E-edukacja – ogólnopolski standard platform i przedmiotów

Ministerstwo Nauki rozdaje kasę na dziesiątki rożnych projektów, od ośrodków wiodących po fundowanie kobietom naukowcom rożnych nagród. Jednym z najważniejszych tematów współczesności jest gospodarka oparta na wiedzy oraz wynikająca z niej waga systemów informatycznych, niezbędnych w efektywnym kształceniu kadr (przez cale życie, itp.).
O wadze sprawnej i kompetentnej kadry, pisałem wcześniej.
.
Wszystkie uczelnie aspirują do wykorzystania e-learningu (e-edukacja po naszemu) w codziennych zajęciach, pozyskiwaniu nowych klientów lub (czasami) do wyciągnięcia kasy z Unii na „budowę i rozwój platform e-learningowych wspierających proces dydaktyczny”. Codziennie zastanawiam się po co unia ciągle daje na to kasę, zamiast kupić na własność jeden system i dawać za darmo każdemu kto składa taki właśnie wniosek. Po co odkrywać odkryte i wymyślać wymyślone (poza wyciąganiem kasy dla siebie i znajomków)?
.
I tutaj mamy pytanie do Ministerstwa. Jeżeli chce rozbudować e-learning (e-edukacja) w Polsce, to dlaczego:
1. Nie kupi jednego spójnego, ogólnonarodowego systemu informatycznego, który mogłoby rozdawać każdej polskiej uczelni śniącej o cudach edukowania na odległość obywateli Burkina Faso lub Krynicy (górskiej lub morskiej)?
Jeżeli musi być cos „naszego” to niech w końcu rozpisze konkurs na jeden, jedyny, logiczny, ładny, sprawny i skuteczny system E-L. Niech się polscy informatycy natrudzą, nawet jako zespół prze-kozaków z rożnych uczelni („best of the best of who didn’t run to Silicon Valley”). Wsadzamy wtedy system na ministerialny serwer i każda szkoła zakłada co chce i robi co chce.
A mając jeden, wspólny system (lub nawet bez niego)…
.
2. Nie ogłosi konkursu na e-przedmioty?
W każdym programie, nawet po uwzględnieniu zróżnicowania wynikającego z KRK i efektów kształcenia, można znaleźć wspólny trzon przedmiotowy. Na 2000 godzin licencjata, niech będzie to 600-900 godzin rzeczy, które muszą być zrobione by absolwent posiadł odpowiednią wiedzę i osiągnął oczekiwane efekty. Na ministerialnej stronie mamy 118 programów wg nazw i zawartości, a więc konkurs mógłby mieć zakres 600h/30h x118 (średnia wielkość wspólnego trzonu / średnia wielkość przedmiotu w semestrze X ilość istniejących aktualnie programów studiów). I robi nam się konkurs na przygotowanie 2360 przedmiotów. Co rozumiem przez przedmiot?
– dokładny sylabus zgodny z międzynarodowymi standardami;
– rozpisane efekty kształcenia;
– rozpisana struktura (tematyka zajęć, ćwiczeń);
– przygotowanie zawartości do każdych zajęć (notatki, opisy, itd.);
– przygotowanie systemów sprawdzających wiedze (np. samo-testowanie się studenta, nie będące uznana forma zaliczenia);
– przedstawienie indykatywnych sposobów zaliczania;
– listy podręczników (obowiązkowych i uzupełniających) oraz artykułów i innych źródeł (stron WWW, itp.);
– materiałów dodatkowych, np. pisanych specjalnie studiów przypadku (na nie może być oddzielny konkurs, jak robi to Emerald);
.
Wygrywający autor (lub konsorcjum) zyskiwałby nie tylko uznanie jako „debesciak” oraz nagrodę pieniężną (w końcu następowałoby przeniesienie praw autorskich na MNiSW), ale i powinien otrzymać dofinansowanie (np. w formie grantu na 3 lata) by ciągle dopracowywać, unowocześniać i rozszerzać zawartość przedmiotu.
.
Uczelnie, wykładowcy i studenci zyskiwaliby monoteistyczną wykładnię wiedzy z danego tematu (zamiast kilkunastu książek na ten sam temat, ciut inaczej napisanych), zaś Ministerstwo pogłębiłby swoje zaangażowanie w kwestie jakości programów i dydaktyki poprzez fundowanie, rozwijanie i udostępnianie „best practice”.
.
Ten sam system uprościłby życie na poziomie Min.Edukacji, nie potrafiącego pogodzić reformy, wiecznych zmian podręczników i stałej wysokości ich cen, oraz e-learningu jako jedynej alternatywy od tego całego bajzlu.
.
No ale żyjemy w Polsce, wiec dlaczego miałoby nam być łatwiej?

Ograniczenie maksymalnej wysokości spadku

Po kolejnym obejrzeniu Paris Hilton lub innego dziecka miliarderów robiącego z siebie idiotę i przewalającego ogromne ilości pieniędzy na absolutne pierdoły, utwierdziłem sie w przekonaniu, że zaporowy podatek spadkowy to jedyny sposób na drastyczne ograniczenie niezasłużonego bogactwa. Rozumiem, że rodzice chcą przekazać dzieciom wszystko, niezależnie od istnienia (lub nie) korelacji pomiędzy inteligencją/talentem dziecka a ilością przekazywanej kasy. „Po to pracuje i wypruwam żyły by dać dziecku wszystko,” to normalna śpiewka. Niestety, wg. mnie ma ona inne znaczenia gdy przekazujemy dom, samochód i kasę na ślub a trochę inne znaczenie gdy dzieciak dziedziczy korporacje lub kilka firm oraz kilka, kilkanaście, kilkaset milionów…
.
Nie chodzi o „prawo” do dawania komu się chce dowolnych rzeczy (chociaż i TO prawo jest ograniczone przepisami podatkowymi, penalizującymi zbyt duże przekazy – w Polsce to chyba 6000PLN rocznie). Bardziej interesuje mnie koncepcja równości społecznej: dlaczego jedni mają dostawać ogromne zasoby gdy nic nie zrobili by je wyprodukować/pomnożyć? Na zajęciach mówiliśmy (w chamskich słowach) o „dziedziczeniu przez najszybszy plemnik”, bo przecież dzieci nie mają innego uzasadnienia prawa do dziedziczenia.
.
Dziedziczenie fortun chwieje systemem premiującym osiągnięcia (merytokracją), ponieważ na najwyższych poziomach społeczeństwa są dziedzice (w którymś pokoleniu), z których wielu nie zrobiło i nie robi nic produktywnego, za to kontrolują i uniemożliwiają uwolnienie ogromnych zasobów ekonomicznych (finansów, firm, form produkcji). Bourdieu się kłania i jego teoria „elite reproduction” – nasi „liderzy” maja dosyć zasobów i kontaktów by wiecznie rządzić nami i być NAD nami, zapewniając swoim dzieciom i dzieciom podobnych krezusów pozostanie na „boskim poziomie”, podczas gdy zwykli (ale bardzo przedsiębiorczy) ludzie muszą się zmagać z codziennymi problemami. Jakoś tak nie fair.
.
Oczywiście zdarzają się bogacze, zdający sobie sprawę z ulotności ich bogactwa oraz tego jak dużo problemów, biedy, cierpień jest na świecie – Gates ze swoja fundacją to dobry przykład. Niemniej, ogromna większość multimilionerów przekaże całość swojej kasy dzieciom. I stąd koncepcja maksymalnego podatku spadkowego, rzędu 95% dla najbogatszych. Można nawet zaproponować prostsze rozwiązanie: maksymalnie po 10 milionów Euro na łeb.
.
Wysokie opodatkowanie doprowadzi do recyrkulacji zasobów, zarówno gotówki, akcji, praw własności firm nie notowanych na giełdzie, jak również uwolni ogromne zasoby sztuki skrzętnie skrywane przed światem. Mielibyśmy wtedy sytuację, w której najbogatsi byliby prawdziwymi „self-made men” a nie dziedzicami „robber barons” (19 wiek w USA i współcześni hamerykanscy prawicowi milionerzy) lub innych przekrętów (postkomunizm w Europie Sr-Wsch i nasi “miliarderzy” co jeszcze nie są w areszcie).
.
A, że dzieciaki dostałyby po 10 baniek to mało? Eeee tam.
Za 10 milionów można mieć najfajniejszą brykę, dobry dom, bawić się do śmierci (z przepicia? Zaćpać?). Alternatywnie można wydawać oszczędnie i żyć całe życie bez pracy lub świadomie zainwestować i zbudować kolejne imperium. Ale tym razem zasłużyć na wszystko ponad (odziedziczone) 10 baniek.
.
Uczciwiej?
Inaczej nie rozbijemy systematycznej koncentracji kapitału i zasobów, normalnie mało widocznych ponieważ mają charakter wielopokoleniowy (a póki co, wydaje się, że i również nie są do zatrzymania).

Taking Chance

Combine Kevin Bacon with an amazing storyline based on an acclaimed short story based deep in real life and you have yourself a tearjerker. This is a movie that will make women cry and men, real men, either cry (secretly) or wipe their eyes claiming “allergies”. During this movie, I have MANY allergies.

This is not a movie about love. Not clear love. It is a movie about death, death in combat, suffering, loss, tragedy. A solider dies in Iraq and his body is transported from Baghdad to his final resting place in the USA. This is a movie about the dead soldier, PFC Chance Russell Phelps. None of us know him, none of us ever heard of him.
His body is the focal point of all human reactions. Reactions that make you THINK, PONDER, CRY.
This is a movie made regardless of war’s multiple sides – the enemies and good guys, heroes and villains. It is a movie about ultimate death, sacrifice for an ideological ideal and the suffering of normal people left behind to… live through the death/sacrifice.

Initially, you watch it to see the progress of the body. Taking Chance. Action on the battlefield, his trauma, death. Battle hospital. Diagnosis. Death = body. Incomplete body. Transport. Rammstein AFB (USA base in Germany), cleaning of body, progress. Body arrives in USA, undergoes the next stage of cleaning, analysis. You see the RESPECT offered to fallen soldiers by medical staff who NEVER met/knew the Fallen (with a capital F). And then you see the system for taking a body of a fallen soldier to his home. What other form of respect is there?
And the miracles begin. The accompanying officer getting upgrades at the airlines. Baggage staff respecting the coffin, pilots asking for passengers to WAIT until the coffin-accompanying-hero disembarks, lines of people saluting the (unknown)coffin. The pilot of a regional flight remembering the name of EVERY fallen hero he ever carried. The love, attention and devotion of every citizen that had the honour of witnessing the final journey of a fallen soldier. The little signals along the way make you think about love, honour, duty, service, sacrifice. Survivor guilt.

You see a motion picture and understand that in a good country, the Fallen are revered, respected, loved. They are Fallen FOR the nation. Nothing else matters. All sins, mistakes, errors, inadequacies, are GONE. You (they) died for the nation. All is forgotten, but your courage.

I am not a Marine. But I can only say (by claiming the right to the IMPOSSIBLE): Chance Phelps, you are remembered, because your final journey is so deep and powerful that, regardless of nation-state, YOU HAD AN IMPACT. Greater after your death, but an awesome impact nonetheless.
This is a movie for your darker evenings, when you need to be alone. You, your soul and a good bottle of expensive whiskey.

Rest in Peace, Pvt Phelps = @IMDB.

Semper Fidelis. Because none of us, outside the Marine Core, have the right to say “Semper Fi”.


Quote: “If you knew more soliders like PFC Chance Phelps, the world would not need the Marine Core.” Can there be a better admission/salute?
The movie shows us, normal people, that WE MEAN SOMETHNING, even in death. REMEMBER THAT.

And remember – PFC Chance Russell Phelps, USMC, 1984-2004.

CB radio community

Poland is filled with antennas on cars. Even in cities, thousands of people drive around with rod-thin sources of information. Channel 19 of the Citizens Band is filled with discussions, questions, cries for help, insults, guidance and jokes. The sale of CB units is skyrocketing as Poles learn their benefits – those, that were driven into too-narrow alleys or under too-low bridges by their dumb GPS units are the first to get excited over “real help” from fellow motorists.
.
CB radio is all about the benefits of fellow-to-fellow assistance. Those that are lost receive useful guidance. Those in large trucks receive size-specific guidance from fellow drivers (not all roads, tunnels, bridges can support the 40-tonners). Everyone shares information about traffic jams, accidents, pedestrians in stupid places. Everyone also shares information about the locations of police cars with their Freudian “little things” aimed at the passing cars (mobile radar units are a big annoyance), and everyone slows down a few hundred metres before the cops, only to accelerate away after passing the bored officers.
.
Politics, sex and swearing are kept to a minimum, often squashed by fellow drivers. Politics, because everyone is annoyed with the crap happening in Poland. Sex, usually as a joke or to comment on hookers by the road. Otherwise, not present. Swearing as well, since the CB is a car-wide unit and children, grannies, priests can hear what is being said (well, same for the sex chats…).
.
The truckers have their own reality, lingo, attitudes. Their life is tough, demanding, unforgiving. They hate the little drivers (cars), make fun of the delivery van drivers, conspire to avoid any controls so they can drive for 18 hours straight, or so their trucks do not get caught out with less-than-perfect brakes of no insurance.
.
CB radio is all about building “civil society”, the dream of all transformation-era politicians and academics, breaking out of communist-era self-imposed isolation of people and small groups. It is about the exchange of information, sharing, supporting, offering more than what is received. Asking for information requires an automatic response: when asking for the situation 5 kilometres ahead of me and upon receiving the info, it is expected (and I abide, without being prodded) with information about MY past 5 kilometres, which create a good picture 10kms long. Not only for me and my respondent, but for anyone within range, going in both directions. It is customary to send out a “blank call” to any “mobile” and have the response come back if anyone, anyone is within range. People share and interact and communicate like never before. In 99% of cases we never see each other, never meet. We are, however, part of the travelling community (no, not gypsies).
.
CB radio is also a challenge to the state institutions, following (or maybe reinforcing in a Bourdenian sense) the communist-era division of “us” (citizens) and “them” (government, power institutions). Drivers have four main enemies, against which everyone bands together.
– Cops, are the biggest baddies. Those in non-descript mobile chase units are not anonymous, as local drivers know their vehicles, their plates even the coppers themselves, and warn out-of-town travellers about the location of a given chase unit. Those hanging by the side with their puny radar guns cannot hide and surprise anyone, as those coming from the opposite side warns us, a few kilometres away.
– Fixed radars in predetermined spots annoy drivers, and are often accused of causing accidents instead of reducing them. In Poland they even cheat on those, having more radar masts with empty boxes, while the radar/camera unit is moved around every few weeks.
– “Crocodiles” or the transport police, tasked with checking the trucks, busses and other contraptions for safety and technical violations. They pose a threat to the big guys, but we from the small cars warn them anyway. Civil society and all that…
– “City guards” (or any other weird name that you wanna give to the not-cops-not-anything-else, renta-guards hired by every city). These pseudo-sharks operate within their cities with small radars and the same ticket-awarding powers.
.
When will civil society win with the anti-establishment tendencies? When the number of information passed on cop locations will be lower than other, helpful advice. But then, we go into the zone of topics like: do roadside radar checks increase or reduce safety? Should roadside cops be hiding? Are roadside speed controls all about penalising abuse or deterring abuse?
.
Why this post? I bought a CB radio unit 5 years ago (after a 15 point and 1000zloty mis-adventure). For the last 60 months I benefitted from its endless wisdom. Until last bloody Friday, when I switched it off (as some idiot was singing on channel 19). The ONLY two hours without a CB and God punishes me with 10 bloody points plus a few hundred zlotys!!!!!!
Being a good “civil societist”, I didn’t complain. No point, as I knew I was in the wrong: accustomed to perfect visions/knowledge of the road, thanks to my CB… I did one of those more embarrassing road manoeuvres.
They KNEW where to wait for such CB-less idiots like me. I was on TV again, as they showed me my “manoeuvre” on their internal “cop TV”. Nice guys, BTW, polite, professional, smiling.

War with the War on Drugs

I’ve just seen the trailers for two new documentaries coming out in end of 2012, both focusing on the drug trade and its impact on our world.
.

.
For years I have been fascinated by the inability of large and powerful governments to stop the drug epidemic by doing two things:
1. Taking the battle to the source(s) of drugs, by operating officially or in clandestine manner right on the doorsteps of those producing drugs for export. The war on terror has show us how advanced technology and skilled operators on the ground can be very effective in extinguishing the enemy and reducing the impact of advanced “enemy” organisations through reducing their human asset pool. Afghanistan and Palestine show us, how a hellfire missile can change the balance of power.
2. Going after the drug as a biological material (this of course, does not relate to chemical drugs like speed). With the bio-genetic technology we have, there is no way that a determined government cannot develop a biological weapon (or genetic) aimed solely at the natural plants that produce our most potent drugs. Where is the virus that kills coca plants?
.
But then I realised (again and again) that the WAR must go on – no one in the governments needs a win on this issue, and by that I mean a win in terms of stopping the transmission of drugs across borders into developed western states. Without a drug problem epidemic, people will begin looking at the real underlying issues of poverty, as those that now “do drugs” and through that can be blamed for being useless or hurtful to wider society will begin asking: ok, we got no more drugs, we are clean, where are our jobs and medical services?
.
The same goes for agencies “battling the war”, that have sprung up in response to various governmental policies or have taken on new duties and thus received massive inflows of funding and resources. Agencies like the DEA do not want the “war” to end, as then they would have to close themselves down – the defenders have taken on a vested interest in the maintenance of the conflict. A one-time solution will yield a one-time bonus and then unemployment, while partial solutions will assure a steady, well-paid and prestigious job for life.
.
The politicians need a ghostly enemy, on whom many problems can be blamed and solutions need not be invented, especially that our modern-day politicians have no idea on how to deal with much simpler problems.
.
One interesting issue is: who cares about the citizens, suffering sheer hell in the hundreds of thousands? Who takes responsibility for defending those that cannot do it themselves?
.
The second one is worse: with the interweaving of interests (government, security, crime) all for the sake of “war on terror”, have we completely lost our ethical and moral compass an cannot focus on more than one strategic imperative, but must sacrifice all else in a desperate attempt at retaining our credibility?
.
The third relates to the increasing prison population, often cited as the emergence of modern-day slavery, used in various economic activities.
.
In a WAR, we need to “heroes”, “enemies”, there must be “effort” and “sacrifice” as well as “necessary spending”. Did I mention “civilian casualties”? Remember one interesting statistic about modern wars: before the 20th century 90% of all casualties in a war were the soldier; today 90% of the casualties are the civilians. The same in our “war on drugs”?
.

Zmiany właścicieli polskich uczelni

Zapaść naborów oraz wysychanie źródeł pieniędzy powoli zmieniają krajobraz polskiego szkolnictwa wyższego. Nie da się wyrwać mamony od studentów, firmy obcięły prawie do zera budżety szkoleniowe, klienci nie walą na studia podyplomowe ani MBA, nawet wodospad unijny powoli wysycha przerzucając się coraz bardziej na finansowanie prawdziwej nauki a nie dawanie głupawej kasy na głupawe „rozwijanie uczelni”. No i nawet nasze Ministerstwo zmądrzało i daje podobnie kasę na badania. I nagle wśród 360 (cirka) prywatnych „uczelni” pojawił się rekin finansowy, szukający słabszych organizmów, tych ogłupiałych, zbyt pewnych siebie. Tych over-extended (przeinwestowanych, z nadmiarem kierunków, kadry). No, może nie jeden rekin ale kilkanaście spasionych ryb, które dorobiły się na czymś innym a teraz szukają uczelni na sprzedaż by… (wstaw tutaj dowolne wytłumaczenie psychoanalityczne).
.
Czytacze ustaw zaraz wykrzykną, że nie ma w Polsce uczelni prywatnych, są tylko „niepaństwowe”, czyli takie dziwne instytucje na wzór fundacji, z których nie można czerpać korzyści a (podobno) całość nadwyżek („zysków”, heheheh) jest przekazywana na działalność statutową, by nie płacić CITu. Uczelnie założyć może osoba prywatna (czyli jednak mogą być właściciele!), organizacja lub instytucja. Bardzo często uczelnie zakładały stowarzyszenia i fundacje, najczęściej założone wyłącznie „pod uczelnie” (wśród Was forensic accountants, muszą się budzić ciekawe myśli…).
.
I ta osoba, instytucja, fundacja, stowarzyszenie może zostać sprzedana, tzn., odstąpić swoje prawa założycielskie komuś innemu. Odstąpić można nawet fundacje, zmieniając jej zarząd na uległy wobec nowego właściciela, lub… pozbywając się jej i zamieniając na cos innego. Wystarczy powiadomisz „właściwego” ministra o zmianie.
.
Nic nie mam do kupna i sprzedaży, nie zazdroszczę kasy wziętej przez sprzedającego (opodatkowanej lub nie). Martwi mnie tylko motywacja kupujących, najczęściej biorących we władanie kiepskie uczelnie, które wg. Darwina powinny upaść. Po 20 latach kapitalizmu nadchodzi Wielka Czysta, podczas której tysiące polskich firm i firemek padnie na pysk w obliczu ewolucji rynku, zmian upodobań konsumentów i globalnej konkurencji. Wiele z nich ma znane nazwiska w nazwie, a właściciele innych często gościli w gazetach i TV jako „liderzy tego lub owego” i sami się nagradzali za (dawną) świetność. Szkoły też będą padać, nawet te wykupione przez nowych inwestorów, myślących, że oni maja „Złotą Myśl” i im jedynym się uda. Nie ma szans by nasze społeczeństwo utrzymało popytem na edukację 360 prywatnych uczelni, często w dziwnych miejscach.
.
Uwagi:
– zmiany właścicielskie następują raczej potajemnie, a klienci i szersze środowisko interesariuszy mogą nie być świadomi słabości danej instytucji i związanych z nią zagrożeń;
– jaka jest motywacja nowych właścicieli (rozwój wymagający doinwestowania, szabrowanie resztek majątku – asset stripping, ideologia, itd.)?
– czy nowi właściciele zapewnią rozwój i zmianę/poprawę jakości?
.
I na koniec pytanie: czy uczelnie nie powinny być przekazywane za symboliczną złotówkę, by całość przeznaczonych (tylko na zakup) funduszy mogła zostać wsadzona w rozwój i reformy? SWPS zmieniło właściciela za ponad 80mln! Ale ta kasa poszła do rak grupy założycielskiej, czyli kliki profesorkiej.
Gdyby uczelnie miały być biznesem który można sprzedać za miliony, to może Skarbówka powinna wyliczyć im 10+ lat zaległego CITu i DOPIERO dowalić byłemu „właścicielowi” PITem (podatkiem: Personal Income Tax; a nie druczkiem ;p)?
.
Najśmieszniejsze jest to, że od kilku lat odradzam zachodnim inwestorom myślenia o kupowaniu polskich uczelni. Wiem, jak trudno byłoby zintegrować zachodnie organizacje z ich racjonalnością, z polską instytucją opartą na barejowskich regułach.

Czekacie na sobotę?

“Czekając na sobotę” HBO to smutny film, ale dla mnie ma w sobie przebłysk optymizmu

Po raz kolejny obejrzałem dokument HBO. Jakoś tak mam, że na przemian śmieję się z debilizmu bohaterów, ale za kolejnym oglądnięciem dostaję doła, że w kraju taki syf. Niedawno miałem nieprzyjemność zrobić maraton „Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym” gdzie pokazano (cirka 2003) losy „modelek i fotomodelek” rekrutowanych przez debilnych właścicieli głupawych foremek, którzy zaraz potem wystawiali owe młodociane Naomi Campbell na lokalne dyskoteki lub do podrzędnych lokali podczas obiadków biznesowych by paradowały półnago lub wałczyły w kisielu (ajk zapewne robi to Naomi od lat). Owe gwiazdy waliły drzwiami i oknami, licząc na wyrwanie ich z niedoli pod-częstochowskiej czy daleko-pod-warszawskiej.
.
W „sobocie” jest gorzej, bo nie widziałem wyłącznie kolekcji nieuków, debili czy tumanów przywalonych jabolem. Rodzina od zbierania butelek była poczciwa, a blond synek nauczycielki przyprawił mnie o depresję gdy go słuchałem. Nie przez to o czym mówił, ale JAK mówił. Widziałem w nim głębię, zmarnowany intelekt (a to dla mnie największy grzech na świecie), ten rzadki zasób za jakim uganiają się wielkie korporacje. Tutaj, gnił w malej wsi, świadomy ledwo-ledwo swego zaprzepaszczonego życia, wegetujący w środowisku które reaguje wyłącznie na najbardziej podstawowe bodźce (straszna jest opowieść o tym ja „poczuł ból w środku”).
Niemniej, zarówno syn jak i rodzina od butelek dali mi nadzieje. Jeżeli oni, żyjący „życiem” które trudno nazwać czymkolwiek więcej niż degeneracyjna wegetacja, jakoś dają sobie radę, to może i jest nadzieja dla całego naszego upadłego narodu? Ta rodzina to dla mnie ogrom smutku ale i promyk optymizmu. Ojciec po wypadku za który dostaje 600PLN renty, mama sprzątająca po dyskotece i 11 dzieci, z których większość nadal mieszka z rodzicami. I jakoś żyją (w sumie naliczyłem 900PLN miesięcznie na jakieś 9-10 osób). Fakt, jak sami przyznają, nie zawsze jest dobrze, ale siekiery nie latają a blizn nie widać…
.
Ważne są dla mnie trzy wnioski.
Pierwszy: w trudnych sytuacjach ludzie izolują się emocjonalnie by nie zwariować/wybuchnąć. Prawie wszyscy w programie mówią przez zaciśnięte szczeki lub opisują jak nie dopuszczają do siebie wielu wyższych uczuć. To znaczy, ze albo stworzyliśmy pokolenia (nie jedno) bezemocjonalnych klonów, lub (bardziej prawdopodobne), na polskiej wsi, pod powierzchnia, gotuje się ogrom uczuć, potężnych emocji, których wybuch może… być ciekawy.
Drugi: nie wszystko stracone, wystarczy zmienić kierunek dewolucji tego państewka, uniemożliwić aktualnym głupawym politykierom niszczenie systemu. Już niedługo zabraknie im kłamstw a ideologicznie nie maja pomysłów na inne rozwiązania niż dziki kapitalizm który doprowadził 90% Polski i Polaków do stanu z tego programu.
Trzeci: należy przywrócić PGRy. Powrót instytucji zapewniającej dochody, dyscyplinę, prace i rutynę na polskiej prowincji zmieni jej rzeczywistość. Economic Psychology anyone (psychology of unemployment)? Nagle okaże się, ze dołożenie do odbudowy PGRow będzie tańsze niż zasiłki dla bezrobotnych oraz finansowe konsekwencje wiecznego bezrobocia, a i PGRy zapewnią dostawy ważnych dla kraju surowców (np. zbóż ekologicznych lub zamienników do ropy). Na lokalnej wsi pojawią się nowe pieniądze, nowy szef zagoni wszystkich do pracy, i nie tylko rolnicy znajdą pracę bo dookoła PGRu pojawi się otoczenie ekonomiczne (ślusarze, mechanicy, itd.).
.
Same dyskoteki pozostaną na wieki. Na równi z debilnymi serialami w TV, stronami internetowymi o ubiorze „gwiazd” i dominacji mediów przez rożnego rodzaju ewenementy, źle mówiące po polsku a zawdzięczające karierę jakiemuś wybrykowi (np. noszeniu mini-melonika na plecach albo obudzeniu się na pastwisku).
My sami, cieszmy się, gdyż żaden GPS nie doprowadzi nas do tych wiejskich mordowni — założę się o 100PLN, ze we wszystkich jest zakodowana wiadomość, gdyby ktoś wpisał nazwę lokalnej wiejskiej mordowni. Po wpisaniu nazwy lub coordinates, włącza się męski glos i pyta: „no chyba cię p……?”

Whaling piracy vs terrorism

Whale wars are on the verge of mutating into eco-terrorism

Sea Shepherd won with the Japanese last week, as the Japanese declared they will withdraw their whaling fleet as the anti-whaling protester ship threatened the safety of Japanese whalers. So, Discovery channel can now advertise a success of its TV show with a leading G8 nation, and the crazy mavericks on board the Sea Shepherd can party till they vomit, happy with the lives of whales they saved.
Congrats to the pirates (they DO fly the black-skull&bones flag). Good riddance to Japanese “whaling research”, whose by-products wind up in Japanese restaurants as offshoots from a valuable research project (sic!).
.
Unfortunately, this will not last.
The Japanese are ambitious, have a good memory and do not take kindly to such insults. Right now, there is a bunch of lawyers reading the international law books with one major aim: to equate sea piracy with terrorism. Impossible? Hmmm…
.
Piracy is a crime regulated by international and national laws that emerged from centuries of painful experiences. It’s primary aim is economic, i.e. the conversion of ownership of goods/people through violence of various gradation. Even the simple sinking of a ship also has economic connotations (immediate loss of investment, cost of replacement, etc). Wikipedia: Piracy is a war-like act committed by private parties (not affiliated with any government) that engage in acts of robbery and/or criminal violence at sea.
Now, terrorism is different. Especially in the post-911 world with American politicians and agencies going crazy over anything they don’t like and continuously upgrading the extent and violence of their “war on terror”. Wikipedia comes handy again: “Terrorism is the systematic use of terror especially as a means of coercion. No universally agreed, legally binding, criminal law definition of terrorism currently exists. Common definitions of terrorism refer only to those violent acts which are intended to create fear (terror), are perpetrated for a religious, political or ideological goal, deliberately target or disregard the safety of non-combatants (civilians), and are committed by non-government agencies.”
.
Where do the actions of the whale pirates fit? They have an ideology, deliberately target a specific group, disregarding the safety of “non-combatants” (whalers) and they are a non-governmental agency (a charity dedicated to anti-whaling). By calling the whaling as “research” the Japanese have removed any connotations with “economic” from their whale butchery, further pushing the whole issue towards…not-piracy.
Now, if the Japanese succeed in converting the ocean actions into terrorism, Sea Shepherd will find itself under fire from the very same military vessels that are (badly) trying to protect the ships off Somalia. The US will be required to chase this anti-whaling ship, as it cannot selectively enforce its OWN policies on anti-terrorism by pretending the crazy anti-whalers are just “deranged ocean idealists”. Discovery will have to cancel the show, and no credit card company will accept/transfer donations (like they did with wikileaks).
.
Still, the win is a first, and will hopefully lead to next successes of non-economic ideologies over the selfish and short-term capitalist mind-set that is destroying this planet.