąć poziomo.

Pracowali, pili, bili, jedli, mieli dzieci. Dużo się działo, ale nie za dużo ciekawego. Przynajmniej do końca lat 80ych. Co poniedziałek Zenek spod 15tki gonił nagusieńką żonę po osiedlu, machając siekiera i drąc się wniebogłosy (on, bo jej płuca potrzebowały tlenu na ucieczkę). Dzielnicowy przychodził co dwa miesiące, bo wtedy miał obietnice od lokalnych watażków, że ci mu nie wklepią. Mleko i bułki dowożono do domu, a nikt tego nie kradł sąsiadowi spod drzwi. Dostawcy zostawiali dostawy pod sklepem, więc poranny kac można było załagodzić świeżym mlekiem spod kapsla. Wódkę kupowało się na talony lub za dolary od rodziny. Wszyscy chodzili do tych samych szkół i mieli tych samych nauczycieli. Pary trwały latami bo nie było alternatywy. I wszyscy przesiadywali albo na podwórkach albo w domu, i można było mieć życie towarzyskie z prawdziwymi ludźmi.

A najśmieszniejsza była przepowiednia, że wielka płyta postoi 20 lat i potem trzeba będzie to wszystko zburzyć, bo stanie się niebezpieczne dla mieszkańców. Tyle ton żelazobetonu postoi dłużej niż niejedna kamienica, a w międzyczasie ludzie wpompowali w swoje mieszkanka tyle kasy, że nikomu się nie opłaci nic zmieniać. A po cichu, suchy żelazobeton, nabrał kolorów, otoczył się roślinnością i usługami, poprawił się dojazd do niego i ludziom żyje się dobrze. Szkoda tylko, że duża rotacja zabija historie tych osiedli.

Komunistyczna siłownia, czyli old skool

1987. Komuna, milicja, bitki na osiedlu (z innymi i z Milicją, jak to wtedy wypadało). Któregoś dnia kumpel pokazuje mi okna piwniczne, wystające z podziemi, otoczone pustakami by minimalne światło mogło wpaść do środka zatęchłej piwnicy.
– „Patrz, to tam jest siłka. Jedyna u nas”, wyszeptał. Jego głos wibrował, jakby zdradzał mi straszną tajemnicę, ujawnienie której groziło mu karą cielesną i utratą majątku.
.
Osiedle było „niezłe” bojówkowo – dawaliśmy sobie rade w większości ówczesnych ustawek/grillów, czy to w bitwach pomiędzy ulicami, czy w wojenkach lokalnych pseudo-gangów. Ale nawet moi współplemienicy, twarde chłopaki z osiedla, wyrażali się z uznaniem o tych olbrzymach trenujących „na siłowni”. Ja sam miałem w pamięci kilka bolesnych pręg od bramkarzy zabezpieczających drzwi co ciekawszych knajp (fakt, w tym wieku nie miałem do nich wstępu, ale…). Ogólnie kojarzyłem tych kolesi jako gigantów, super-ludzi potrafiących podnieść samochód lub wyrzucić ambitnego małolata (mnie) jedną ręką przez drzwi lub okno klubu. O tym, CZEGO wymagało takie wyszkolenie miałem wtedy zerowe pojecie.
.
Miesiąc czy dwa później, wyleczony z siniaków i ran z ostatniej bitwy, zawitałem do tej piwnicy. Lokalny oddział TKKF (Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej, komunistyczny wynalazek na wyciąganie ludzi z domów) okupował kolosalną piwnice, która rozciągała się pod całym budynkiem 4-pietrowego molocha mieszkalnego na typowym komunistycznym blokowisku. Struktura (już niedługo „mojej” siłowni) uwarunkowana była ścianami nośnymi i fundamentami jakże-4-alternatywowego-budynku wczesnego komunizmu: gdzie można było oczekiwać drzwi była ściana, okna wpuszczały mniej światła niż należało się więźniowi w celi śmierci, a w trzech pomieszczeniach można było ćwiczyć wyłącznie hantlami, ponieważ cokolwiek większego rysowało ściany. Większość ścian nie trzymała pionu a położone na podłodze sztangi toczyły się ku tej lub owej ścianie. Ponieważ większość okien była nie do otwarcia, jako wentylację należało otworzyć drzwi wejściowe i machać kartonem by napędzić wystarczająco dużo świeżego powietrza w gąszcz pomieszczeń wypełnionych spoconymi i krzyczącymi olbrzymami.
.
Zaczęliśmy w pięciu, każdy bardziej ambitny od drugiego. Po trzech miesiącach zostałem sam. I dopiero wtedy podejrzliwe i zdystansowane olbrzymy zainteresowały się moją osobą. Po latach zrozumiałem, że oni takich chojraków widzieli setki, a każdy znikał po kilku tygodniach, zmęczony, obolały, niezdolny do niezbędnej dyscypliny, wyrzeczeń, diety i wydatków.
Raz, drugi, piaty, piętnasty, ten lub tamten doradził jak ćwiczyć, jak ułożyć dłonie na maszynie czy jak oddychać podczas specjalnego ćwiczenia. Któregoś dnia jeden poprosił mnie o pomoc – miałem „zaspotowac” go podczas wyciskania sztangi. Byliśmy sami w całej siłowni, nawet ciec poszedł na piwo, a olbrzym zarzucił na sztangę 200 kilo i zabrał się za wyciskanie. Ja miałem mu wyłącznie pomoc koniuszkami palców, w ostatnich centymetrach ruchu. Niespodziewanie, przy piątym powtórzeniu kolesiowi siadły tricepsy i sztanga poleciała w dol. Pomogłem mu wyjść z tego dramatu, nadwyrężając sobie wszystkie mięsnie i tracąc skórę z palców.
.
Po roku znali już moje imię, a ja mogłem niektórym mówić „na ty” pomimo często ogromnej różnicy wieku. Szacunek zdobywało się dyscypliną, regularnością a’la robot, powolnymi postępami w sprawności, pomocy innym, cichym rozmowom na tematy sportowe. Właściciel/trener był szanowany przez wszystkich nie tylko z racji posiadanych trofeów (polskich i europejskich) ale i podejścia do każdego członka TKKF. Sprzętu było mało, wiec członkowie siłowni wykazywali się wynalazczością godną Doliny Krzemowej. Sprzęty podejrzane w zachodnich czasopismach kopiowano przy pomocy kątowników wyniesionych z zakładów pracy a zespawanych na spawarce „pożyczonej” z budowy, ściany remontowaliśmy sami (a sypały się często z racji łatających ciężarów), a niektóre dociążenia odlewaliśmy sami w lokalnym warsztacie samochodowym. Kilka razy musieliśmy pomoc w remoncie mieszkań nad nami, ponieważ trener dogadał się z mieszkańcami by ci tolerowali hałas rzucanego żelastwa i krzyczących kolosów w zamian za „pomoc dobrosąsiedzką”.
.
Konsekwencje młodzieńczej pasji, poza sprawnością fizyczną były dwojakie. Po pierwsze, olbrzymy ćwiczące dookoła mnie pracowali we wszystkich najważniejszych klubach miasta i mieli inne podejście dla „znajomków z siłki”, część starszych mężczyzn prowadziła już wtedy dochodowe interesy, a kilku zajmowało się dochodową działalnością w zakresie szeroko rozumianego „bezpieczeństwa”. Na wszystkich napotykałem się potem przez 10-15 lat w najróżniejszych miejscach i sytuacjach. Siłowniane znajomości pomagały. Zawsze. Po drugie, nauczono mnie dyscypliny i wagi wyrzeczeń w osiąganiu zaplanowanego celu. Etyka pracy, a może etyka samorozwoju, wbite głęboko przez ciężkie żelastwo, obolałe mięsnie i gest uznania ludzi lepszych ode mnie (wyniki niektórych dogoniłem dopiero 15 lat później, a wyniki najlepszych mogę tylko omawiać z zazdrością ponieważ nigdy, przenigdy nie dojdę do takiej siły).
.
Wspomnienie: wyginająca się w pałąk sztanga olimpijska z 260-kilogramowym ciężarem, wyciskana w całkowitej ciszy przez ogromnego wariata z zamkniętymi oczami. 4 spoterów dookoła niego, pilnujących by sztanga nie przeważyła i nie urwała mu rąk.
Wspomnienie: Trzech potworów przymierzających świeżo zaimportowane koszulki hokejowe w rozmiarze XXXL i narzekający, że owe żaglowe płachty materiału tu i owdzie ich uwierają.
Wspomnienie: dozorca siłowni przychodzący w sobotę rano, specjalnie by wpuścić ambitnego Marcinka na siłke o 9 rano.
Wspomnienie: motywacyjna zagrywka najstarszego członka TKKF – wszystko co zrobię ja, oni zrobi 2 więcej lub 2 razy ciężej. Dopiero po 3 latach udało mi się osiągnąć wyniki uniemożliwiające mu tą zabawę.
Wspomnienie: olbrzym nie odzywający się do nikogo, szanowany za swoje wyniki. Ustępowali mu wszyscy – wystarczyło, że podszedł do danego urządzenia i stawał obok, a dany ćwiczący oddawał mu miejsce by ten mógł wyginać pręty, urywać kable i ogólnie demolować pomieszczenie.
O panu, który (podobno) korzystał ze sterydów dla koni nie będę pisał…

logo_tkkf